Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

piątek, 19 grudnia 2014

Tradycja przede wszystkim, czyli wigilijna kolacja w Norwegii

To mój piąty grudzień w Norwegii. Co roku przyglądam się WIELKIM (dosłownie) przygotowaniom do Bożego Narodzenia i co roku intryguje mnie inny aspekt tych świąt. W tym roku (pewnie dlatego, że prezenty kupiłam i zapakowałam na długo przed tym, zanim zaczął się jule-szał) jest to gastronomiczny aspekt Bożego Narodzenia. Wszystko pewnie przez mojego kolegę z pracy, który już w październiku podczas wspólnego lunchu obwieścił wszystkim, że oto dzień wcześniej zjadł lutefisk (jedną z trzech tradycyjnych potraw świątecznych). Dodał do tego, że przecież jedzenie świąteczne jest tak krótko dostępne (polemizowałabym: od października do grudnia to jednak 3 miesiące, więc ¼ roku), więc trzeba je jeść póki jest. Mój kolega jak zapowiedział, tak zrobił i od października jest na jule-diecie, co jak dotąd przyniosło mu 5 dodatkowych kilogramów.

A cóż takiego jedzą Norwedzy na Święta? Wyniki ankiety przeprowadzonej przez Ipsos MMI pokazują, że są to przede wszystkim ociekające tłuszczykiem wieprzowe żeberka (54% ankietowanych zadeklarowało spożywanie ich w podczas wigilijnej wieczerzy) oraz pinnekjøtt (33%; jest to suszona baranina w kształcie charakterystycznych patyczków). Trzy procent ankietowanych zadeklarowało jedzenie indyka, a ok. 1% inne wyroby pochodzenia wieprzowego. Trochę mało fit to wigilijne jedzenie, ale kto by się przejmował. W końcu to tylko raz w roku... taaa...

Tradycyjnie, żeberka (ribbe) jadło się na wschodzie kraju (Østlandet plus szeroko pojęte Oslo), pinnekjøtt to tradycyjna potrawa z zachodniego wybrzeża (Vestlandet). W ostatnich latach jednak obserwuje się zwiększone zainteresowanie baranimi patyczkami także na wschodzie. Tendencja jest szczególnie silna wśród młodych ludzi poniżej 40 roku życia. Osoby starsze preferują żeberka (nie dziwię im się; może i ribbe jest tłuste, ale zawsze to bardziej konkretne jedzenie niż suszona baranina na patyku). O coraz większej popularności baraniny świadczą także statystyki. W ciągu ostatnich pięciu lat sprzedaż pinnekjøtt wzrosła o 35% i wydaje się tylko kwestią czasu, kiedy baranina wyprze wieprzowinę z norweskiego wigilijnego stołu. Tak sobie myślę, że może to i lepiej? Przez wzgląd na to plus pięć kilo mojego kolegi.

Co ciekawe brakuje danych na temat popularności lutefisk (biała ryba moczona w sodzie kaustycznej podawana ze skwarkami z boczku, według wielu skwarki stanowią najsmaczniejszą część lutefisk). Ale w sumie, to się chyba nie dziwię, choć wiem, że lutefisk ma wielu wielbicieli i podobno jak się to dobrze przyrządzi, to jest naprawdę dobre. Jeszcze się nie zebrałam na odwagę, żeby spróbować. A Wy? Próbowaliście lutefisk? A może staliście się wielbicielami pinnekjøtt lub ribbe?

3 komentarze:

  1. Pinnekjøtt ani lutefisk jeszcze nie próbowałam. Za to ribbe podano na julebord i później przyrządziłam sama w domu. Smaczne, ale za tłuste. Mi na razie starczy na rok :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio pisałam właśnie o tym jedzeniu u siebie, a propos norweskich tradycji świątecznych :) Mniam !

    OdpowiedzUsuń
  3. Próbowałam pinnekjøtt i ribbe. Smakowało mi chociaż dla mnie są to raczej dania "od święta", bo preferuję ryby ;) Lutefisk miałam w planach przygotować sama, ale zniechęciła mnie reakcja koleżanki z pracy, której o tym pomyśle opowiedziałam ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń