Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 2 grudnia 2012

Jak adwent w Norwegii, to i Julekalender


Dzisiaj wypada pierwsza niedziela adwentu, a co za tym idzie prawdziwy początek wielkich norweskich przygotowań do Świąt. Ekonomiści szacują, że w tym roku Norwegowie wydadzą z tej okazji jeszcze więcej niż rok temu, około 10 tysięcy koron na osobę… Boże Narodzenie to jednak nie tylko pieniądze wydane na prezenty, ale też tradycja (mniej lub bardziej skomercjalizowana, ale jednak). Przez najbliższe tygodnie spróbujemy przedstawić Wam niektóre aspekty norweskich (skandynawskich) tradycji świątecznych.

Żeby nam szybciej i przyjemniej czas płynął, zaczniemy od kalendarza odliczającego dni do Świąt. Norweski julekalender to coś, co wszyscy w Polsce doskonale znają albo przynajmniej kojarzą. Sto lat temu, kiedy jeszcze Eve była dzieckiem i wierzyła w Mikołaja, na fali mody z zachodu przybyły na ubogi wtedy rynek polski prostokątne, tekturowe pudełka w formacie A4. Na pudełkach była wydrukowana jakaś scenka świąteczna, na której ukryte były 24 okienka. Zasada była taka, że każdego dnia otwierało się jedno okienko i zjadało się jedną czekoladkę ukrytą w nim. Zabawę zaczynało się 1 grudnia, a kończyło w Wigilię. Już wiecie o czym mówię? Dokładnie. O kalendarzach adwentowych.

Od tego czasu wiele się zmieniło. Półki polskich sklepów zapełniły się dobrami wszelkimi mniej lub bardziej potrzebnymi, Boże Narodzenie przybrało jeszcze bardziej komercyjny wymiar, a Eve i Bob wyjechali do Norwegii i tutaj zaczęli się zapoznawać z tradycją świąteczną wśród tubylców. Wyobraźcie sobie jakie było nasze zaskoczenie, kiedy 2 lata temu, po raz pierwszy w Norwegii ujrzeliśmy kalendarze adwentowe! W naszym mniemaniu był to relikt zamierzchłych czasów, tymczasem tutaj tradycja ta trzymała się całkiem mocno. Tylko same kalendarze przeszły prawdziwą metamorfozę! Otóż znane nam i wspominane z nostalgią tekturowe pudełka z czekoladkami podrzędnej jakości nie mają już prawa bytu w kraju dobrobytu. Kalendarze muszą być cool! „Najsłabsze” jakie zdarzyło nam się widzieć zawierały łakocie Haribo (oczywiście nie były tam umieszczone pojedyncze żelki, ale całe malutkie paczuszki z różnymi łakociami). Były też kalendarze z zabawkami i łakociami marki Kinder. Ciągle to jednak tylko łakocie… Tymczasem rynek jest o wiele bogatszy... Na przykład faworytem każdego chłopaka może być julekalender z Lego. Na każdy dzień tygodnia inna układanka ze słynnych klocków. Szczerze mówiąc sama, mimo wieku, nie pogardziłabym takim kalendarzem.



Jak już jednak wspomniałam tego typu julekalender są „słabe”, łatwo dostępne w sklepach, każdy może je mieć, więc co to za frajda? Współczesny julekalender powinien być z pomysłem! Powinien być zrobiony samodzielnie!

Zrobienie samodzielnie kalendarza zaczyna się zwykle w sklepie i polega na zakupieniu wszystkiego. Najpierw potrzebne jest pudełeczko/skarpeteczka z numerkiem dnia w który zapakujesz prezent. Powiem szczerze, chyba nie ma sklepu w Norwegii, który by nie oferował tego typu rzeczy. Czasami są one w zestawach (wtedy kosztują taniej), czasami każdą część kupuje się pojedynczo, wtedy można miksować kolory, wzory, trendy... Jednak 24 skarpetki nie mogą być puste! W praktyce oznacza to 24 prezenty. A 24 upominki to świetny zysk dla branży handlowej! Podobnie jak skarpetki, tak i ich potencjalną zawartość można nabyć w każdym sklepie, zaczynając od sklepów z jedzeniem, księgarni, drogerii, aptek, kwiaciarni, na Ikei kończąc. Prezenty też nie mogą być byle jakie! Jak mnie dzisiaj w radiu poinformowała spikerka, jeden upominek nie może kosztować więcej niż 50 NOK (uff! A już myślałam, że się trzeba wykosztować;)), muszą być spersonalizowane (czytaj: nie kupuje się byle czego), z pomysłem i przede wszystkim nie mogą to być słodycze (w tym roku słodycze są zdecydowanie nie trendy)! Jednym słowem, dla tych, którzy bawią się w julekalender sprawa nie jest łatwa ani jak myślę, tania! We wczorajszym Aftenposten dziennikarze podzielili się swoimi doświadczeniami z zakupu upominków do julekalender. Kupując w księgarni, wydawałoby się, rzeczy pierwszej potrzeby (ołówki, kredki, linijki) za 24 upominki zapłacili… ponad 1500 koron! (nie wliczając opakowań z „numerkami”).

Na szczęście trendy trendami, a tradycja tradycją. Znam ludzi, którzy naprawdę ręcznie zrobili ponumerowane „opakowania” na kalendergaver. Sami też stworzyli każdy jeden drobiazg, który do nich włożyli. Mogły to być domowej roboty ciasteczka, przepis na ulubioną zupę, karteczka ze „zwolnieniem” ze zmywania, zaśpiewanie piosenki, wytarcie kurzy w bibliotece, ozdoba świąteczna lub karteczka z życzeniami… Sami przyznajcie, w takim wymiarze julekalender nabiera sensu i oczekiwanie na Święta staje się przyjemniejsze. Może już czas, żebyśmy z Bobem też się w to pobawili? Cóż, może za rok, w tym roku przegapiliśmy szansę:)

A Wy praktykujecie zabawę w julekalender w domach? A może jest jakaś norweska tradycja świąteczna, która szczególnie Wam się podoba, albo o której chcecie przeczytać? Zapraszamy do komentarzy pod tekstem!

6 komentarzy:

  1. Kiedyś, kiedyś w przeszłości rodzice kupowali nam ( siostrze i mnie) kalendarze adwentowe, ale jak to niedobre dzieci zjadaliśmy wszystko już I dnia - tradycji zaprzestano. Fajnie, że z takim przywiązaniem kultywuje się to dalej w Norwegii, choć pewnie kładzie się nacisk na komercjalizację ( lepszy prezent) niż na sam zwyczaj. Ja chciałbym poznać tajniki, porady dotyczące dekorowania domu na święta a'la native Norweg :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też pamiętam te kalendarze z czekoladkami jakieś 20 lat temu... mama chowała go przede mną żebym nie zjadła wszystkiego naraz ;-) a te kalendarze z Haribo albo Kinder nie mają tego uroku. Jak już los obdaruje nas dzieckiem to z pewnością będę robić je sama. W tej chwili przygotowujemy się do norweskich świąt. A przeczytałabym najchętniej o norweskiej choince i ozdobach ;-)
    Podrawiam cieplutko z zasypanego śniegiem Randaberga ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dwa dni temu, w podczas mojego pierwszego norweskiego Julebord, zostałem obdarowany przez mojego szefa między innymi takowym kristamasowym kalendarzem z czekoladkami. Poczułem się znów jak mały chłopiec, trochę wywołało to uśmiech na mojej twarzy ale i bardzo miłe uczucie że owa tradycja wciąż ma się dobrze i dotyczy nie tylko dzieci w wieku wczesnoszkolnym ;) Tak więc mimo że słodyczy nie jadam to codziennie prze następne 3 tygodnie palce będę miał umazane w czekoladowym posmaku, a co mi tam...
    Pozdrowienia z mroźnego Trondelagu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Witajcie:)
    Mi szczególnie podoba się zwyczaj adwentowych stroików i odpalania w kolejną niedzielę kolejnej świecy:) W Polsce niby zwyczaj ten jest, co obserwuję na blogach wnętrzarskich, ale osobiście nie znam ani jednej osoby która takowy stroik robi. My natomiast mamy swój stroik, pierwsza świeca już płonęła w niedzielę:) Julekalendarza nie posiadamy, ale kto wie...może zacznę kiedyś robić dla swoich przyszłych dzieci! Pozdrawiam serdecznie z Arendal.

    OdpowiedzUsuń
  5. cozaraz bardziej lubie czytac ten blog ..pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje dziecko jest jeszcze za male, ale mysle, ze taki kalendarz moze byc fajna zabawa w pezyszlosci :) Tym niemniej przypomnialy mi sie czekoladkowe kalendarze w Polsce - zjadalam je w jeden dzien ;) wiec moze cos bardziej kreatywnego lepiej sie sprawdzi.
    Pozdrawiam z Oslo!

    OdpowiedzUsuń