Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 3 marca 2012

Krótki przewodnik po norweskich rybach

Nikogo nie powinno dziwić, że ryby stanowią podstawę diety większości Norwegów. Przyjeżdżając do kraju fiordów ma się dwa wyjścia - polubić ryby i zacząć je serwować na obiady lub wracać tam skąd się przyjechało pokonanym przez naturę.

My z Bobem zaliczamy się do tej pierwszej grupy. Mieszkając w Polsce nie mieliśmy zbyt często okazji do jedzenia ryb. To, co można było kupić w marketach dalekie było od tego, co powszechnie rozumie się pod słowem „ryba”. Poza tym zawsze po przygotowaniu takiej „ryby”, potem przez tydzień towarzyszył nam jej „zapach”.

Tutaj ryby są tańsze niż wieprzowina, wołowina czy drób i dodatkowo ich wybór jest bardzo duży - nawet w zwykłych marketach spożywczych można liczyć na szeroką gamę różnych gatunków ryb, zwykle zarówno mrożonych, jak i świeżych.



O swoistym rybnym raju mogą mówić mieszkańcy wybrzeża. Tam codziennie lub prawie codziennie można dostać świeżo złowione rybki i owoce morza. W Grimstad trafiają one do specjalnego fiskemottak, który zajmuje się skupem ryb wprost od rybaków, a następnie sprzedaje je mieszkańcom (i sklepom). Często za sprzedaż ryb w nadmorskich miastach odpowiedzialne są miejsca zwane fiskeutsalg lub fiskemarked. Najpopularniejszym i chyba największym w Norwegii fiskemarkedem (targiem rybnym) jest ten w Bergen. Na głównym placu miasta codziennie nabyć można przeróżne ryby i stworzenia wodne, wszystko świeżutkie i pachnące, często żywe. Trzy lata temu mieliśmy okazję odwiedzić taki rybny targ i muszę przyznać, że jest to niesamowite przeżycie. Oprócz tradycyjnej sprzedaży ryb, na poszczególnych stoiskach można spróbować przeróżnych morskich wynalazków. My zostaliśmy poczęstowani mięsem rekina (!), okazało się bardzo smaczne, choć drugi raz już się na nie raczej nie skuszę;] Z kolei nasza koleżanka, która w zeszłym roku odwiedzała znajomych w Bergen poszła na targ rybny na śniadanie! Oprócz stoisk rybnych na targu są też liczne sprzedające gotowe potrawy, albo zestawy ryb, które można zjeść w samym sercu marketu chłonąc wyjątkową atmosferę miejsca.

Norweskie sklepy nie pozostają wiele w tyle za targami rybnymi i zwykle oferują olbrzymią gamę przetworów rybnych - oprócz tradycyjnych filetów, dzwonków i tuszek można kupić świeże rybki (zwarte i gotowe do wypatroszenia), podroby rybne (!) oraz gotowe ciasteczka rybne (fiskekaker), kotlety rybne (fiskeburger), zupę rybną (fiskesuppe; dostępna jest w dwóch wersjach – biała zw. „bergeńska” i czerwona - zaprawiona pomidorami), paluszki rybne (fiskepinner), specjalna rybna przystawka przypominająca paczkę z białym serem (fiskepudding), plus różnego rodzaju ryby wędzone (na kilka różnych sposobów), gotowane i grillowane, no i oczywiście suszone (tørrfisk; o tak intensywnym zapachu, że tygodniowe wietrzenie mieszkania nie jest w stanie sobie z nim poradzić). Wszystkie (prawie) rodzaje ryb można nabyć w przyprawach lub bez, mrożone lub świeże.

Po przyjeździe do Norwegii początkowo na zakupy rybne wybieraliśmy się ze słownikiem. O ile makrelę (nor. makrell) udało nam się namierzyć bez problemu, o tyle skrei i torsk były dla nas pewnego rodzaju wyzwaniem. Jest to bowiem nazwa tego samego gatunku ryb (dorsza) – torsk to jednak dorosły osobnik, z kolei skrei to tarło, które poławiane jest u wybrzeży północnej Norwegii na Lofotach. Do tego dochodzi swojski sild, czyli śledź. I tu jedna uwaga, ze śledziami mieliśmy do czynienia tylko raz. I mimo moczenia ich w wodzie były przeokrutnie słone (stąd mamy na koncie tylko jednorazową przygodę z tą rybą) ALE jeśli komuś z Was udało się opracować jakiś fajny przepis z wykorzystaniem śledzi dostępnych na norweskim rynku, to proszę nie krępujcie się i podzielcie się z nami tą wiedzą w komentarzach. Bob, jako zagorzały wielbiciel wszelkiego gatunku ryb w tym śledzi będzie wdzięczny. Póki co dobre śledzie w Norwegii jadł tylko w hotelach.

Wróćmy jednak do ryb. Zdecydowanie najpopularniejszymi rybami w Norwegii są torsk (dorsz) i laks (czyli łosoś). Polecam rozejrzeć się szczególnie za łososiem wędzonym, który fantastycznie smakuje z pastą jajeczną i sałatą. Jest też podobny do łososia (również intensywnie pomarańczowy) ørret, niech Was jednak nie zwiedzie kolor tej rybki, ponieważ jest to pstrąg! W Norwegii jest jednak znacznie bardziej popularny ten o różowym mięsie niż ten o białym, który możecie kojarzyć z polskich rynków. Warto też zapoznać się bliżej z rybką sei. Okazuje się bowiem, że mintaj może naprawdę smakować rybą a nie glazurą, jak ten z rodzimych marketów.

Eksport ryb za granicę (głównym beneficjentem norweskich łososi są Japończycy) stanowi jedną z ważniejszych gałęzi norweskiego handlu i co roku przynosi wiele miliardów koron do norweskiego skarbca. Poza tym zatrudnienie „przy rybach” stanowi główne źródło dochodu mieszkańców wielu dystryktów Norwegii.

Wszystkich Was zachęcamy do wypróbowywania norweskich ryb, w końcu jak sugerują eksperci, dietetycy, lekarze i cały tabun innych autorytetów - ryba wpływa na wszystko i powinno się ją jeść minimum dwa razy w tygodniu!

7 komentarzy:

  1. W Polsce denerwuje mnie to, że ryby są droższe od drobiu i wieprzowiny, a uznaje się je za dania postne. Ale nie o to mi chodzi. Żałuję, że sprzedawane u nas ryby, to kilogram lodu na dwa kilo ryby. A moje dzieci tak ryby kochają. I syn, i córka na makrele wędzoną wręcz się rzucają. Na łososia wędzonego jeszcze bardziej - zwłaszcza na norweskiego, bo i takiego z Kurylów też zdarza się czasem nam do domu przynieść.

    Ten śledź w Norwegii naprawdę jest tak słony, że nawet moczenie nie pomaga?

    Wypróbowałbym norweskie ryby. Jadłbym więcej ryb, moje dzieci mogłyby mieć ryby codziennie, tylko niech one nieco w Polsce potanieją. Albo niech ja zacznę zarabiać więcej. Może to będzie dobry powód, aby po 15 latach w końcu zmienić pracę?

    OdpowiedzUsuń
  2. ja osobiscie do norweskiego lososia hodowlanego, ktorym zalany jest caly swiat mam chyba uprzedzenia. po roku mieszkania w norwegii staram sie jesc je jak najrzadziej. kto nie jest w temacie moze sobie wygooglowac norwegian farmed salmon. oczywiscie mozna zadac sobie pytanie, co w dzisiejszych czasach w ogole jest zdrowe? sprzedawczyni w naszym sklepie rybnym powiedziala mi wprost- halibut hodowlany, ktorego sprzedaja w tym sklepie pochodzi z dobrej farmy, ale lososia to ona sama juz tam nie kupuje.
    no ale nie zmienia to faktu, ze z cala pewnoscia ryby sa o wiele zdrowsze i tansze niz mieso.
    jeszcze a propos sei- ja mam czasem klopoty z tlumaczeniem na polski. czy ten sei to naprawde mintaj? ja zazwyczaj wrzucam norweska nazwe do wikipedii, a potem po lewej stronie wybieram jezyk polski i sprawdzam czy lacinska nazwa jest taka sama. sei wg wikipedii to czerniak. taka nazwe uzywalam na swoim blogu, chetnie dowiedzialabym sie czy prawidlowo, zeby ewentualnie poprawic.
    no ale tak czy siak- sei to rzeczywiscie dobra ryba. i do tego ma niski poziom zawartosci metali ciezkich. mozna ja jesc czesto.
    pozdrawiam ze stavanger ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tymi tłumaczeniami ryb to faktycznie jest problem. Twoja uwaga zmobilizowała mnie do intenstywnych poszukiwań i tak... według Mini norsk-polsk visuell ordbok sei to mintaj, ALE według słownika Norsk-polsk, polsk-norsk Żanety Wawrzyniak-Soleng sei to dorsz o czarnym podbrzuszu, czyli może czerniak? Kiepsko znam się na rybach, co by to jednak nie było to sprawdziłam oba gatunki (?) i wychodzi na to, że zarówno mintaj jak i czerniak to bliscy kuzyni i wywodzą sie z rodziny dorszowatych:)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam ryby w każdej postaci. Ależ Wam zazdroszczę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Sei to czarniak (Pollachius virens). Mintaj (Gadus chalcogrammus) to inna ryba. Pozdrawiam z Molde.
    Jan

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam i serdecznie pozdrawiam z Islandii.Mieszkam z rodzina w tym kraju juz 15 lat ale przyszedl czas na zmiany.Mamy nadzieje ze uda sie nam znalezc swoje miejsce w Norwegi.Dziekuje za wszystkie informacje i ciekawostki.Zycze wszystkiego najlepszego i zapraszam do Islandii.To piekny i ciekawy kraj ,pelen wielu zaskakujacych miejsc.
    Wojtek

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam, co do śledzi, to słyszałam, że trzeba je moczyć naprawdę długo, noc, a nawet do 48 h. Sama mam w planie zakup i wypróbowanie, więc podzielę się doświadczeniami :)
    btw, super blog, często tu zaglądam :)

    OdpowiedzUsuń