Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

czwartek, 2 lutego 2012

One day in Oslo

Praca w norweskiej bibliotece uniwersyteckiej wymaga między innymi czynnego udziału w przeróżnych konferencjach i seminariach. Generalnie jest w czym wybierać: tygodniowa konferencja w centrum Londynu związana z mediami internetowymi, tygodniowy wyjazd na wyspy greckie na seminarium dotyczące rozwoju instytucji naukowych - żeby wymienić te najfajniejsze, w których moi koledzy z pracy oczywiście uczestniczyli.

Trochę mniej spektakularny, ale równie fajny był wyjazd integracyjny połączony z seminarium do hotelu SPA (w tym akurat uczestniczyłam). Ale żeby nie było tak fajnie są też „normalne” konferencje, zwykle jedno- lub dwudniowe, w których ważnym punktem programu obok wykładów i referatów są rozmowy przy lunchu i generalnie dobra zabawa. Z tego co się zorientowałam, konferencje organizowane przez pracodawcę Boba idą krok dalej i wieczorami odbywa się regularna impreza z konferansjerem, konkursy, alkohol, tance, śpiewy i kac gigant następnego dnia.



Bez względu na to, gdzie się mieszka czy pracuje, większość ogólnonorweskich konferencji organizowanych jest przeważnie w okolicach Gardermoen (największe lotnisko Oslo i Norwegii, które spokojnie można by nazwać osobnym miastem konferencyjnym). Dlaczego konferencje odbywają się właśnie tam? Odpowiedź jest prosta: łatwość dojazdu. W Norwegii jest kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset lotnisk, które mają połączenie lotnicze z Gardermoen, zatem dotarcie na konferencje nawet z największej norweskiej „dziury” nie stanowi problemu.

Eve wczoraj uczestniczyła w takiej konferencji. Do tej pory brałam udział w spotkaniach lokalnych (czy to na forum uniwersytetu czy lokalnego społeczeństwa bibliotecznego), natomiast wczoraj miałam okazję poznać bibliotekarzy z całej Norwegii od Kristiansandu po Narvik. Generalnie kompletnie nie spodziewałam się tylu ludzi, więc przez pierwsze pół godziny nie mogłam wyjść z szoku przeglądając listę obecnych. Robiła wrażenie. Konferencja dotyczyła pośrednio praw autorskich autorów podręczników uniwersyteckich i pieniędzy, które biblioteki im płacą za możliwość ich przedrukowywania, kopiowania i kserowania przez studentów.

Przyleciałam tuż przed 10 (większość konferencji zaczyna się właśnie miej więcej o tej godzinie, żeby wszyscy zdołali dotrzeć). Po drodze w ramach biletu dostałam gazetkę do poczytania i śniadanko. Szczęśliwie organizatorzy mojej konferencji wynajęli salę w hotelu do którego nie trzeba dojeżdżać. Do pozostałych wielkich hoteli mieszczących się przy lotnisku dojeżdżają specjalne autobusy lub taksówki. Z kolei do miasta (centrum Oslo) można dostać się szybką kolejką (170 NOK za 25 minutową wycieczkę).

Po pierwszej części złożonej z powitania uczestników i dwóch krótkich prezentacji była przerwa. Druga część wykładów zakończyła się zaproszeniem na lunch. Po nim odbyła się ostatnia część konferencji, zakończona krótkim podsumowaniem. Potem każdy w swój samolot i do domu.

Dotarłam na lotnisko bardzo szybko, przeszłam kontrolę osobistą i znalazłam się w wielkim pasażu Gardermoen. Pokręciłam się po sklepikach, kupiłam wodę i ruszyłam w kierunku bramki, przez którą miałam się dostać na samolot.

Wracało nas dużo, więc wejście na pokład zaczęło się wcześnie. Usadowiłam się wygodnie i czekałam na start. Każdy samolot przed startem był spryskiwany jakimiś chemikaliami, pewnie żeby lód nie osadzał się na skrzydłach. Dojeżdżamy na pas startowy, kapitan grzeje silniki… i stoimy. Zabawa powtarza się kilka razy. A my ciągle w tym samym miejscu. Za nami ustawiła się już niezła kolejka samolotów, więc zjeżdżamy. Kapitan obwieszcza, że mamy techniczne problemy i musimy czekać na dalsze wytyczne z wieży. Po jakimś czasie obwieścił, że musimy czekać na mechanika i sprawdzić wszystkie systemy. Po godzinie dostaliśmy zielone światło na start. Ileż ja się stresu najadłam przez to. Na szczęście lot był krótki i po 40 minutach byliśmy na miejscu. Podróż z lotniska do domu minęła niewiele lepiej. Tym razem konieczna była przesiadka i oczekiwanie na drugi autobus na mrozie. Ale i to przeżyłam:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz