Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 8 stycznia 2012

Pierwsze koty za płoty – sezon narciarski rozpoczęty

W tym jakże historycznym dniu dla polskich biegów narciarskich i Justyny Kowalczyk, postanowiliśmy z Bobem zainaugurować nasz prywatny sezon narciarski. Co prawda decyzja o wypadzie na narty zapadła wczoraj, a informację o triumfie Polki w Tour de ski przeczytałam przed chwilą, ale myślę, że godnie uczciliśmy to wydarzenie. A przynajmniej się staraliśmy.

Narty musiały długo czekać na początek sezonu. Kupiliśmy je w listopadzie, a dopiero teraz - na początku stycznia - założyliśmy je pierwszy raz na nogi. W tym czasie zdążyliśmy wymienić buty, które jak się okazało zupełnie nie pasowały do wiązań przy nartach. No cóż, tak bywa gdy totalny amator bierze się za wybór sprzętu. Na szczęście z reklamacją nie było najmniejszych problemów. Dziś - już z pasującymi do wiązań butami, po obejrzeniu kilku filmików na Youtube o tym, jak na nartach biegać, wybraliśmy się w góry (u nas w Grimstad śniegu tej zimy ani śladu, więc musieliśmy „wyjechać”).

Oboje z Bobem absolutnie pierwszy raz w życiu mieliśmy narty na nogach. Nasze amatorstwo było tak amatorskie, że problem stanowiło nawet zainstalowanie butów na narcie. Po kilku razach okazało się, że wcale nie jest to takie trudne. Żadne z nas tak naprawdę nie wiedziało, jak się zabrać do tych biegów narciarskich. Patrząc na śmigających na nartach Norwegów ma się wrażenie, że narty to oni zdejmują tylko do spania (jeśli w ogóle to robią) i biegi narciarskie są równie naturalną czynnością jak chodzenie lub oddychanie. Nie dla nas!



Początki były trudne. Po tym jak udało nam się wpiąć buty w narty i ustalić jak powinno się trzymać kijki, zaczęliśmy powolutku posuwać się do przodu na trasie. Chwała opatrzności, że warunki i przygotowanie „løypy” nie były wyborne i dzięki temu niewielu Norwegów było świadkami naszej druzgocącej kompromitacji. Dość powiedzieć, że z górek zjeżdżaliśmy na tyłkach. Prawda jest taka, że śmiechu było przy tym co niemiara. Po tym, jak się zorientowaliśmy, że nasza trasa jest za bardzo zaawansowana, zawróciliśmy i wybraliśmy prostszą. Wtedy zaczęło nam iść naprawdę nieźle, czyli upadki zdarzały się sporadycznie, a nie nagminnie.

Coraz lepiej wychodziło nam coś, co instruktor z filmu na Youtube nazwał „bezkrokiem” i nawet ślady jodełki przy podchodzeniu do góry wychodziły nam ładniejsze na śniegu. Koniec końców udało nam się przejechać całe okrążenie bez ani jednej wywrotki. Nabraliśmy pewności co do postawy (pochylona lekko do przodu na ugiętych kolankach), doszliśmy do tego jak najbezpieczniej się odpychać kijkami (po kątem ostrym) i jak je stawiać podczas jazdy, żeby się nie zabić ani nie przewrócić do tyłu. Całkiem sporo jak na jeden raz.

Co najważniejsze żadne z nas nie doznało kontuzji (albo jeszcze nie mamy takiej świadomości, że coś nam dolega), chociaż obolali trochę jesteśmy. Ale ciężkie chwile dla naszych ciałek nastaną jutro, kiedy pojawią się zakwasy.

Tymczasem Justynie Kowalczyk bardzo serdecznie gratulujemy, historycznego, trzeciego wygranego Tour the ski. A wszystkim którzy zastanawiają się nad biegami narciarskimi bardzo polecamy tę formę aktywności fizycznej. Każdy upadek daje taki sam fun, jak fakt pokonania kilku lub kilkunastu metrów na nartach bez upadku.

Pozdrowienia dla wszystkich początkujących

2 komentarze:

  1. Hej od jakiegos czasu sledze twoj blog jest naprawde pelen ciekawych i urzytecznych informacji:) Jak wam idzie nauka na biegowkach?? Ja osobiscie zastanawiam sie nad kupieniem sprzetu, ale nie jestem do konca przekonana, z uwagi na krzywe spojzenie mojej 2giej polowki, czy nie beda to peniadze wyrzucone w bloto i brak mobilizacji:D Pozdrawiam Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mialo byc "wasz blog" :P sorry
      K.

      Usuń