Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 24 grudnia 2011

God jul! Czyli życzenia po norwesku

I doczekaliśmy się kolejnych Świąt Bożego Narodzenia, świąt, o których różnych aspektach trochę już pisaliśmy - zarówno w tym roku, jak i rok temu. Święta i nadchodzący nowy rok to oczywiście okazja do złożenia Wam życzeń, co też niniejszym czynimy. Życzymy Wam radosnych Świąt spędzonych z bliskimi Wam osobami, a w nowym roku wszelkiej pomyślności, pogody ducha i pozytywnego nastawienia oraz wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do swoich celów. Życzymy jeszcze lepszego poznania i zrozumienia Norwegii, a osoby zza granicy gorąco namawiamy do zaplanowania wizyty nad fiordami w 2012 roku!

To były życzenia po polsku. No właśnie, a jak przy życzeniach jesteśmy, to wypada poruszyć kwestię życzeń po norwesku! Różnią się one znacznie od polskich i nie ma specjalnego znaczenia, czy okazją są święta, nowy rok czy urodziny, rocznica ślubu albo święto narodowe. Są to zawsze bardzo krótkie, wręcz lakonicznie życzenia. Norwegowie nie wysyłają rymowanych wierszyków świątecznych, wyszukanych życzeń, nie wyliczają jak z listy, czego komuś życzą. Zupełnie wystarczającym pozdrowieniem świątecznym jest "God jul" (dobrych świąt), noworocznym - "Godt nytt år!" (dobrego nowego roku), a w pozostałych okazjach po prostu gratulacje ("Gratulerer!").

Zatem drodzy czytelnicy - god jul og godt nytt år!

niedziela, 18 grudnia 2011

Bez opłatka, ale z procentami – czyli spotkanie świąteczne w pracy

Julebord, czyli po polsku świąteczny stół, to coś, co (gdyby bardzo mocno się postarać) można by przyrównać do odbywającego się przed Bożym Narodzeniem w polskich firmach spotkania opłatkowego. Co łączy te dwa wydarzenia? Chyba tylko to, że pracownicy spotykają się w mniej oficjalnych okolicznościach i że pretekstem są Święta...

O ile w Polsce ludzie dzielą się wtedy opłatkiem albo przynajmniej składają sobie życzenia lub przyjmują je od kierownictwa, o tyle w Norwegii pracownicy wykorzystują to spotkanie w gruncie rzeczy, żeby najeść i upić się na koszt pracodawcy. A przy stawkach w norweskiej gastronomii i kosztach imprezowania na mieście, to naprawdę bardzo atrakcyjne!

Podczas julebord często (choć nie zawsze) podawane są tradycyjne norweskie potrawy świąteczne. Są więc popularne ribbe, pinnekjøt, lutefisk albo kalkun. Do tego rødkål i mandel poteter.

czwartek, 15 grudnia 2011

Norwegia prosi o pomoc zagranicę

Wieści płynące z Europy nie są dobre. Co i rusz słychać o widmie bankructwa kolejnych państw. Przywódcy Unii Europejskiej naradzają się jak zaradzić kryzysowi, podpisują umowy międzyrządowe, negocjują i z przerażeniem patrzą w przyszłość. Duch w narodach słabnie niczym polski złoty i tylko patrzeć kolejnego krachu. Przyszłość waluty euro jest zagrożona, przyszłość Unii Europejskiej także. Jednym słowem jest kiepsko. I to nie tylko w EU! Kryzys nie ominął także Norwegii. Zabrakło masła przed Świętami!

Na dwa tygodnie przed Świętami półki sklepowych lodówek świecą pustkami. W sklepach spożywczych masła nie widziano od tygodni. Sprzedawcy rozkładają bezradnie ręce. Norwegowie, którzy nie wyobrażają sobie Świąt bez domowych wypieków, są absolutnie załamani! Kto w Norwegii do wypieków używa margaryny?! Jedna z marek produkująca margarynę postanowiła wykorzystać chwilowy krach na rynku mleczarskim i w gazetkach sklepowych reklamuje swój flagowy produkt. Ale co to za pierniczki na margarynie? Na szczęście Norwegowie mogą liczyć na sąsiadów. Z Danii kilka razy w tygodniu przypływa promami „pomoc humanitarna”, jak to dowcipnie nazwali jowialni Duńczycy, którzy na głównych placach w Oslo i Kristiansandzie rozdają duńskie masło Norwegom za darmo.

sobota, 10 grudnia 2011

Dlaczego broddeny są do życia w Norwegii niezbędnie potrzebne?

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Listopadowy poranek. Wasz partner szykuje się do pracy, wy robicie szybkie śniadanie podziwiając widok za oknem. Słońce powoli wschodzi i odbija się w wodzie. Mieszkacie na niewielkim wzniesieniu więc absolutnie nic nie zakłóca Wam pejzażu za oknem. Po śniadaniu on wychodzi do pracy. Stoicie w oknie dopijając jeszcze ciepłą kawę i obserwujecie go jak powoli zaczyna schodzić ze wzniesienia, na którym znajduje się wasze mieszkanko w stronę miasteczka. I tu sielanka się kończy, bo chodnik jest tak śliski, że nie da się po nim iść, dodatkowo strome zbocze też nie ułatwia poruszania się. Wasz partner, zamiast iść normalnie do pracy, walczy z grawitacją i lodem na chodniku, ześlizguje się w dół i niewiele może zrobić, byle uniknąć upadku lub połamania.

Widząc taką scenę w filmie zwijalibyście się ze śmiechu. Ale kiedy przytrafia się to wam w rzeczywistości, dotyczy bliskiej wam osoby i uświadamia dodatkowo, że za chwilę idąc samemu będziecie w dokładnie takiej samej sytuacji, dochodzicie do wniosku, że takie filmy wcale nie są śmieszne.

Taką sytuację przeżyliśmy jakiś rok temu. Jeszcze tego samego dnia Bob wrócił do domu z czymś co tutaj w Norwegii nazywa się broddenami. Czy są broddeny? To specjalne gumowe podeszwy z nabitymi ćwiekami, które zakłada się na podeszwę butów. Idąc ćwieki wbijają się w lód lub śnieg dzięki czemu nie wpada się w niechciany poślizg. Zasada jest tutaj podobna jak w przypadku dozwolonych w Norwegii opon z kolcami. W ich przypadku kolce wbijają się w lód na drodze pozwalając jednocześnie na stabilna jazdę i ułatwiając (a w zasadzie umożliwiając) podjazd pod strome wzniesienie np. do domu.

wtorek, 6 grudnia 2011

Mikołajki norweskie

Bardzo lubię 6. grudnia. Odkąd byłam dzieckiem był to mój absolutnie ulubiony dzień (obok moich urodzin). Oczywiście moje uwielbienie dla tego dnia było jak najbardziej podyktowane własnym interesem. A dokładniej prezentami. Z bratem pod nieobecność mamy (na szczęście dla nas pracowała po 12 godzin, więc czasu mieliśmy pod dostatkiem) przekopywaliśmy wszystkie szafy, szafki, szafeczki i schowki w celu znalezienia prezentów. Trzeba przyznać, że mamie należą się brawa za kreatywność, bo nie pamiętam czy kiedykolwiek udało nam się dokopać do prezentów.

Wreszcie po bezowocnym wywróceniu do góry nogami całego mieszkania następowały ukochane Mikołajki. Zasada była prosta – Mikołaj wchodził do pokoju przez dziurkę do klucza (z czasem przez otwór pod drzwiami, kiedy to przytomnie uświadomiłam sobie i mamie, że przecież w moim i brata pokoju nie ma dziurki od klucza!) i zostawiał prezenty przy łóżkach. Naszym zadaniem – tzn. moim i brata było obudzenie się odpowiednio wcześnie, tak żeby można się było zacząć bawić podarkami jak najszybciej. W sukurs przychodziła nam nasza nieumiejętność do spania długo, więc normą było, że budziliśmy się w środku nocy (ku rozpaczy rodziców) i hałasowaliśmy w naszym pokoju zachwycając się otrzymanymi prezentami.

To były czasy!