Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 29 maja 2011

Staż u norweskiego pracodawcy

Będę nieskromna – jestem żywym przykładem na to, że warto uczyć się języka norweskiego przed przyjazdem do Norwegii. Byłabym straszną hipokrytką, gdybym napisała, że od początku wierzyłam, że dostanę staż i pracę w Norwegii. Prawda jest taka, że nie wierzyłam. Ostatni rok spędziłam w domu i generalnie wszystko sprzyjało temu, aby w mojej głowie formowały się pesymistyczne scenariusze mojego przyszłego życia na emigracji. Na szczęście miałam silne wsparcie Boba, przez co ostatni rok w domu na „radosnym bezrobociu” upłynął mi względnie spokojnie.

Jak już wspominałam na blogu, wraz z przeprowadzką pojawiły się nowe perspektywy pracy dla Eve - zaczęłam dostawać zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. I w końcu, mimo że rekrutacji nie wygrałam (zajęłam 2 miejsce) został mi zaproponowany staż poprzez NAV (norweski urząd pracy). Propozycję przyjęłam (mimo porażki w procesie rekrutacyjnym) z zadowoleniem i po załatwieniu wszystkich formalności ruszyłam po wiedzę.

Dzięki temu, że jestem w Norwegii zarejestrowana jako bezrobotna dłużej niż 6 miesięcy, posiadam numer personalny oraz znam język norweski, został mi przyznany płatny staż z urzędu pracy. Doradca z NAVu sugerował, aby samemu wybrać sobie miejsce praktyk i tak też zrobiłam. Potwierdzenie o przyznaniu mi praktyk i dofinansowania otrzymałam jakieś 2 tygodnie po oddaniu wniosku w lokalnym biurze NAV. Oznacza to, że mimo iż w Norwegii rąk swych pracą nie skalałam, mam prawo do świadczeń (w tym finansowych) z urzędu pracy (choć nie jest tu mowa o zasiłku dla bezrobotnych!). To się nazywa państwo socjalne ;]

niedziela, 22 maja 2011

Henrik Ibsen - dramaturg, który prawie został aptekarzem

Literatura skandynawska staje się coraz bardziej popularna w Polsce. Główna zasługa tutaj Stiega Larssona, który nijako wprowadził „modę” na kryminały z „dalekiej północy”. Jednak wbrew pozorom literatura skandynawska to nie tylko Larsson, ale także wielcy i uznani klasycy. Na blogu postaram się przybliżyć sylwetki kilku norweskich pisarzy, którzy na stałe zapisali się w dziejach literatury światowej.

Na początek nie kto inny, ale sam Henrik Ibsen. Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły był to jedyny pisarz norweski, którego utwór (dramat „Dzika kaczka”) omawialiśmy na zajęciach z języka polskiego. Przez długi (bardzo długi czas) był to więc jedyny norweski pisarz, którego znałam! Dlatego to jemu przypadnie w udziale rozpoczęcie cyklu o wielkich literatach norweskich.

Henrik Ibsen urodził się roku pańskiego 1828 (dokładnie 20. marca) w miasteczku Skien w regionie Telemark. W tamtych czasach Skien było tętniącym życiem miejscem, w którym wszyscy (również rodzice Ibsena) utrzymywali się z handlu. Pierwsze 15 lat swojego życia spędził Ibsen właśnie w tam, potem przeprowadził się do Grimstad, aby uczyć się na aptekarza.

Jeszcze w Skien chłopiec zaczął wykazywać zainteresowanie literaturą. Po bankructwie ojca rodzina Ibsenów zmuszona została sprzedać swój dom i przeprowadzić się. W nowym mieszkaniu Ibsen miał dostęp do sporej biblioteki, gdzie zapoznawał się z dziełami literackimi. Również sam podejmował próby pisania wierszy, bawił się w teatrzyk kukiełkowy, malował.

W Grimstad Ibsen pojawił się na przełomie 1843/44 roku. Celem podróży było przyuczenie do zawodu aptekarza. Wieczorami Ibsen zaczytywał się dziełami Voltaire’a, Kierkegaarda i Wergelanda. Nie wiązał on jednak jeszcze w tym czasie swoich planów życiowych z literaturą. Po maturze planował rozpocząć studia medyczne.

wtorek, 17 maja 2011

17. maja - najbardziej norweski dzień w roku

Dziś po raz kolejny przeżyliśmy w Norwegii 17. maja, zwykły dzień wg polskiego kalendarza, ale jakże niezwykły w Norwegii. Ci, którzy czytali naszego bloga od samego początku, być może pamiętają, że 17. maja to norweskie święto narodowe - dzień konstytucji (grunnlovsdag). Upamiętnia uchwalenie przez Zgromadzenie Narodowe pierwszej konstytucji Norwegii, do którego doszło w Eidsvoll 17. V 1814 roku.


Śmiało powiedzieć można, że 17. maja to najważniejsze spośród świąt obchodzonych w Norwegii i najbardziej uroczyste. Zachowało przy tym - w przeciwieństwie do np. Bożego Narodzenia czy Wielkanocy - swój właściwy charakter albo innymi słowy - nie nabrało jeszcze komercyjnego charakteru.
Norwegowie czują się niemal wewnętrznie zobowiązani świętować 17. maja. Ten wolny w całym królestwie dzień w żadnym wypadku nie jest tylko okazją do wyjazdu nad wodę albo przedłużonego weekendu. Przeciwnie - 17 maja wszyscy zostają w swoich miasteczkach i wspólnie manifestują patriotyzm, przywiązanie do kraju i flagi.

piątek, 13 maja 2011

Dugnad, czyli czyn społeczny po norwesku

Spotkaliście się kiedyś ze słówkiem „dugnad”? Ci którzy mieszkają w Norwegii lub uczą się języka norweskiego na pewno. Próbowaliście kiedyś sprawdzić, co ono znaczy? Być może niektórzy, również ja i Bob podjęli próbę odnalezienia jego znaczenia w słowniku. I jaki był rezultat poszukiwań? Niezadowalający. Okazało się bowiem, że po pierwsze w języku polskim nie ma odpowiednika tego słowa, a po drugie, że jest ono w zasadzie nieprzetłumaczalne.

Nie podejmuję się w tym wpisie wytłumaczenia genezy tudzież etymologii zwrotu „dugnad”. Postaram się natomiast wytłumaczyć czym ono jest.

Pierwszy raz spotkałam się z tym słowem podczas nauki języka. Pojawiło się ono w jednej z czytanek. W tekście zabrakło wytłumaczenia, co dugnad oznacza, jednak cała czytanka traktowała o rzeczach, zjawiskach typowo norweskich. Zatem pierwszy trop był taki, że dugnad to coś ściśle związane z Norwegią, coś co ją (albo jej społeczeństwo) charakteryzuje, coś jak ser brązowy, ale niekoniecznie do jedzenia.

Mój drugi kontakt ze słowem dugnad był bardziej osobisty, a wręcz namacalny. Oto bowiem niespełna rok temu wracając ze sklepu ze skrzynki na listy wyjęłam kartkę z wielkim napisem „Dugnad” oraz datą i godziną. Zatem drugi trop był taki, że dugnad to spotkanie, tylko typowo norweskie (o jedzeniu brązowego sera nie wspominali na kartce, więc stwierdziłam że te dwa pojęcia być może nie mają ze sobą związku przyczynowo-skutkowego).

wtorek, 3 maja 2011

Pierwszy roczek Eve i Boba w Norwegii

W niedzielę minął dokładnie rok od naszej przeprowadzki na daleką północ, czyli samo południe Norwegii. Oznacza to ni mniej ni więcej, że nasz blog również obchodzi swoje pierwsze urodziny. Pewnie nie wspominałabym o tym w poście, gdyby nie fakt, że właśnie przeczytałam o opadach śniegu na Dolnym Śląsku. Było nie było dokładnie rok temu osłupieliśmy, kiedy wyglądając przez okno hotelu w Oslo zobaczyliśmy hałdy śniegu. Śnieg w maju! Po roku okazuje się, że takie anomalie to nie tylko domena „dalekiej północy” ;]

Przez ten rok mniej lub bardziej regularnie staraliśmy się przybliżać i popularyzować wiedzę o Norwegii o tym jak nam się tu żyje, jakie napotykamy trudności, jakie są różnice i podobieństwa między Polską i Norwegią. Mam nadzieję, że nasz blog przydał się komuś i znalazł tutaj potrzebne informacje, albo chociaż wskazówki, gdzie tych informacji szukać.

niedziela, 1 maja 2011

Pełny obraz norweskiej motoryzacji

Wiele tekstów na blogu poświęcamy na obalanie polskich stereotypów czy opinii o norweskiej rzeczywistości. Nadszedł czas na zajęcie się motoryzacją, bo i w tej kwestii prawdziwy obraz wygląda nieco inaczej niż wielu uważa. Norwegowie, mimo bogactwa kraju, mają jedną ze starszych flot samochodowych w Europie i wcale nie preferują ogromnych wozów w amerykańskim stylu, wyposażonych w duże, paliwożerne silniki! Jak więc naprawdę wygląda typowy, statystyczny norweski wóz?

Jest to albo kombi (norw.: stasjonsvogn) albo hatchback (po norwesku myląco nazwany kombi) z małym silnikiem diesla, ogrzewaniem postojowym, lepszym systemem audio i podgrzewanymi siedzeniami. Kosztuje przeciętnie ok. 300 tys koron, które Norweg wydaje najczęściej na Volkswagena Golfa (klasyczny hatchback) lub Volvo V70 (tradycyjne kombi).