Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

poniedziałek, 28 lutego 2011

Dostęp do książek po polsku w Norwegii?

TAK!!! Będąc w Norwegii można z powodzeniem wypożyczać książki, filmy i muzykę w języku polskim. I jest to tak proste, że poradzi sobie z tym dziecko (polskie). A wszystko dzięki Deichmanske Bibliotek w Oslo.

Nie ukrywam, że bardzo mnie cieszy fakt, że mogę napisać o Deichmanske Bibliotek tutaj na blogu. Uważam, że jest to cudowne udogodnienie dla wszystkich obcokrajowców i wspaniała okazja dla emigrantów na kontakt z kulturą swojej ojczyzny.

Deichmanske Bibliotek w Oslo posiada osobny oddział (Det flerspråklige bibliotek, bibliotekę multijęzykową). W jego zbiorach znajdują się pozycje w ponad 40 różnych językach, w tym oczywiście w języku polskim. I teraz najlepsze - aby korzystać z Deichmanske Bibliotek nie trzeba mieszkać w Oslo; ba nie trzeba nawet przyjeżdżać do stolicy Norwegii, żeby zapisać się do biblioteki i z niej korzystać! Przeciwnie! Można mieszkać na terenie całej Norwegii i korzystać ze zbiorów biblioteki multijęzykowej! Wystarczy mieć paszport i stały numer personalny (fødselsnummer, a więc ten zaczynający się od cyfry 0,1,2 lub 3), wybrać się do biblioteki w swoim miejscu zamieszkania i zapisać.

Posiadając stały numer personalny otrzymuje się kartę wypożyczeń, która pozwala korzystać z bibliotek na terenie całego kraju. Wyobraźcie sobie taką sytuację: na co dzień mieszkacie w Stavanger na południowo-zachodnim wybrzeżu, ale w wakacje postanawiacie odwiedzić znajomych, którzy mieszkają het het na północy, jakieś 800 km od Stavanger. Wybierając się na wakacje jesteście w trakcie czytania pasjonującej książki. Żaden problem - pakujecie książkę, czytacie ją po drodze i oddajecie w pierwszej lepszej napotkanej bibliotece! Co więcej - jeśli w tej bibliotece wpadnie wam w oko inna książka, możecie ją tam wypożyczyć i oddać w swojej bibliotece w Stavanger albo w dowolnej innej. Czyż nie jest to proste?

Jakby tego było mało, to z domu możecie poprzez internetowy katalog biblioteczny zamawiać książki z placówek na terenie całej Norwegii i odbierać je w swojej bibliotece. Wszystko oczywiście jest absolutnie za darmo.

Zbiory polskie w norweskiej bibliotece

Deichmanske Bibliotek w swoich zbiorach ma ponad 1800 książek w języku polskim, w tym prawie 70 książek z 2010! Wśród nich zarówno literatura piękna, fachowa, jak i książeczki dla dzieci; od 2011 roku dostępne jest także czasopismo „Wprost”. Biblioteka oferuje również ponad 80 filmów z polskimi napisami i/lub w języku polskim, a dla wielbicieli rodzimej muzyki dostępnych jest ponad 160 płyt w nagraniami polskich artystów. Sami przyznacie, że jest w czym wybierać :]

Mnie jednak najbardziej interesuje zbiór książek. Składają się na niego zarówno nowe pozycje, jak i klasyka - z „Panem Tadeuszem” i „Ogniem i mieczem na czele” oraz dziełami takich autorów jak Bułhakow, Tołstoj, Zola, Goethe, Dostojewski, Czechow, Austen, Molier, Cervantes czy Woolf. Są też utwory pisarzy współczesnych, takich jak: Zafon, Jelinek, Harris, King, Coelho, Marquez, Vargas i Kundera. Dla wielbicieli kryminałów – Coben, Christie oraz świetni autorzy skandynawscy: Larsson, Nesbø, Läckberg i Mankell. Dla wielbicielek romansów cała plejada polskich i zagranicznych autorek.
Ja zapoznając się ze zbiorami biblioteki czułam się jak w sklepie z zabawkami i tylko przecierałam coraz bardziej oczy ze zdziwienia.

Być może biblioteka w waszej okolicy ma na stanie książki w języku polskim! Deichamnske Bibliotek udostępnia na okres 3 miesięcy swoje książki bibliotekom publicznym w różnych częściach kraju. To jakie zbiory obcojęzyczne znajdują się w bibliotece zależy od potrzeb czytelników. W Farsund w zbiorach biblioteki nie było pozycji w języku polskim, jednak tutaj w Grimstad są. Dlatego zanim wypożyczycie coś z Deichmanske rzućcie okiem na dostępne materiały w waszej bibliotece

sobota, 19 lutego 2011

Jak (nie) podłączysz internetu w Norwegii

W swoim życiu w Norwegii przyszło nam załatwiać podłączenie do Internetu w domu dwukrotnie. W pierwszym mieszkaniu znaleźliśmy zawieszony na ścianie router jednego z dostawców; wystarczyło zatem zadzwonić i telefonicznie „podpisać” umowę. Internet był aktywny kilka godzin później, a zdalna aktywacja kosztowała bagatela 1000 (tysiąc!) koron.

Drugi raz był bardziej skomplikowany. I bardziej norweski. A więc wszystko musiało potrwać…

Jeszcze przed przeprowadzką do Grimstad Bob zabrał się do szukania najlepszej oferty dostawy Internetu do naszego nowego mieszkanka. Wybrał nową superszybką usługę krajowego potentata telekomunikacyjnego – Telenora (takie norweskie TP SA). Oferta VDSL (Internet po łączu telefonicznym ogromnej przepustowości) dostępna miała być na rynku od 1 lutego. Wtedy też Bob wysłał zamówienie do Telenora. Chwilę później przyszło pocztą elektroniczną potwierdzenie przyjęcia zlecenia, ale uwarunkowane możliwościami technicznymi pod danym adresem (decyduje odległość od centrali telefonicznej i średnica kabla). Wiążące informacje mieliśmy otrzymać w ciągu 2 tygodni, pocztą tradycyjną.

Czekać dwa tygodnie tylko żeby się dowiedzieć czy będzie szansa? Nie, to nie dla nas… Po dwóch dniach Bob zadzwonił do Telenora i poprosił o sprawdzenie, czy da się podłączyć tak szybki net u nas. Okazało się, że nie. Anulował zatem zamówienie.

Trzeba się zatem było pogodzić, ze Internet będziemy mieć raczej standardowy niż supernowoczesny. A jak „tylko” standardowy, to taniej jest u konkurentów Telenora (mimo, że ci i tak korzystają z sieci państwowego giganta). Bob wybrał nowego dostawcę łącza (NextGenTel) i złożył kolejne zamówienie.

No i zaczęło się od nowa. Operator zażyczył sobie przesłania skanów różnych dokumentów – potwierdzających wypłacalność, tożsamość, adres (zaświadczenie z rejestru narodowego) i nie wiem co jeszcze. W końcu, po intensywnej korespondencji elektronicznej udało się - przyszedł mail z potwierdzeniem realizacji zamówienia i informacją o wysłaniu pocztą routera.
Pomyśleliśmy - no to teraz będzie z górki! Bob całkiem szybko otrzymał smsa, że oto na odbiór na poczcie czeka paczka z routerem… Tyle że z Telenora! Hm. Przecież zrezygnowaliśmy z Telenora! Bob skontaktował się więc z ich biurem obsługi i jeszcze raz potwierdził, że zrezygnował z ich usług. Konsultantka poradziła, aby po prostu nie odbierać paczki. Nie odebraliśmy.

Na następny dzień przyszło awizo z poczty, że mamy odebrać router wysłany przez NextGenTel. Tego samego dnia (na Internet czekaliśmy "dopiero" 10 dni) przyszła informacja o tym, że 17. lutego przyjdzie do nas monter podłączyć linię telefoniczną, która połączy nas ze „Światem”.

Nastał wspomniany wielki dzień. Czekałam na montera jak uwiązany do budy pies na miskę z żarciem. Czekałam, czekałam, czekałam, czekałam… No i się nie doczekałam. W tym momencie moja cierpliwość i tolerancja dla tutejszego sposobu realizacji usług się przebrała. Jak się okazało NextGenTel dzień wcześniej próbował skontaktować się z Bobem i umówić godzinę wizyty, ale on był w pracy i nie miał możliwości odebrać telefonu. W dniu domniemanej wizyty dzwonił do Boba sam monter - znów aby się umówić na godzinę. Opisując kolokwialnie jego próbę kontaktu napisałabym: puścił Bobowi głuchego na komórkę z zastrzeżonego numeru. I koniec. Oczywiście Bob był wtedy w pracy i oczywiście nie odebrał tego telefonu. Monter nie zadzwonił ponownie, a skoro się nie dodzwonił za pierwszym razem, to stwierdził, że nie przyjedzie i nie podłączy (może się obraził???).

W tym momencie tolerancja Boba też się skończyła i zadzwonił do NextGenTel powiedzieć, co myśli o takiej jakości usług i zapytać o kolejny termin wizyty montera. Konsultantka powiedziała, że monter może przyjść następnego dnia. Bob na wszelki wypadek podał numer telefonu do pracy, aby facet od kabli, jeśli nie uda mu się dodzwonić na komórkę, mógł próbować na stacjonarny. Myślicie, że to koniec problemów? Jesteście w błędzie.

Piątek. Tym razem postanowiłam nie siedzieć jak na szpilkach. Skoro monter i tak dzwoni przed wizytą, to stwierdziłam, że do jego telefonu mogę zająć się swoimi sprawami. Była 12:30. Montera jak nie było tak nie ma. Napisałam do Boba, czy monter się odzywał i w ogóle planuje się u nas pojawić. Bob zadzwonił do dostawcy sieci i dowiedział się, że ze względu na śnieg są trudności, monter jest w terenie i się skontaktuje. I w tym momencie nastąpił przełom, bo facet od kabli zadzwonił do Boba niemal od razu po jego rozmowie z konsultantem. Bob od razu dał mi znać, że monter może się zjawić w przeciągu kilku godzin… Cóż pojawił się po niespełna godzinie, najpierw dzwoniąc do mnie, żebym wytłumaczyła mu jak ma do nas dojechać. Jak umiałam tak wytłumaczyłam. W końcu zjawił się.

Alleluja! Na wstępie spytał, gdzie jest gniazdko (nieważne, że przyszedł tutaj je „założyć”). Pokazałam to co uznałam, że gniazdkiem być może (dziurę w ścianie z wystającymi kabelkami). Monter przystąpił do dzieła. Po jakiś pięciu minutkach majstrowania przy kabelkach obwieścił, że musi iść do samochodu po narzędzia. Zamurowało mnie, a on wykorzystał moją konsternację i się wymknął. Na szczęście zostawił podłączone do kabelków jakieś urządzonko, więc na pocieszenie pozostawała mi świadomość, że być może po nie wróci. Nie było go jakieś 15-20 minut. Wrócił. Znów klęknął przy ścianie i zaczął coś majstrować w dziurze z kabelkami. Nie minęło 10 minut, kiedy ogłosił koniec pracy. W miejscu gdzie kiedyś ziała dziura teraz było estetyczne gniazdko. Spojrzał na router i zakomunikował, że jak sobie go podłączę to będę mieć Internet. Nie ma to jak kompleksowe usługi…

Ostatecznie Internet podłączył Bob po powrocie z pracy. Trochę czasu musiał na to poświęcić, bo okazało się, że kable, którymi mieliśmy podłączyć router nie do końca pasowały do gniazdka założonego przez montera. No ale w końcu się udało, zresztą gdyby się nie udało nie czytalibyście tego tekstu.

Na zakończenie wypada wrócić do Telenora, który (!) przysłał list z zapowiedzią, że 23-ego lutego przysyłają montera, który podłączy nam Internet. Jednocześnie przepraszają w liście, że nie będzie to supernowoczesny VDSL. Yeah :] Bob już nawet nie dzwonił, żeby kolejny raz przypomnieć, że anulowaliśmy to zamówienie…

Ten wpis na blogu zaczęliśmy pochwałą naszego dostawcy sieci do poprzedniego mieszkania, który to uruchomił nam neta po jednym telefonie. Nasza więź z tą firmą trwa nadal! Otóż, mimo że z mieszkania się wyprowadziliśmy, z netu nie korzystamy, firmę przeklinamy, a umowę wypowiedzieliśmy, musimy dalej płacić abonament. Miesiąc w miesiąc. Aż minie rok od rozpoczęcia świadczenia usługi. Roczny okres związania bez możliwości wypowiedzenia jest standardem w wielu norweskich usługach, o czym musicie pamiętać:)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Zanim wyjedziesz do Skandynawii, „Krainy Zimnolubów”

Uwielbiam książki! Co roku w kwietniu (24. dokładnie) z okazji Światowego Dnia Książki i Bibliotek w księgarniach są bardzo fajne oferty. Moja ulubiona pochodzi z Empiku, w którego salonach można tego dnia kupić 3 książki w cenie 2. W zeszłym roku przed wyjazdem do Norwegii skorzystaliśmy z tej atrakcyjnej oferty, a jedną z książek, którą wtedy kupiliśmy była „Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących” niemieckiego dziennikarza Tilmanna Bünza. Przeczytaliśmy ją w pierwszym tygodniu pobytu w Norwegii, ale jakoś niedawno przyszło mi do głowy, że warto napisać parę słów o tej książce tutaj na blogu.

Zacznijmy od tego, że o ile o Skandynawii można znaleźć sporo informacji w sieci, o tyle książek na ten temat jest niewiele. Nie licząc albumu o Norwegii (Wydawnictwo Pascal) i kilku dostępnych na polskim rynku wydawniczym przewodników, o Skandynawii można przeczytać niewiele. Szkoda, bo jak się okazuje, po lekturze „Krainy Zimnolubów” napisać można o niej sporo.

Sam autor, jako reporter niemieckiej stacji telewizyjnej ARD został wysłany na kilka lat do pracy w Szwecji. Pracując nad materiałem dla telewizji poznał wielu ciekawych ludzi, był w interesujących miejscach i poczynił zaskakujące odkrycia.

Książka w dużym stopniu poświęcona jest Szwecji (pierwszy i ostatni rozdział); Norwegii autor poświęcił zaledwie 25 stron. Poza tym w książce opisany jest Spitsbergen, Grenlandia, Finlandia i Islandia. Warto przeczytać całą książkę, a nie tylko skupiać się na interesujących rozdziałach, ponieważ można zaobserwować dzięki temu pewne charakterystyczne cechy dla całej Skandynawii, a nie tylko wybranego jej fragmentu.

Skupmy się jednak na najbardziej interesującym nas rozdziale - poświęconym Norwegii. Czytając tę książkę akurat czekaliśmy na dostarczenie nam ze sklepu zamówionego łóżka. Trwało to dwa tygodnie, podczas których spaliśmy na karimatach. Wyobraźcie sobie zatem moje święte oburzenie, kiedy na pierwszej stronie rozdziału o Norwegii dowiedziałam się, że norweskie krówki leżakują w oborach na… materacach! Prawdziwa ironia, czyż nie?! A dlaczego krowy w Norwegii śpią na materacach? Ano dlatego, że taka jest dyrektywa UE (nie wiedzieć czemu wszystkie nowouchwalone rozporządzenia UE najszybciej wprowadzane są w Norwegii, która nawet nie jest członkiem Unii). Mniejsza o dyrektywę. Norwegowie zauważyli też, że dzięki mięciutkiemu legowisku krówka daje do 15% więcej mleka.
W rozdziale autor wspomina również o słynnych norweskich podgrzewanych chodnikach (jeszcze tego nie doświadczyłam, ale wierzę, że w dużych miastach występują). Sporo miejsca poświęca też kwestii równouprawnienia kobiet, w wyniku którego w państwowych spółkach na szczeblu kierowniczym musi być zatrudniona proporcjonalna liczba kobiet i mężczyzn. Wiedzieliście, że tylko 1/5 z państwowych firm nie wywiązała się z tego obowiązku w wyznaczonym terminie?
W rozdziale nie mogło zabraknąć również największego bogactwa naturalnego Norwegii czyli ropy. „Uroki” pracy na platformie wiertniczej przedstawia jednak nie dwumetrowy wiking z rękami jak szufle, a kobieta – matka kilkorga dzieci.

Ciekawostek w książce jest mnóstwo (czy wiedzieliście, że na Islandii nie ma w ogóle drzew, a jedyną drogą jest okrążająca wyspę krajowa „jedynka”?). Polecamy przeczytanie „Krainy Zimnolubów…” każdemu, kto wybiera się do Skandynawii lub też po prostu zainteresował się regionem śledząc naszego bloga . A może Wy też znacie jakieś fajne książki o podobnej tematyce, jeśli tak to podzielcie się nimi w komentarzach!

 Bünz Tilmann, Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących, Wrocław 2008

piątek, 4 lutego 2011

Przeprowadzeni, czyli nasze pierwsze dni w Grimstad

Oficjalnie od pierwszego lutego jesteśmy mieszkańcami miasteczka Grimstad na południu Norwegii. I bardzo nam się tu podoba!

Sama przeprowadzka była dość ciężka, bo musieliśmy ją przeprowadzić tylko we dwójkę. Dowodem na to niech będzie fakt, że upuściłam pralkę… Jeszcze nie sprawdziliśmy, czy działa, ale lepiej żeby nie była uszkodzona, bo ta, która była na wyposażeniu mieszkania została już zabrana przez właścicielkę na nasze własne żądanie. Wracając do przeprowadzki – wszystko poszło zgodnie z planem. Wypożyczony samochód oddaliśmy na czas. Nasze meble i dobytek dotarły tutaj w zasadzie nieuszkodzone, a wspomnieniem przeprowadzki są liczne siniaki na nogach (próg paki samochodu przeprowadzkowego był centralnie na poziomie moich kolan).

Samo rozpakowywanie rzeczy zajęło nam zdumiewająco mało czasu, więc w sumie tego samego dnia, którego przywieźliśmy ostatnie rzeczy byliśmy rozpakowani. Wykorzystując duży samochód i to, że na naszej trasie z Farsund do Grimstad jest największe centrum handlowe na południu Norwegii (Sørlandsparken, z największą w Norwegii Ikeą), wstąpiliśmy tam i kupiliśmy niezbędne mebelki. W ten sposób po raz pierwszy od dwóch lat jesteśmy posiadaczami osobnych: stolika do kawy, stojącego przy sofie oraz stołu jadalnego z czterema krzesłami! Dodatkowo dzięki przeprowadzce każde z nas zyskało swoją szafę, że już o osobnej kuchni z oknem nie wspomnę (poprzednio mieliśmy tylko aneks kuchenny przy salonie). Jednym słowem mieszkanie jest super.

Co do samego miasteczka to jestem Grimstad absolutnie zachwycona. Farsund było bardzo fajne, spokojne i mieliśmy tam uroczy widok na wodę, ale de facto była to mieścinka trochę na końcu świata. Ludzie przemieszczali się tam głównie samochodami, chodniki były zwykle puste, a mieszkańców można było najczęściej spotkać w marketach. Oczywiście Farsund było przynajmniej o połowę mniejsze niż Grimstad, co w jakimś stopniu wyjaśnia jego senność. Co do Grimstad to od rana jest tu umiarkowany ruch, uliczkami spacerują ludzie, wzdłuż głównego deptaka, na który zresztą mamy widok z okien, ciągną się urocze sklepiki i generalnie czuć, że miasteczko żyje.

Wczoraj odwiedziłam biuro informacji turystycznej i ucięłam sobie miłą pogawędkę z pracującą tam panią. Oczywiście wyszłam stamtąd obładowana przeróżnymi folderami. Także już wypatruję wiosny i nie mogę się doczekać kiedy poznam okolicę. Samo miasteczko też oferuje sporo atrakcji. Kilka knajpek i pubów (w jednym nawet co czwartek organizowane są imprezy z salsą!), a za dwa tygodnie będzie Festiwal Narciarski, gdzie jedną z atrakcji będą skoki na nartach na muldzie śniegu (będziemy to zresztą chyba widzieć z okien), poza tym dla aktywnych są centra treningowe, trasy rowerowo-spacerowe, kilka muzeów (w tym Henrika Ibsena, który tutaj w Grimstad uczył się na aptekarza), także nudzić się tu na pewno nie będziemy.

Na razie co prawda ciągle jeszcze jesteśmy odrobinkę obolali po przeprowadzce, ale ten stan nie będzie trwał wiecznie!

PS W związku z przeprowadzką straciliśmy na jakiś czas stałe łącze internetowe. Bob oczywiście złożył już zamówienie na podłączenie, ale jak wszystko w Norwegii, także i to musi trochę potrwać… Na szczęście w pobliżu domu jest biblioteka z możliwością korzystania z Internetu, także na pewno będziemy pisać, tylko że trochę rzadziej ;)