Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 18 grudnia 2011

Bez opłatka, ale z procentami – czyli spotkanie świąteczne w pracy

Julebord, czyli po polsku świąteczny stół, to coś, co (gdyby bardzo mocno się postarać) można by przyrównać do odbywającego się przed Bożym Narodzeniem w polskich firmach spotkania opłatkowego. Co łączy te dwa wydarzenia? Chyba tylko to, że pracownicy spotykają się w mniej oficjalnych okolicznościach i że pretekstem są Święta...

O ile w Polsce ludzie dzielą się wtedy opłatkiem albo przynajmniej składają sobie życzenia lub przyjmują je od kierownictwa, o tyle w Norwegii pracownicy wykorzystują to spotkanie w gruncie rzeczy, żeby najeść i upić się na koszt pracodawcy. A przy stawkach w norweskiej gastronomii i kosztach imprezowania na mieście, to naprawdę bardzo atrakcyjne!

Podczas julebord często (choć nie zawsze) podawane są tradycyjne norweskie potrawy świąteczne. Są więc popularne ribbe, pinnekjøt, lutefisk albo kalkun. Do tego rødkål i mandel poteter.



Bob przeżył swój pierwszy julebord w zeszłym roku. Miał pecha, bo większość ludzi z jego pracy dojeżdżała samochodami po kilka lub kilkanaście kilometrów na julebord, więc firma zrezygnowała ze stawiania alkoholu do kolacji. Tymczasem na tej samej imprezie bawili się także pracownicy innych firm, którzy procentów we krwi mieli już wystarczająco w chwili przyjścia, a i podczas julebord nie wylewali za kołnierz. Biedny Bob musiał na trzeźwo patrzeć na to, co wyprawia się podczas tej imprezy. A działy się tam istne sceny dantejskie.

W tym roku ja również uczestniczyłam w julebord. Razem z Bobem i ludźmi od niego z pracy wzięliśmy udział w imprezie na pokładzie promu. Było to naprawdę ciekawe i niezapomniane doświadczenie. Zaczęło się od tego, że po przyjeździe do portu moim oczom okazała się olbrzymia grupa Norweżek w strojach więcej odkrywających niż zakrywających. Ja w moim golfie i rurkach czułam się jakbym wyszła w środku lata na plażę w kombinezonie narciarskim. Ale do rzeczy... Po wejściu na pokład udaliśmy się do restauracji i zaczęliśmy naszą kolację. Było bardzo przyjemnie. Ogromny wybór jedzenia, napojów, desery, mnóstwo ludzi w każdym wieku, lekkie bujanie promu na wzburzonym morzu. Dowiedziałam się dużo o świętach w Norwegii i o współpracownikach Boba. Ani się nie obejrzeliśmy, a byliśmy w porcie w Danii. Odebraliśmy nasze bilety na podróż powrotną i poszliśmy zająć stolik w lounge barze.

Krótko po wypłynięciu statku z portu zabrzmiały pierwsze dźwięki muzyki na żywo i... i zaczęto serwować alkohol przy barze. I tutaj zaczęły się dziać prawdziwe cuda. Te same porozbierane dziewczyny po wypiciu niemożliwej do ogarnięcia dla mnie ilości alkoholu w drodze do Danii, znów zaczęły szturmować bar. Kupowały za jednym razem po kilka drinków, żeby nie musieć ponownie stać w kolejce. Wypijały je, a potem próbowały dostać się na parkiet. Przejście tych kilku metrów od stolika na parkiet stanowiło dla pijanych gości na bujającym się statku prawdziwe wyzwanie. Dla nas natomiast te same sceny dostarczały prawdziwej rozrywki :). Średnio dwie na trzy dziewczyny kapitulowały po kilku krokach i przewracały się ukazując swoją bieliznę (tudzież jej brak). Żeby nie było, że się czepiam faceci wcale nie byli lepsi. Mniej więcej w połowie drogi powrotnej część z nich też zaczęła ściągać gacie.

Zdecydowanie byłam za trzeźwa na tę imprezę.

Tymczasem inny nasz znajomy przeżył podczas swojego julebord bitwę na jedzenie. Po soczystej awanturze wywołanej przez koleżanki z pracy, obrzucony został ziemniakami i rybą przez swoich pracowników. Żeby było zabawniej, najaktywniejsze w tym procederze były dwie totalnie zalane kobiety w wieku 50+. Wypada dodać, że przez kilka kolejnych dni po imprezie obie panie nie pojawiły się w pracy. Podobno się rozchorowały. To zresztą norweski standard, że po listopadowych i grudniowych weekendach ludzie cierpią na choroby wywołane julebord...

Inny znajomy, który w pracy ma same koleżanki, został zaproszony na julebord do spa i był autentycznie zachwycony sposobem, w jaki spędził swoje przedświąteczne spotkanie!

Tymczasem u mnie w bibliotece julebord nie było. Zamiast tego odbyło się spotkanie wszystkich pracowników zakończone bardzo apetyczną kolacją w przyjemnej restauracyjce. Najlepiej z tego spotkania zapamiętam wspaniały creme brulee – słowo daję w życiu nie jadłam lepszego.

Tradycja julebord silnie zakorzeniona jest w norweskiej kulturze pracy. Choć rok w rok media grzmią o przedziwnych zdarzeniach wywołanych przez skrajnie zalanych uczestników julebord, choć pracodawcy narzekają na nawał „chorób” i nieobecności wywołanych julebordem, psychologowie analizują konsekwencje pijackich awantur między ludźmi na co dzień współpracującymi ze sobą, nic się nie zmienia. Norwegia wchodzi w świąteczny nastrój już w połowie października, a wtedy można pozwolić sobie na więcej. Nie tylko można, ale trzeba! Są przecież Święta!

6 komentarzy:

  1. Dzięki za wprowadzenie! Julebord mojego Marka był nad wyraz spokojny, ale będę wiedziała czego spodziewać się na swoim w przyszłym roku ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. a mowia ze to tylko polacy pija:P

    OdpowiedzUsuń
  3. Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku
    życzy
    Ataner

    OdpowiedzUsuń
  4. Zastanawiam się jak naprawdę oceniasz takie spotkania. Miejscami podchodzisz do nich krytycznie (zachowanie osób bioracych w nich udział czy też dużą ilość alkoholu), by parę linijek później pisać o nich pochlebnie. Jak to jest Eve?:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jedna impreza w ramach julebord nie jest równa innej. Niektóre są fajnie zorganizowane i z pomysłem, a niektóre wyglądają jak zawody w stylu: kto wleje w siebie więcej alkoholu. A sama idea julebord bardzo mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  6. W sumie jakby tak pomyśleć, to u nas też by się znalazło dużo chętnych, żeby napić się za pieniadze firmy :-D Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń