Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 24 grudnia 2011

God jul! Czyli życzenia po norwesku

I doczekaliśmy się kolejnych Świąt Bożego Narodzenia, świąt, o których różnych aspektach trochę już pisaliśmy - zarówno w tym roku, jak i rok temu. Święta i nadchodzący nowy rok to oczywiście okazja do złożenia Wam życzeń, co też niniejszym czynimy. Życzymy Wam radosnych Świąt spędzonych z bliskimi Wam osobami, a w nowym roku wszelkiej pomyślności, pogody ducha i pozytywnego nastawienia oraz wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do swoich celów. Życzymy jeszcze lepszego poznania i zrozumienia Norwegii, a osoby zza granicy gorąco namawiamy do zaplanowania wizyty nad fiordami w 2012 roku!

To były życzenia po polsku. No właśnie, a jak przy życzeniach jesteśmy, to wypada poruszyć kwestię życzeń po norwesku! Różnią się one znacznie od polskich i nie ma specjalnego znaczenia, czy okazją są święta, nowy rok czy urodziny, rocznica ślubu albo święto narodowe. Są to zawsze bardzo krótkie, wręcz lakonicznie życzenia. Norwegowie nie wysyłają rymowanych wierszyków świątecznych, wyszukanych życzeń, nie wyliczają jak z listy, czego komuś życzą. Zupełnie wystarczającym pozdrowieniem świątecznym jest "God jul" (dobrych świąt), noworocznym - "Godt nytt år!" (dobrego nowego roku), a w pozostałych okazjach po prostu gratulacje ("Gratulerer!").

Zatem drodzy czytelnicy - god jul og godt nytt år!

niedziela, 18 grudnia 2011

Bez opłatka, ale z procentami – czyli spotkanie świąteczne w pracy

Julebord, czyli po polsku świąteczny stół, to coś, co (gdyby bardzo mocno się postarać) można by przyrównać do odbywającego się przed Bożym Narodzeniem w polskich firmach spotkania opłatkowego. Co łączy te dwa wydarzenia? Chyba tylko to, że pracownicy spotykają się w mniej oficjalnych okolicznościach i że pretekstem są Święta...

O ile w Polsce ludzie dzielą się wtedy opłatkiem albo przynajmniej składają sobie życzenia lub przyjmują je od kierownictwa, o tyle w Norwegii pracownicy wykorzystują to spotkanie w gruncie rzeczy, żeby najeść i upić się na koszt pracodawcy. A przy stawkach w norweskiej gastronomii i kosztach imprezowania na mieście, to naprawdę bardzo atrakcyjne!

Podczas julebord często (choć nie zawsze) podawane są tradycyjne norweskie potrawy świąteczne. Są więc popularne ribbe, pinnekjøt, lutefisk albo kalkun. Do tego rødkål i mandel poteter.

czwartek, 15 grudnia 2011

Norwegia prosi o pomoc zagranicę

Wieści płynące z Europy nie są dobre. Co i rusz słychać o widmie bankructwa kolejnych państw. Przywódcy Unii Europejskiej naradzają się jak zaradzić kryzysowi, podpisują umowy międzyrządowe, negocjują i z przerażeniem patrzą w przyszłość. Duch w narodach słabnie niczym polski złoty i tylko patrzeć kolejnego krachu. Przyszłość waluty euro jest zagrożona, przyszłość Unii Europejskiej także. Jednym słowem jest kiepsko. I to nie tylko w EU! Kryzys nie ominął także Norwegii. Zabrakło masła przed Świętami!

Na dwa tygodnie przed Świętami półki sklepowych lodówek świecą pustkami. W sklepach spożywczych masła nie widziano od tygodni. Sprzedawcy rozkładają bezradnie ręce. Norwegowie, którzy nie wyobrażają sobie Świąt bez domowych wypieków, są absolutnie załamani! Kto w Norwegii do wypieków używa margaryny?! Jedna z marek produkująca margarynę postanowiła wykorzystać chwilowy krach na rynku mleczarskim i w gazetkach sklepowych reklamuje swój flagowy produkt. Ale co to za pierniczki na margarynie? Na szczęście Norwegowie mogą liczyć na sąsiadów. Z Danii kilka razy w tygodniu przypływa promami „pomoc humanitarna”, jak to dowcipnie nazwali jowialni Duńczycy, którzy na głównych placach w Oslo i Kristiansandzie rozdają duńskie masło Norwegom za darmo.

sobota, 10 grudnia 2011

Dlaczego broddeny są do życia w Norwegii niezbędnie potrzebne?

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Listopadowy poranek. Wasz partner szykuje się do pracy, wy robicie szybkie śniadanie podziwiając widok za oknem. Słońce powoli wschodzi i odbija się w wodzie. Mieszkacie na niewielkim wzniesieniu więc absolutnie nic nie zakłóca Wam pejzażu za oknem. Po śniadaniu on wychodzi do pracy. Stoicie w oknie dopijając jeszcze ciepłą kawę i obserwujecie go jak powoli zaczyna schodzić ze wzniesienia, na którym znajduje się wasze mieszkanko w stronę miasteczka. I tu sielanka się kończy, bo chodnik jest tak śliski, że nie da się po nim iść, dodatkowo strome zbocze też nie ułatwia poruszania się. Wasz partner, zamiast iść normalnie do pracy, walczy z grawitacją i lodem na chodniku, ześlizguje się w dół i niewiele może zrobić, byle uniknąć upadku lub połamania.

Widząc taką scenę w filmie zwijalibyście się ze śmiechu. Ale kiedy przytrafia się to wam w rzeczywistości, dotyczy bliskiej wam osoby i uświadamia dodatkowo, że za chwilę idąc samemu będziecie w dokładnie takiej samej sytuacji, dochodzicie do wniosku, że takie filmy wcale nie są śmieszne.

Taką sytuację przeżyliśmy jakiś rok temu. Jeszcze tego samego dnia Bob wrócił do domu z czymś co tutaj w Norwegii nazywa się broddenami. Czy są broddeny? To specjalne gumowe podeszwy z nabitymi ćwiekami, które zakłada się na podeszwę butów. Idąc ćwieki wbijają się w lód lub śnieg dzięki czemu nie wpada się w niechciany poślizg. Zasada jest tutaj podobna jak w przypadku dozwolonych w Norwegii opon z kolcami. W ich przypadku kolce wbijają się w lód na drodze pozwalając jednocześnie na stabilna jazdę i ułatwiając (a w zasadzie umożliwiając) podjazd pod strome wzniesienie np. do domu.

wtorek, 6 grudnia 2011

Mikołajki norweskie

Bardzo lubię 6. grudnia. Odkąd byłam dzieckiem był to mój absolutnie ulubiony dzień (obok moich urodzin). Oczywiście moje uwielbienie dla tego dnia było jak najbardziej podyktowane własnym interesem. A dokładniej prezentami. Z bratem pod nieobecność mamy (na szczęście dla nas pracowała po 12 godzin, więc czasu mieliśmy pod dostatkiem) przekopywaliśmy wszystkie szafy, szafki, szafeczki i schowki w celu znalezienia prezentów. Trzeba przyznać, że mamie należą się brawa za kreatywność, bo nie pamiętam czy kiedykolwiek udało nam się dokopać do prezentów.

Wreszcie po bezowocnym wywróceniu do góry nogami całego mieszkania następowały ukochane Mikołajki. Zasada była prosta – Mikołaj wchodził do pokoju przez dziurkę do klucza (z czasem przez otwór pod drzwiami, kiedy to przytomnie uświadomiłam sobie i mamie, że przecież w moim i brata pokoju nie ma dziurki od klucza!) i zostawiał prezenty przy łóżkach. Naszym zadaniem – tzn. moim i brata było obudzenie się odpowiednio wcześnie, tak żeby można się było zacząć bawić podarkami jak najszybciej. W sukurs przychodziła nam nasza nieumiejętność do spania długo, więc normą było, że budziliśmy się w środku nocy (ku rozpaczy rodziców) i hałasowaliśmy w naszym pokoju zachwycając się otrzymanymi prezentami.

To były czasy!

sobota, 12 listopada 2011

Wielki dzień – Eve na etacie

Od przyjazdu do Norwegii marzyłam o tym wpisie. Marzyłam, że oto siądę do komputera, otworzę edytor tekstu i napiszę: DOSTAŁAM PRACĘ!!!

Ale po kolei.
O tym, że mam szansę na pracę w bibliotece uniwersyteckiej przypuszczałam od dawna, ale oczywiście nie chciałam zapeszać. Tak więc grzecznie - jak NAV przykazał - szukałam pracy będąc jednocześnie na stażu na uniwersytecie. Z czasem stawałam się coraz bardziej wybredna przy przeglądaniu ofert pracy - albo za daleko – nie chcę, albo w szkole – to nie dla mnie itd. W sumie czekałam tylko na wiadomość z uniwersytetu, że staż zamieni się w normalną pracę. Ciągle jednak nikt mi nie powiedział, że mogę zostać.

W końcu, jakoś w połowie września zdecydowałam się pójść do kierowniczki i pogadać z nią na temat dalszych planów w stosunku do mojej osoby. Generalnie szłam z nadzieją, że wystara się w NAVie o kolejny staż dla mnie. A tu niespodzianka. Owszem myślała o mnie, myślała o tym, żeby załatwić to przy udziale NAVu, ale dostałabym normalną umowę o pracę i normalne wynagrodzenie adekwatne do mojego wykształcenia i umiejętności. Szok!

piątek, 28 października 2011

Norwegia a Unia Europejska

Norwegia jest jednym z nielicznych krajów rozwiniętych Europy, które zdecydowały się pozostać na zewnątrz wspólnoty. Przyczyną tego stanu rzeczy są wyniki dwóch referendum – zarówno w 1972, jak i w 1994 roku większość ludności opowiedziała się przeciw członkostwu kraju w strukturach UE.

Mimo że Norwegia nie jest członkiem Unii, kraj pozostaje w ścisłej współpracy ze wspólnotą – tak ekonomicznej, jak również politycznej. Choć wielu wydaje się, że Norwegia nie potrzebuje Europy i może być w pełni samowystarczalna, nic bardziej mylnego! Wystarczy wspomnieć, że 80 procent całego norweskiego eksportu trafia do krajów EU, a 70 procent importu pochodzi z krajów Unii, żeby zrozumieć jak bardzo Norwegia potrzebuje Europy!

wtorek, 18 października 2011

Norwegia – idealna na narty!

Jak już wspominałam na blogu, na ten rok zaplanowaliśmy sobie z Bobem zawojowanie (szturmem) norweskich tras narciarskich. Postanowiliśmy zostać kolejnymi Marit Bjørgen i Petterem Northug. W związku z tym podzieliliśmy się zadaniami przygotowującymi nas do sezonu - Bob robi rekonesans w środkach na astmę, a ja skupiam się na sprzęcie.

niedziela, 9 października 2011

Dieta nordycka

Wspominałam już tutaj na blogu, że od przyjazdu do Norwegii staram się rozwijać moje umiejętności kulinarne. Rezultaty są coraz lepsze, Bob twierdzi, że przytył, a książki kucharskie przestały się mieścić na swojej półce. Wraz z zainteresowaniem kulinariami, staram się coraz bardziej świadomie dokonywać wyboru tego, co powinno trafić (a co wylecieć) z naszego codziennego menu.

Tak więc niemal zupełnie zrezygnowałam ze smażenia mięsa i ryb na rzecz ich gotowania lub pieczenia w foli (o tym jak smakuje kotlet schabowy w panierce już zupełnie zapomniałam). Staramy się jeść codziennie owoce i warzywa do każdego posiłku, pijemy dużo wody, jemy tylko chleb z ziarenkami itp. itd.

niedziela, 2 października 2011

Utrzymanie w Norwegii nie musi być drogie

O Norwegii zwykło się mówić, że jest albo droga albo bardzo droga. W zależności od zasobności portfela. My sami przyjeżdżając tu na wakacje pierwszy raz jechaliśmy samochodem wypakowanym jedzeniem po dach. Był to jednak równocześnie ostatni raz, kiedy „importowaliśmy” żywność. Po przeprowadzce stwierdziliśmy bowiem, że skoro postanowiliśmy tu zamieszkać, to tu również będziemy się żywić, zwłaszcza, że nie kosztuje to wcale tak dużo i dostęp do produktów wbrew pozorom jest dobry.

Zrobić rozsądnie zakupy na początku nie było łatwo. Przyzwyczajenie do poziomu cen, różnorodności marek i wyboru produktów, jaki panuje nad Wisłą robi swoje. Duża rozpiętość cen wśród podobnych produktów w Norwegii również nie pomagała mi połapać się w sklepie. Nie wiedziałam, w których przypadkach płacę ekstra za markę, a w których za lepszą jakość. „Sprawdzanie” różnych produktów pochłonęło trochę czasu i pieniędzy :). Ostatecznie udało mi się jednak wypracować kilka metod, dzięki którym nasze miesięczne wydatki na jedzenie nie przekraczają 10 procent wszystkich naszych miesięcznych wydatków.

poniedziałek, 26 września 2011

Zadłużony jak młody Norweg

Podczas gdy światowe giełdy notują spadek za spadkiem, Norwegowie wrzucają szósty bieg i jeszcze bardziej przyspieszają z wydawaniem swoich pieniędzy. I nie tylko swoich, lecz również tych pożyczonych. Tylko w ubiegłym tygodniu mogliśmy przeczytać w prasie trzy niepokojące artykuły: Finansavisen (dziennik o tematyce gospodarczej) donosił o rekordowo wysokiej sprzedaży towarów luksusowych; równocześnie Aftenposten (największy dziennik kraju) pisał o tym, jak to Norwegowie coraz bardziej toną w długach, a E24.no (portal finansowy) zaserwował nam wiadomość, że jeszcze nigdy w Norwegii nie toczyło się tak wiele spraw windykacyjnych.


poniedziałek, 19 września 2011

Goście, goście!

Wakacje zakończone. Padający deszcz, zagrożenia powodziowe na Sørlandet i stosunkowo niskie temperatury spowodowały, że razem z Bobem ostatecznie pożegnaliśmy w tym roku lato. Najlepszym dowodem na to niech będzie fakt, że wczoraj kupiłam sobie kurtkę zimową i zaczynamy się powoli rozglądać za nartami (do biegania)!

Ale nim deszcz i szarość zagościły za oknami naszego uroczego domku, mieliśmy przyjemność spędzić kilka fajnych tygodni w doborowym towarzystwie.

sobota, 17 września 2011

2011 – rok bez lata w Norwegii

Za nami chyba najgorsze lato, jakie spędziliśmy w Norwegii – z pogodowego punktu widzenia. Śmiało powiedzieć można, że właściwie w tym roku lata nie było. No, może trwało 3 tygodnie!

Już kilka lat przed przeprowadzką do Norwegii spędzałem każde lato właśnie tutaj. Spokój, piękne widoki, przyjaźni ludzie i idealny dla mnie klimat – słonecznie, ciepło, ale bez męczących upałów. Tak było zawsze, ale nie w tym roku. Według instytutu meteorologicznego, „lato 2011” było drugim najbardziej mokrym w historii (po 1964). I jednym z najbardziej stabilnych – padało prawie cały czas i to w tej części Norwegii, gdzie gęstość zaludnienia jest największa i dokąd w okresie wakacyjnym ściąga najwięcej urlopujących Norwegów. Mowa oczywiście o Østlandet, okolicach Oslo i Oslofjordu, południowym wybrzeżu i Rogalandzie.

środa, 24 sierpnia 2011

Kuchnie świata w Grimstad

Ten, kto czyta bloga na bieżąco wie, że uwielbiam gotować. Rezultat nie zawsze mnie w pełni satysfakcjonuje, ale samo gotowanie sprawia mi wielką frajdę. Bob skutecznie motywuje mnie do eksperymentowania w kuchni i dzięki jego wsparciu (i miejscu w jego żołądku) mogę w pełni realizować się w moim hobby.

Po rozpoczęciu stażu w bibliotece, ilość czasu, który mogę poświęcić na gotowanie dość mocno się skurczyła, ale i tak nie przeszkadza mi to w weekendowych eksperymentach. Tymczasem w miniony weekend w Grimstad zagościły rarytasy z najwyższej europejskiej półki - „Europeisk marked” (w wolnym tłumaczeniu Targ europejski).

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Zagraniczne prawo jazdy w Norwegii

Krąży wiele mitów na temat obowiązku wymiany prawa jazdy na norweskie albo konieczności zdawania egzaminu od nowa, jeśli przyjeżdżamy z zagranicy, chcemy osiedlić się w Norwegii i prowadzić pojazdy tutaj zarejestrowane. W zależności od tego, w jakim kraju wystawione zostało prawo jazdy, różny jest okres jego ważności. Dokumenty, na których brakuje tłumaczenia angielskiego muszą być suplementowane międzynarodowym prawem jazdy, by były ważne w Norwegii.

Osoby z zagranicznym prawem jazdy, bez względu na to, czy do Norwegii przyjezdżają jako turyści, studenci, zawodowi kierowcy w ramach pracy, czy nawet mają prawo stałego pobytu tutaj, mogą korzystać ze swoich praw jazdy tylko do 3 miesięcy od przybycia do kraju. Po tym okresie nie ma możliwości przedłużenia ważności dokumentu, a osoby takie uznaje się za nie posiądające uprawnień do prowadzenia pojazdów na terenie Norwegii!

niedziela, 14 sierpnia 2011

15 sierpnia - Norwegia wraca do życia

Kończą się właśnie wakacje, młodzież w połowie sierpnia wraca do szkół, a państwo do życia. Dosłownie, bo okres od początku lipca do połowy sierpnia w Norwegii przypomina jedne, wielkie, wspólne wakacje. Wakacje także dla nas i naszego bloga!


czwartek, 30 czerwca 2011

Pisarz – kolaborant. Skomplikowana historia życia Knuta Hamsuna

Choć w Polsce prawdopodobnie najbardziej znanym norweskim pisarzem jest Henrik Ibsen, w Norwegii znacznie większym poważaniem cieszy się Knut Hamsun. Zarówno pod względem swojej twórczości, jak i osobowości, był on postrzegany jako postać dość kontrowersyjna. Tym bardziej warto zapoznać się, chociażby w skrócie, z jego fascynującą biografią.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Hurtigruten – czyli najpiękniejsza podróż świata

Nie ma chyba osób w Norwegii, bez względu na pochodzenie, miejsce zamieszkania czy używany język, które nie słyszałyby o Hurtigruten. Nic w tym dziwnego, bo zaledwie przed kilkoma dniami oczy całego kraju zwrócone były na chyba najdłuższy w historii program telewizyjny – trwającą ponad 134 godziny bez przerwy i reklam – relację na żywo z najpiękniejszej podróży świata. Tym mianem określa się Hurtigrutę – linię promową pływającą wzdłuż wybrzeża Norwegii.

Hurtigruten (albo Hurtigruta) to nie tylko zwykła linia promowa, ale też kawał historii, bowiem promy sygnowane tą nazwą łączą ze sobą porty wzdłuż niezwykle długiego wybrzeża już od 1893 roku! Początkowo pływały na krótszej trasie – z Trondheim do Hammerfest; dziś Hurtigrutą można przepłynąć już z Bergen i aż do odległego Kirkenes (sam północny kraniec norweskiego landu, przy granicy z Rosją).

Samo „hurtigruta” oznacza szybką trasę, bo właśnie do szybkiego przewozu poczty, towarów i przede wszystkim pasażerów, zaplanowano w XIX wieku linię. Ekspress wybrzeża, jak również określa się linię, był prawdziwym przełomem w podróżowaniu po Vestlandet i północnej Norwegii, które kiedyś było oczywiście jeszcze trudniejsze do pokonania drogą lądową, niż jest dzisiaj.

Z czasem pojawiały się potrzeby utworzenia coraz większej ilości przystanków na trasie i Hurtigruten zaczął zawijać do kolejnych portów. To stopniowo wydłużało czas podróży i wymusiło uruchomienie kolejnych i kolejnych statków na linii. Dziś linia ma 34 przystanki i jest obsługiwana przez 11 z 14 cruise-promów, którymi dysponuje firma. Podróż z Bergen do Kirkenes trwa pięć i pół doby. Statki odpływają z każdego portu na trasie dokładnie co 24 godziny w każdym kierunku.


piątek, 17 czerwca 2011

Sognefjord – najdłuższy z norweskich fiordów

Wygląda na to, że jak tylko zaczęłam pracować, ilość wolnego czasu drastycznie się skurczyła, co poznać możecie chociażby po znikomej aktywności na blogu. Jednak nie samą pracą człowiek żyje! Wierni tej myśli ostatni weekend, który szczęśliwie był długim, 4-dniowym weekendem postanowiliśmy wykorzystać na odwiedzenie znajomych i jednocześnie wycieczkę nad najdłuższy i najgłębszy fiord w Norwegii, czyli Sognefjord.

Sognefjord znajduje się w regionie Vestlandet, w województwie Sogn og Fjordane, ok. 380 km od Oslo. Fiord wdziera się blisko 200 km wgłąb lądu, aż do parku narodowego Jotunheimen. Stosunkowo łatwy (jak na norweskie warunki) dojazd do Sognefjordu (droga E16 z Oslo w kierunku Bergen) sprawia, że jest on jedną z największych turystycznych atrakcji Norwegii, a przyjazd nad jego brzeg stanowi punkt obowiązkowy programu wycieczki każdego turysty przyjeżdżającego tu sprawdzić, czy „fiordy będą mu jadły z ręki”.

To, co zobaczyć można w okolicach Sognefjordu i nad jego brzegiem, to w zasadzie esencja Norwegii w pigułce. Zacznijmy od tradycyjnego kościółka słupowego (norweskie stavkirke) – przy samej E16, w Borgundzie znajduje się najokazalszy ze wszystkich 30 zachowanych w Norwegii. Kolejną atrakcją może być przejażdżka do niedawna najdłuższym tunelem na świecie, łączącym Aurland i Lærdal (25,4 km). Obie miejscowości znajdują się nad odnogami Sognefjordu i są niezwykle urokliwe.

niedziela, 29 maja 2011

Staż u norweskiego pracodawcy

Będę nieskromna – jestem żywym przykładem na to, że warto uczyć się języka norweskiego przed przyjazdem do Norwegii. Byłabym straszną hipokrytką, gdybym napisała, że od początku wierzyłam, że dostanę staż i pracę w Norwegii. Prawda jest taka, że nie wierzyłam. Ostatni rok spędziłam w domu i generalnie wszystko sprzyjało temu, aby w mojej głowie formowały się pesymistyczne scenariusze mojego przyszłego życia na emigracji. Na szczęście miałam silne wsparcie Boba, przez co ostatni rok w domu na „radosnym bezrobociu” upłynął mi względnie spokojnie.

Jak już wspominałam na blogu, wraz z przeprowadzką pojawiły się nowe perspektywy pracy dla Eve - zaczęłam dostawać zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. I w końcu, mimo że rekrutacji nie wygrałam (zajęłam 2 miejsce) został mi zaproponowany staż poprzez NAV (norweski urząd pracy). Propozycję przyjęłam (mimo porażki w procesie rekrutacyjnym) z zadowoleniem i po załatwieniu wszystkich formalności ruszyłam po wiedzę.

Dzięki temu, że jestem w Norwegii zarejestrowana jako bezrobotna dłużej niż 6 miesięcy, posiadam numer personalny oraz znam język norweski, został mi przyznany płatny staż z urzędu pracy. Doradca z NAVu sugerował, aby samemu wybrać sobie miejsce praktyk i tak też zrobiłam. Potwierdzenie o przyznaniu mi praktyk i dofinansowania otrzymałam jakieś 2 tygodnie po oddaniu wniosku w lokalnym biurze NAV. Oznacza to, że mimo iż w Norwegii rąk swych pracą nie skalałam, mam prawo do świadczeń (w tym finansowych) z urzędu pracy (choć nie jest tu mowa o zasiłku dla bezrobotnych!). To się nazywa państwo socjalne ;]

niedziela, 22 maja 2011

Henrik Ibsen - dramaturg, który prawie został aptekarzem

Literatura skandynawska staje się coraz bardziej popularna w Polsce. Główna zasługa tutaj Stiega Larssona, który nijako wprowadził „modę” na kryminały z „dalekiej północy”. Jednak wbrew pozorom literatura skandynawska to nie tylko Larsson, ale także wielcy i uznani klasycy. Na blogu postaram się przybliżyć sylwetki kilku norweskich pisarzy, którzy na stałe zapisali się w dziejach literatury światowej.

Na początek nie kto inny, ale sam Henrik Ibsen. Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły był to jedyny pisarz norweski, którego utwór (dramat „Dzika kaczka”) omawialiśmy na zajęciach z języka polskiego. Przez długi (bardzo długi czas) był to więc jedyny norweski pisarz, którego znałam! Dlatego to jemu przypadnie w udziale rozpoczęcie cyklu o wielkich literatach norweskich.

Henrik Ibsen urodził się roku pańskiego 1828 (dokładnie 20. marca) w miasteczku Skien w regionie Telemark. W tamtych czasach Skien było tętniącym życiem miejscem, w którym wszyscy (również rodzice Ibsena) utrzymywali się z handlu. Pierwsze 15 lat swojego życia spędził Ibsen właśnie w tam, potem przeprowadził się do Grimstad, aby uczyć się na aptekarza.

Jeszcze w Skien chłopiec zaczął wykazywać zainteresowanie literaturą. Po bankructwie ojca rodzina Ibsenów zmuszona została sprzedać swój dom i przeprowadzić się. W nowym mieszkaniu Ibsen miał dostęp do sporej biblioteki, gdzie zapoznawał się z dziełami literackimi. Również sam podejmował próby pisania wierszy, bawił się w teatrzyk kukiełkowy, malował.

W Grimstad Ibsen pojawił się na przełomie 1843/44 roku. Celem podróży było przyuczenie do zawodu aptekarza. Wieczorami Ibsen zaczytywał się dziełami Voltaire’a, Kierkegaarda i Wergelanda. Nie wiązał on jednak jeszcze w tym czasie swoich planów życiowych z literaturą. Po maturze planował rozpocząć studia medyczne.

wtorek, 17 maja 2011

17. maja - najbardziej norweski dzień w roku

Dziś po raz kolejny przeżyliśmy w Norwegii 17. maja, zwykły dzień wg polskiego kalendarza, ale jakże niezwykły w Norwegii. Ci, którzy czytali naszego bloga od samego początku, być może pamiętają, że 17. maja to norweskie święto narodowe - dzień konstytucji (grunnlovsdag). Upamiętnia uchwalenie przez Zgromadzenie Narodowe pierwszej konstytucji Norwegii, do którego doszło w Eidsvoll 17. V 1814 roku.


Śmiało powiedzieć można, że 17. maja to najważniejsze spośród świąt obchodzonych w Norwegii i najbardziej uroczyste. Zachowało przy tym - w przeciwieństwie do np. Bożego Narodzenia czy Wielkanocy - swój właściwy charakter albo innymi słowy - nie nabrało jeszcze komercyjnego charakteru.
Norwegowie czują się niemal wewnętrznie zobowiązani świętować 17. maja. Ten wolny w całym królestwie dzień w żadnym wypadku nie jest tylko okazją do wyjazdu nad wodę albo przedłużonego weekendu. Przeciwnie - 17 maja wszyscy zostają w swoich miasteczkach i wspólnie manifestują patriotyzm, przywiązanie do kraju i flagi.

piątek, 13 maja 2011

Dugnad, czyli czyn społeczny po norwesku

Spotkaliście się kiedyś ze słówkiem „dugnad”? Ci którzy mieszkają w Norwegii lub uczą się języka norweskiego na pewno. Próbowaliście kiedyś sprawdzić, co ono znaczy? Być może niektórzy, również ja i Bob podjęli próbę odnalezienia jego znaczenia w słowniku. I jaki był rezultat poszukiwań? Niezadowalający. Okazało się bowiem, że po pierwsze w języku polskim nie ma odpowiednika tego słowa, a po drugie, że jest ono w zasadzie nieprzetłumaczalne.

Nie podejmuję się w tym wpisie wytłumaczenia genezy tudzież etymologii zwrotu „dugnad”. Postaram się natomiast wytłumaczyć czym ono jest.

Pierwszy raz spotkałam się z tym słowem podczas nauki języka. Pojawiło się ono w jednej z czytanek. W tekście zabrakło wytłumaczenia, co dugnad oznacza, jednak cała czytanka traktowała o rzeczach, zjawiskach typowo norweskich. Zatem pierwszy trop był taki, że dugnad to coś ściśle związane z Norwegią, coś co ją (albo jej społeczeństwo) charakteryzuje, coś jak ser brązowy, ale niekoniecznie do jedzenia.

Mój drugi kontakt ze słowem dugnad był bardziej osobisty, a wręcz namacalny. Oto bowiem niespełna rok temu wracając ze sklepu ze skrzynki na listy wyjęłam kartkę z wielkim napisem „Dugnad” oraz datą i godziną. Zatem drugi trop był taki, że dugnad to spotkanie, tylko typowo norweskie (o jedzeniu brązowego sera nie wspominali na kartce, więc stwierdziłam że te dwa pojęcia być może nie mają ze sobą związku przyczynowo-skutkowego).

wtorek, 3 maja 2011

Pierwszy roczek Eve i Boba w Norwegii

W niedzielę minął dokładnie rok od naszej przeprowadzki na daleką północ, czyli samo południe Norwegii. Oznacza to ni mniej ni więcej, że nasz blog również obchodzi swoje pierwsze urodziny. Pewnie nie wspominałabym o tym w poście, gdyby nie fakt, że właśnie przeczytałam o opadach śniegu na Dolnym Śląsku. Było nie było dokładnie rok temu osłupieliśmy, kiedy wyglądając przez okno hotelu w Oslo zobaczyliśmy hałdy śniegu. Śnieg w maju! Po roku okazuje się, że takie anomalie to nie tylko domena „dalekiej północy” ;]

Przez ten rok mniej lub bardziej regularnie staraliśmy się przybliżać i popularyzować wiedzę o Norwegii o tym jak nam się tu żyje, jakie napotykamy trudności, jakie są różnice i podobieństwa między Polską i Norwegią. Mam nadzieję, że nasz blog przydał się komuś i znalazł tutaj potrzebne informacje, albo chociaż wskazówki, gdzie tych informacji szukać.

niedziela, 1 maja 2011

Pełny obraz norweskiej motoryzacji

Wiele tekstów na blogu poświęcamy na obalanie polskich stereotypów czy opinii o norweskiej rzeczywistości. Nadszedł czas na zajęcie się motoryzacją, bo i w tej kwestii prawdziwy obraz wygląda nieco inaczej niż wielu uważa. Norwegowie, mimo bogactwa kraju, mają jedną ze starszych flot samochodowych w Europie i wcale nie preferują ogromnych wozów w amerykańskim stylu, wyposażonych w duże, paliwożerne silniki! Jak więc naprawdę wygląda typowy, statystyczny norweski wóz?

Jest to albo kombi (norw.: stasjonsvogn) albo hatchback (po norwesku myląco nazwany kombi) z małym silnikiem diesla, ogrzewaniem postojowym, lepszym systemem audio i podgrzewanymi siedzeniami. Kosztuje przeciętnie ok. 300 tys koron, które Norweg wydaje najczęściej na Volkswagena Golfa (klasyczny hatchback) lub Volvo V70 (tradycyjne kombi).


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Praca w Norwegii krok po kroku. Od ogłoszenia do rozmowy kwalifikacyjnej

Zgodnie z zapowiedzią – tekst ze wskazówkami, jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej w Norwegii, czego unikać i… czym się nie przejmować.

Drømmejobb, czyli wymarzona praca

Jesteście aktywnymi poszukiwaczami pracy, dlatego codziennie sprawdzacie stronę urzędu pracy (nav.no) w poszukiwaniu nowych ofert. Wkład w znalezienie stanowiska procentuje i w końcu znajdujecie ogłoszenie o Waszej absolutnie wymarzonej pracy. Ogłoszenie zwykle zawiera krótką charakterystykę pracodawcy oraz stanowiska (oczywiście jesteście zachwyceni i już nie możecie się doczekać dnia, w którym podejmiecie pracę). Następnie są wymagania, jakie kandydat musi spełniać (oczywiście spełniacie zarówno te formalne jak i personalne). W tym miejscu uwaga: na większość stanowisk, szczególnie tych, na które wymagane jest konkretne wykształcenie, często pojawia się informacja: „Dokumentarbar realkompetanse kan kompensere for deler av utdanningskravet”, czyli udokumentowane kwalifikacje (doświadczenie z pracy na podobnym stanowisku) może rekompensować część wymagań co do wykształcenia. Oznacza to, że jeśli podanie o pracę (czyli søknad) wyśle ktoś, kto ma niższe wykształcenie, ale większe doświadczenie w branży - ma takie same albo większe szanse na zostanie zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną. W Norwegii bowiem przykłada się znacznie większą wagę do doświadczenia niż wykształcenia.

środa, 6 kwietnia 2011

Moje pierwsze norweskie intervju

Ci, którzy często odwiedzają bloga pewnie zauważyli, że dawno nie aktualizowaliśmy treści. Wszystko dlatego, że przez ostatnie 3 tygodnie byliśmy z Bobem bardzo zajęci przygotowaniami do moich pierwszych rozmów kwalifikacyjnych po norwesku. Dwa ostatnie dni były tak stresujące (po roku w Norwegii zapomina się, co to stres), że mój organizm po wczoraj odmówił mi posłuszeństwa i zażyczył sobie dużej dawki snu. Dlatego dopiero dzisiaj mogę napisać o tym wszystkim, czym żyłam przez ostatnie kilka tygodni.

Zaczęło się jeszcze w lutym. Na stronie urzędu pracy (nav.no) znalazłam 2 bardzo ciekawe ogłoszenia o pracę w moim zawodzie w najnowocześniejszych bibliotekach na południu Norwegii. Szybciutko napisałam podania, Bob je sprawdził i wysłałam. Termin nadsyłania zgłoszeń wyznaczono na 7. marca. Dziesięć dni później (kiedy stwierdziłam, że moja kandydatura przepadła i przestałam liczyć, że ktoś się odezwie), zadzwonił telefon i sympatyczny pan zaprosił mnie na 2 rozmowy kwalifikacyjne (norweskie intervju) - na każde ze stanowisk. Byłam w tak wielkim szoku, że w ogóle ktoś chce ze mną rozmawiać, że do tej pory nie wiem, jak udało mi się poprawnie zapisać datę, godzinę i miejsce obu intervju. Od 17 marca zaczęłam wielkie przygotowania do czekających mnie rozmów. Terminy wyznaczono mi na 4 i 5 kwietnia. Miałam więc blisko 3 tygodnie na odpowiednie przygotowanie się.

wtorek, 15 marca 2011

Ropa i norweski fundusz naftowy

O tym, że Norwegia ropą i gazem stoi słyszał w Europie chyba każdy. Niewielu orientuje się jednak, co tak naprawdę dzieje się z ogromnymi pieniędzmi, które kraj zarabia na swoich bogactwach naturalnych. Wielu się pewnie zdziwi, ale przeciętny Norweg nie tylko nie kąpie się w ropie, ale wręcz nie doświadcza na co dzień zamożności swojej ojczyzny. Jak to możliwe?

Po kolei... Ropę naftową odkryto na norweskim szelfie kontynentalnym w 1969 roku. Dwa lata później rozpoczęto eksploatację pierwszego złoża – Ekofisk. Kraj, którego ludność przez wiele stuleci cierpiała z głodu i emigrowała za pracą i chlebem, ujrzał nagle widmo bogactwa. Norwegia stanęła przed trudnym zadaniem – jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – a więc pozyskać technologię i „know how” z krajów, które złoża naftowe eksploatowały u siebie od dawna, a jednocześnie zarabiać na nich samemu? Wreszcie - co zrobić z tak wielkimi środkami finansowymi i jak je rozsądnie zagospodarować?

niedziela, 13 marca 2011

Msze po polsku w Norwegii

Norweskie życie religijne nieco różni się od tego znanego nam z Polski. W miejscowościach zwykle jest jeden kościół; czasami jedna świątynia przypada na całą gminę. Gazety są za to pełne reklam i ogłoszeń domów modlitewnych, stowarzyszeń i grup wyznaniowych, prywatnych kościołów, które zapraszają chętnych na swoje spotkania.

Dominującą religią w Norwegii jest protestantyzm (charakterystyczne kościoły z kogucikiem zamiast krzyża na wieży). Nie oznacza to jednak, że żyjący w tym kraju Polacy nie mogą uczestniczyć w mszach katolickich. Otóż mogą i to nawet w swoim języku ojczystym! Co więcej – dotyczy to wszystkich regionów, a nie tylko Oslo i dużych miast.

Gdzie zatem szukać informacji o polskich mszach czy kościołach? Rzecz jasna – w Internecie: www.katolsk.no. Niech Was nie zmyli prosta (wręcz toporna) stylistyka strony! Klikając w zakładkę „Norge” (pierwsza po lewej) pojawia się lista regionów. Wybieracie swój region, a następnie klikacie w aktywne łącze „Messetider” (godziny mszy) aby dowiedzieć się, w którym kościele i w jakich godzinach odbywają się msze oraz w jakim języku są odprawiane.

poniedziałek, 7 marca 2011

Po Mistrzostwach Świata w Oslo

Ach, cóż to były za mistrzostwa! To już piąty raz w historii Norwegia była gospodarzem Mistrzostw Świata w narciarstwie klasycznym.

Transmisja z tego wydarzenia była bezpłatnie udostępniana drogą internetową przez NRK (publiczna tv), więc - mimo braku telewizora w domu - byliśmy oboje z Bobem na bieżąco jeśli chodzi o wyniki i sukcesy Polaków. Przy okazji dowiedziałam się, że mój chłopak lubi oglądać skoki narciarskie ;]

Same mistrzostwa trwały 12 dni i były to dni wielkiego triumfu Norwegów. Zdecydowanie wygrali w klasyfikacji medalowej, zdobywając w sumie 20 krążków, w tym 8 złotych. Mistrzostwa wyłoniły nową królową ludu, Marit Bjørgen, która co i raz przewijała się w polskich mediach przy okazji rozważań nad chorobami płuc i innymi przypadłościami. Bohaterem został też Peter Norhaug, który z kolei zalazł za skórę szwedzkim komentatorom podczas sztafety mężczyzn.

Mistrzostwami interesował się każdy w Norwegii. Trudno się dziwić, narty dla Norwegów to jak piłka nożna dla Brazylijczyków albo makaron dla Włochów, jednym słowem: Norwedzy bez nart życia sobie nie wyobrażają.

Mistrzostwa były obecne dosłownie wszędzie. Przy ich okazji w sklepach pojawiła się mistrzowska oferta: specjalne parówki (najpopularniejsza przekąska wśród kibiców pod skocznią w Holmenkollen i wzdłuż tras biegowych), bułki (najważniejszy dodatek do parówki), chipsy (najlepsze do chrupania przed telewizorem), napoje gazowane (bo chipsy są słone i pić się chce), czekolady (jakby nie daj Boże cukier u kibica spadł), gotowe dania (aby nie musieć się na długo odrywać od pasjonujących zawodów), w promocji były też całe specjalne zestawy kibica: wielka paczka chipsów, pomarańcze, cola i obowiązkowe parówki (jednym słowem wszystko bez czego prawdziwy kibic przed telewizorem żyć nie może;]).

Aftenposten, największy norweski dziennik, codziennie poświęcał połowę swojej objętości na doniesienia z Holmenkollen. A jako że Norwedzy codziennie zdobywali jakiś medal, było o czym pisać. Całe społeczeństwo żywo interesowało się wynikami i startami, do tego stopnia, że zanim zdążyłam napisać do Boba sms’a, kto wygrał, on już wiedział od osób spotykanych w pracy!

Co wieczór na Placu Uniwersyteckim przy Karl Johans Gate w Oslo (główna ulica stolicy Norwegii prowadząca od Zamku Królewskiego do dworca kolejowego) zbierały się tłumy aby oklaskiwać nowych mistrzów świata, którzy odbierali tam swoje medale z rąk prezydenta Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) Gian Franco Kaspera.

Polacy też zaistnieli w tutejszych mediach i w reklamach! W związku z Mistrzostwami jedna z sieci komórkowych zrobiła kampanię, której twarzą został sam Adam Małysz. Norwegowie zrobili też reportaż telewizyjny o polskim skoczku. Przy okazji konkursu na skoczni K-90 przybył do Oslo premier Donald Tusk, który udzielił wypowiedzi dla norweskiej stacji NRK. Wspomniał w niej m.in., że to może być ostatni medal Małysza w jego długiej i pięknej karierze. Jak się kilka dni potem okazało to, o czym wszyscy plotkowali, stało się faktem i o Małyszu znów było głośno. Norweskie serwisy bardzo chwaliły naszego reprezentanta przytaczając wypowiedzi zawodników, przypominając jego największe sukcesy i nazywając go jednocześnie Królem Holmenkollen, bowiem na skoczni (która w 2008 r. została wyburzona) wygrywał pięciokrotnie, za co został odznaczony Medalem Holmenkollen.

O Justynie Kowalczyk nie było tak głośno w mediach. Podczas zawodów komentatorzy chwalili ją za przygotowanie, wytrzymałość i sukcesy oraz słusznie uważali za główną i największą rywalkę Marit Bjørgen.

Jak zwykle na wielkich imprezach nie obyło się bez problemów organizacyjnych. Dużym wyzwaniem okazał się dojazd do Holmenkollen komunikacją publiczną. Kursowała tam specjalna kolejka, jednak liczba kibiców była za duża jak na możliwości przewozu przez wagoniki. Zdarzało się zatem, że kibice z wykupionymi biletami na imprezy, stali w ogromnym tłoku w centrum Oslo, zamiast dopingować na trybunach. Mimo tego organizatorzy zakończonych właśnie mistrzostw otrzymali wysoką ocenę i Oslo będzie się prawdopodobnie starać o organizację zimowych igrzysk olimpijskich w 2018 roku.

środa, 2 marca 2011

Tłusty czwartek w Norwegii

… wypada w niedzielę ;] Tak, tak - w kraju, w którym „fiordy jedzą z ręki” też można obchodzić dzień pączka; tylko, że kilka dni później niż nad Wisłą. Albo dwa razy ;]

Fastelavnssøndag, bo tak nazywa się ostatnia niedziela przed Wielkim Postem, czyli po prostu Ostatki, to w Norwegii święto bułeczek, pączków, oponek… i tylko faworków brakuje… Na szczęście w sklepach są wszystkie produkty, więc jak ktoś się uprze, to może zrobić je samemu;]

Oboje z Bobem jesteśmy fanami Tłustego Czwartku (no dobra… Bob jest żarłokiem i łasuchem :D:D). Nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu planowałam na tę okazję wielkie smażenie pączków i faworków. Po tym jednak jak Bob stwierdził, że spędzanie pół dnia w kuchni dla kilku pączków to stara czasu, mój zapał do samodzielnego stworzenia góry tłustych łakoci powoli słabł. Nie wiedziałam jeszcze, że w Norwegii jest podobne święto i z racji tego można, podobnie jak w Polsce, kupić gotowe smakołyki.

Dopiero jak przejrzeliśmy gazetki z marketów spożywczych z ofertą na nadchodzący tydzień dotarło do nas, że Norwegowie też musza mieć swoją wersję Tłustego Czwartku. Sprawdziliśmy zatem w kalendarzu i… zgadza się! Tyle, że „święto” wypada w niedzielę.

Co Norwegowie jadają w ostatnią niedzielę przez postem? Są trzy rodzaje smakołyków –  berlinerboller, fastelavnsboller i smultringer. Na razie brzmi to jak czarna magia, ale zaraz się przekonacie, że wszystkie wydają się być jednak znajome…

Berlinerboller (na zdjęciu) przypominają polskie pączki. Zamiast lukru są jednak obtoczone w cukrze pudrze. Wydają się też bardziej puszyste niż pączki i sprawiają wrażenie „lżejszych”. W sklepach dostępne są w wersji z wypełnieniem (waniliowym lub owocowym) lub bez. Wtedy wypełnić je można samemu przecinając je w poprzek i przekładając kremem.

Fastelvansboller. Nie dane nam było ich jeszcze spróbować (wykupione ze sklepów:( ). Wyglądem przypominają one jednak berlinboller, tylko zamiast smażyć, piecze się je bez wypełniania, a następnie przecina i wypełnia kremem waniliowym lub ulubionym dżemem. W przepisach internetowych były też wersje z umieszczoną na bułce przed pieczeniem kostką czekolady, która pod wpływem ciepła roztapiała się. Trzeba przyznać, że takie bułeczki wyglądają wybitnie apetycznie.

Na koniec smultringer. Z tego co zaobserwowałam jada się je przede wszystkim na Boże Narodzenie, jednak z racji tego, że są one smażone, świetnie pasują też jako smakołyk ostatkowy (potwierdzeniem moich słów niech będzie wielka budka postawiona przy centrum handlowym oferująca świeżutkie, pachnące, apetyczne smultringer). Przypominają one nasze swojskie oponki, są jednak odrobinę ciemniejsze, a ciasto jest bardziej aromatyczne ze sprawą dodanego do niego kardamonu.

Tak więc, ku mojej i Boba radości - tudzież uldze, okazało się, że Tłusty Czwartek można z powodzeniem świętować będąc 1,5 tys km od Polski (i to bez spędzania połowy dnia w kuchni). Można go nawet obchodzić dwukrotnie – według polskiej tradycji w czwartek i norweskiej w niedziele;]

Na koniec, dla ambitnych, przepisy na norweskie bułeczki ostatkowe. Kto wie, może ktoś z Was się skusi i je wypróbuje?

Smultringer

3 jajka
250 g cukru
½ l śmietany
50 g roztopionego masła
1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki kardamonu
750 g mąki
tłuszcz do smażenia

Połącz jajka z cukrem w jednolitą masę. Do śmietany dodaj roztopione masło, a następnie połącz to z jajkami i cukrem. Dodaj mąkę, sól i kardamon. Zagnieć wszystko dokładnie razem, a następnie odstaw ciasto na minimum 2 godziny (poleca się zrobienie ciasta dzień wcześniej; ciasto świetnie nadaje się także do zamrożenia). Rozwałkuj ciasto na grubość ok. 1 cm i przy pomocy dużej szklanki wycinaj krążki, w każdym krążku przy pomocy kieliszka zrób dziurkę. Smaż w nagrzanym tłuszczu na złoty kolor, a następnie wyciągaj na papierowy ręcznik.


Fastelavnsboller

150 g masła
600 ml mleka
50 g drożdży
150 g cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
2 łyżeczki kardamonu
¼ łyżeczki soli
1 ½ kg mąki
Żółtko jajka do posmarowania

Z drożdży, pół szklanki mleka, łyżki cukru i łyżki mąki robimy zaczyn. Do roztopionego masła dodajemy letnie mleko, następnie dodajemy drożdże i mieszamy dokładnie. Dodajemy resztę cukru, cukier waniliowy, kardamon i sól. Powoli dosypujemy też mąkę. Wyrabiamy ciasto i odstawiamy je przykryte w ciepłe miejsce, aż podwoi swoją objętość. Później zagniatamy ciasto jeszcze przez ok. 5 minut i formujemy z niego bułeczki. Układamy je na blasze, a następnie przykrywamy i odstawiamy jeszcze na 45 minut. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 220 stopni. Bułeczki przed włożeniem do piekarnika smarujemy żółtkiem. Można również w każdej bułeczce zrobić wgłębienie i położyć w nim po kostce czekolady. Pieczemy ok. 10-15 minut na złoty kolor. Po ostudzeniu na kratce przekrajamy na pół i wypełniamy kremem waniliowym.

Berlinerboller

325 g mąki
150 ml mleka
Paczka suchych drożdży
75 g cukru
50 g masła
2 jajka

Wymieszaj połowę mąki z drożdżami i letnim mlekiem. W osobnym naczyniu wymieszaj cukier i masło, wraz z jajkami dodaj to do mieszkanki drożdży, mąki i mleka. Zagnieć ciasto i odstaw na 45 minut. Dodaj resztę mąki i zagnieć porządnie. Uformuj bułeczki i odstaw je na ok. 15 minut, aby jeszcze trochę urosły. Smaż w nagrzanym tłuszczu na złoty kolor (6-8 minut), a następnie wykładaj na papierowy ręcznik, gdy trochę przestygną obtocz je w cukrze pudrze. Podawaj przełożone kremem waniliowym lub dżemem.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Dostęp do książek po polsku w Norwegii?

TAK!!! Będąc w Norwegii można z powodzeniem wypożyczać książki, filmy i muzykę w języku polskim. I jest to tak proste, że poradzi sobie z tym dziecko (polskie). A wszystko dzięki Deichmanske Bibliotek w Oslo.

Nie ukrywam, że bardzo mnie cieszy fakt, że mogę napisać o Deichmanske Bibliotek tutaj na blogu. Uważam, że jest to cudowne udogodnienie dla wszystkich obcokrajowców i wspaniała okazja dla emigrantów na kontakt z kulturą swojej ojczyzny.

Deichmanske Bibliotek w Oslo posiada osobny oddział (Det flerspråklige bibliotek, bibliotekę multijęzykową). W jego zbiorach znajdują się pozycje w ponad 40 różnych językach, w tym oczywiście w języku polskim. I teraz najlepsze - aby korzystać z Deichmanske Bibliotek nie trzeba mieszkać w Oslo; ba nie trzeba nawet przyjeżdżać do stolicy Norwegii, żeby zapisać się do biblioteki i z niej korzystać! Przeciwnie! Można mieszkać na terenie całej Norwegii i korzystać ze zbiorów biblioteki multijęzykowej! Wystarczy mieć paszport i stały numer personalny (fødselsnummer, a więc ten zaczynający się od cyfry 0,1,2 lub 3), wybrać się do biblioteki w swoim miejscu zamieszkania i zapisać.

Posiadając stały numer personalny otrzymuje się kartę wypożyczeń, która pozwala korzystać z bibliotek na terenie całego kraju. Wyobraźcie sobie taką sytuację: na co dzień mieszkacie w Stavanger na południowo-zachodnim wybrzeżu, ale w wakacje postanawiacie odwiedzić znajomych, którzy mieszkają het het na północy, jakieś 800 km od Stavanger. Wybierając się na wakacje jesteście w trakcie czytania pasjonującej książki. Żaden problem - pakujecie książkę, czytacie ją po drodze i oddajecie w pierwszej lepszej napotkanej bibliotece! Co więcej - jeśli w tej bibliotece wpadnie wam w oko inna książka, możecie ją tam wypożyczyć i oddać w swojej bibliotece w Stavanger albo w dowolnej innej. Czyż nie jest to proste?

Jakby tego było mało, to z domu możecie poprzez internetowy katalog biblioteczny zamawiać książki z placówek na terenie całej Norwegii i odbierać je w swojej bibliotece. Wszystko oczywiście jest absolutnie za darmo.

Zbiory polskie w norweskiej bibliotece

Deichmanske Bibliotek w swoich zbiorach ma ponad 1800 książek w języku polskim, w tym prawie 70 książek z 2010! Wśród nich zarówno literatura piękna, fachowa, jak i książeczki dla dzieci; od 2011 roku dostępne jest także czasopismo „Wprost”. Biblioteka oferuje również ponad 80 filmów z polskimi napisami i/lub w języku polskim, a dla wielbicieli rodzimej muzyki dostępnych jest ponad 160 płyt w nagraniami polskich artystów. Sami przyznacie, że jest w czym wybierać :]

Mnie jednak najbardziej interesuje zbiór książek. Składają się na niego zarówno nowe pozycje, jak i klasyka - z „Panem Tadeuszem” i „Ogniem i mieczem na czele” oraz dziełami takich autorów jak Bułhakow, Tołstoj, Zola, Goethe, Dostojewski, Czechow, Austen, Molier, Cervantes czy Woolf. Są też utwory pisarzy współczesnych, takich jak: Zafon, Jelinek, Harris, King, Coelho, Marquez, Vargas i Kundera. Dla wielbicieli kryminałów – Coben, Christie oraz świetni autorzy skandynawscy: Larsson, Nesbø, Läckberg i Mankell. Dla wielbicielek romansów cała plejada polskich i zagranicznych autorek.
Ja zapoznając się ze zbiorami biblioteki czułam się jak w sklepie z zabawkami i tylko przecierałam coraz bardziej oczy ze zdziwienia.

Być może biblioteka w waszej okolicy ma na stanie książki w języku polskim! Deichamnske Bibliotek udostępnia na okres 3 miesięcy swoje książki bibliotekom publicznym w różnych częściach kraju. To jakie zbiory obcojęzyczne znajdują się w bibliotece zależy od potrzeb czytelników. W Farsund w zbiorach biblioteki nie było pozycji w języku polskim, jednak tutaj w Grimstad są. Dlatego zanim wypożyczycie coś z Deichmanske rzućcie okiem na dostępne materiały w waszej bibliotece

sobota, 19 lutego 2011

Jak (nie) podłączysz internetu w Norwegii

W swoim życiu w Norwegii przyszło nam załatwiać podłączenie do Internetu w domu dwukrotnie. W pierwszym mieszkaniu znaleźliśmy zawieszony na ścianie router jednego z dostawców; wystarczyło zatem zadzwonić i telefonicznie „podpisać” umowę. Internet był aktywny kilka godzin później, a zdalna aktywacja kosztowała bagatela 1000 (tysiąc!) koron.

Drugi raz był bardziej skomplikowany. I bardziej norweski. A więc wszystko musiało potrwać…

Jeszcze przed przeprowadzką do Grimstad Bob zabrał się do szukania najlepszej oferty dostawy Internetu do naszego nowego mieszkanka. Wybrał nową superszybką usługę krajowego potentata telekomunikacyjnego – Telenora (takie norweskie TP SA). Oferta VDSL (Internet po łączu telefonicznym ogromnej przepustowości) dostępna miała być na rynku od 1 lutego. Wtedy też Bob wysłał zamówienie do Telenora. Chwilę później przyszło pocztą elektroniczną potwierdzenie przyjęcia zlecenia, ale uwarunkowane możliwościami technicznymi pod danym adresem (decyduje odległość od centrali telefonicznej i średnica kabla). Wiążące informacje mieliśmy otrzymać w ciągu 2 tygodni, pocztą tradycyjną.

Czekać dwa tygodnie tylko żeby się dowiedzieć czy będzie szansa? Nie, to nie dla nas… Po dwóch dniach Bob zadzwonił do Telenora i poprosił o sprawdzenie, czy da się podłączyć tak szybki net u nas. Okazało się, że nie. Anulował zatem zamówienie.

Trzeba się zatem było pogodzić, ze Internet będziemy mieć raczej standardowy niż supernowoczesny. A jak „tylko” standardowy, to taniej jest u konkurentów Telenora (mimo, że ci i tak korzystają z sieci państwowego giganta). Bob wybrał nowego dostawcę łącza (NextGenTel) i złożył kolejne zamówienie.

No i zaczęło się od nowa. Operator zażyczył sobie przesłania skanów różnych dokumentów – potwierdzających wypłacalność, tożsamość, adres (zaświadczenie z rejestru narodowego) i nie wiem co jeszcze. W końcu, po intensywnej korespondencji elektronicznej udało się - przyszedł mail z potwierdzeniem realizacji zamówienia i informacją o wysłaniu pocztą routera.
Pomyśleliśmy - no to teraz będzie z górki! Bob całkiem szybko otrzymał smsa, że oto na odbiór na poczcie czeka paczka z routerem… Tyle że z Telenora! Hm. Przecież zrezygnowaliśmy z Telenora! Bob skontaktował się więc z ich biurem obsługi i jeszcze raz potwierdził, że zrezygnował z ich usług. Konsultantka poradziła, aby po prostu nie odbierać paczki. Nie odebraliśmy.

Na następny dzień przyszło awizo z poczty, że mamy odebrać router wysłany przez NextGenTel. Tego samego dnia (na Internet czekaliśmy "dopiero" 10 dni) przyszła informacja o tym, że 17. lutego przyjdzie do nas monter podłączyć linię telefoniczną, która połączy nas ze „Światem”.

Nastał wspomniany wielki dzień. Czekałam na montera jak uwiązany do budy pies na miskę z żarciem. Czekałam, czekałam, czekałam, czekałam… No i się nie doczekałam. W tym momencie moja cierpliwość i tolerancja dla tutejszego sposobu realizacji usług się przebrała. Jak się okazało NextGenTel dzień wcześniej próbował skontaktować się z Bobem i umówić godzinę wizyty, ale on był w pracy i nie miał możliwości odebrać telefonu. W dniu domniemanej wizyty dzwonił do Boba sam monter - znów aby się umówić na godzinę. Opisując kolokwialnie jego próbę kontaktu napisałabym: puścił Bobowi głuchego na komórkę z zastrzeżonego numeru. I koniec. Oczywiście Bob był wtedy w pracy i oczywiście nie odebrał tego telefonu. Monter nie zadzwonił ponownie, a skoro się nie dodzwonił za pierwszym razem, to stwierdził, że nie przyjedzie i nie podłączy (może się obraził???).

W tym momencie tolerancja Boba też się skończyła i zadzwonił do NextGenTel powiedzieć, co myśli o takiej jakości usług i zapytać o kolejny termin wizyty montera. Konsultantka powiedziała, że monter może przyjść następnego dnia. Bob na wszelki wypadek podał numer telefonu do pracy, aby facet od kabli, jeśli nie uda mu się dodzwonić na komórkę, mógł próbować na stacjonarny. Myślicie, że to koniec problemów? Jesteście w błędzie.

Piątek. Tym razem postanowiłam nie siedzieć jak na szpilkach. Skoro monter i tak dzwoni przed wizytą, to stwierdziłam, że do jego telefonu mogę zająć się swoimi sprawami. Była 12:30. Montera jak nie było tak nie ma. Napisałam do Boba, czy monter się odzywał i w ogóle planuje się u nas pojawić. Bob zadzwonił do dostawcy sieci i dowiedział się, że ze względu na śnieg są trudności, monter jest w terenie i się skontaktuje. I w tym momencie nastąpił przełom, bo facet od kabli zadzwonił do Boba niemal od razu po jego rozmowie z konsultantem. Bob od razu dał mi znać, że monter może się zjawić w przeciągu kilku godzin… Cóż pojawił się po niespełna godzinie, najpierw dzwoniąc do mnie, żebym wytłumaczyła mu jak ma do nas dojechać. Jak umiałam tak wytłumaczyłam. W końcu zjawił się.

Alleluja! Na wstępie spytał, gdzie jest gniazdko (nieważne, że przyszedł tutaj je „założyć”). Pokazałam to co uznałam, że gniazdkiem być może (dziurę w ścianie z wystającymi kabelkami). Monter przystąpił do dzieła. Po jakiś pięciu minutkach majstrowania przy kabelkach obwieścił, że musi iść do samochodu po narzędzia. Zamurowało mnie, a on wykorzystał moją konsternację i się wymknął. Na szczęście zostawił podłączone do kabelków jakieś urządzonko, więc na pocieszenie pozostawała mi świadomość, że być może po nie wróci. Nie było go jakieś 15-20 minut. Wrócił. Znów klęknął przy ścianie i zaczął coś majstrować w dziurze z kabelkami. Nie minęło 10 minut, kiedy ogłosił koniec pracy. W miejscu gdzie kiedyś ziała dziura teraz było estetyczne gniazdko. Spojrzał na router i zakomunikował, że jak sobie go podłączę to będę mieć Internet. Nie ma to jak kompleksowe usługi…

Ostatecznie Internet podłączył Bob po powrocie z pracy. Trochę czasu musiał na to poświęcić, bo okazało się, że kable, którymi mieliśmy podłączyć router nie do końca pasowały do gniazdka założonego przez montera. No ale w końcu się udało, zresztą gdyby się nie udało nie czytalibyście tego tekstu.

Na zakończenie wypada wrócić do Telenora, który (!) przysłał list z zapowiedzią, że 23-ego lutego przysyłają montera, który podłączy nam Internet. Jednocześnie przepraszają w liście, że nie będzie to supernowoczesny VDSL. Yeah :] Bob już nawet nie dzwonił, żeby kolejny raz przypomnieć, że anulowaliśmy to zamówienie…

Ten wpis na blogu zaczęliśmy pochwałą naszego dostawcy sieci do poprzedniego mieszkania, który to uruchomił nam neta po jednym telefonie. Nasza więź z tą firmą trwa nadal! Otóż, mimo że z mieszkania się wyprowadziliśmy, z netu nie korzystamy, firmę przeklinamy, a umowę wypowiedzieliśmy, musimy dalej płacić abonament. Miesiąc w miesiąc. Aż minie rok od rozpoczęcia świadczenia usługi. Roczny okres związania bez możliwości wypowiedzenia jest standardem w wielu norweskich usługach, o czym musicie pamiętać:)

poniedziałek, 14 lutego 2011

Zanim wyjedziesz do Skandynawii, „Krainy Zimnolubów”

Uwielbiam książki! Co roku w kwietniu (24. dokładnie) z okazji Światowego Dnia Książki i Bibliotek w księgarniach są bardzo fajne oferty. Moja ulubiona pochodzi z Empiku, w którego salonach można tego dnia kupić 3 książki w cenie 2. W zeszłym roku przed wyjazdem do Norwegii skorzystaliśmy z tej atrakcyjnej oferty, a jedną z książek, którą wtedy kupiliśmy była „Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących” niemieckiego dziennikarza Tilmanna Bünza. Przeczytaliśmy ją w pierwszym tygodniu pobytu w Norwegii, ale jakoś niedawno przyszło mi do głowy, że warto napisać parę słów o tej książce tutaj na blogu.

Zacznijmy od tego, że o ile o Skandynawii można znaleźć sporo informacji w sieci, o tyle książek na ten temat jest niewiele. Nie licząc albumu o Norwegii (Wydawnictwo Pascal) i kilku dostępnych na polskim rynku wydawniczym przewodników, o Skandynawii można przeczytać niewiele. Szkoda, bo jak się okazuje, po lekturze „Krainy Zimnolubów” napisać można o niej sporo.

Sam autor, jako reporter niemieckiej stacji telewizyjnej ARD został wysłany na kilka lat do pracy w Szwecji. Pracując nad materiałem dla telewizji poznał wielu ciekawych ludzi, był w interesujących miejscach i poczynił zaskakujące odkrycia.

Książka w dużym stopniu poświęcona jest Szwecji (pierwszy i ostatni rozdział); Norwegii autor poświęcił zaledwie 25 stron. Poza tym w książce opisany jest Spitsbergen, Grenlandia, Finlandia i Islandia. Warto przeczytać całą książkę, a nie tylko skupiać się na interesujących rozdziałach, ponieważ można zaobserwować dzięki temu pewne charakterystyczne cechy dla całej Skandynawii, a nie tylko wybranego jej fragmentu.

Skupmy się jednak na najbardziej interesującym nas rozdziale - poświęconym Norwegii. Czytając tę książkę akurat czekaliśmy na dostarczenie nam ze sklepu zamówionego łóżka. Trwało to dwa tygodnie, podczas których spaliśmy na karimatach. Wyobraźcie sobie zatem moje święte oburzenie, kiedy na pierwszej stronie rozdziału o Norwegii dowiedziałam się, że norweskie krówki leżakują w oborach na… materacach! Prawdziwa ironia, czyż nie?! A dlaczego krowy w Norwegii śpią na materacach? Ano dlatego, że taka jest dyrektywa UE (nie wiedzieć czemu wszystkie nowouchwalone rozporządzenia UE najszybciej wprowadzane są w Norwegii, która nawet nie jest członkiem Unii). Mniejsza o dyrektywę. Norwegowie zauważyli też, że dzięki mięciutkiemu legowisku krówka daje do 15% więcej mleka.
W rozdziale autor wspomina również o słynnych norweskich podgrzewanych chodnikach (jeszcze tego nie doświadczyłam, ale wierzę, że w dużych miastach występują). Sporo miejsca poświęca też kwestii równouprawnienia kobiet, w wyniku którego w państwowych spółkach na szczeblu kierowniczym musi być zatrudniona proporcjonalna liczba kobiet i mężczyzn. Wiedzieliście, że tylko 1/5 z państwowych firm nie wywiązała się z tego obowiązku w wyznaczonym terminie?
W rozdziale nie mogło zabraknąć również największego bogactwa naturalnego Norwegii czyli ropy. „Uroki” pracy na platformie wiertniczej przedstawia jednak nie dwumetrowy wiking z rękami jak szufle, a kobieta – matka kilkorga dzieci.

Ciekawostek w książce jest mnóstwo (czy wiedzieliście, że na Islandii nie ma w ogóle drzew, a jedyną drogą jest okrążająca wyspę krajowa „jedynka”?). Polecamy przeczytanie „Krainy Zimnolubów…” każdemu, kto wybiera się do Skandynawii lub też po prostu zainteresował się regionem śledząc naszego bloga . A może Wy też znacie jakieś fajne książki o podobnej tematyce, jeśli tak to podzielcie się nimi w komentarzach!

 Bünz Tilmann, Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących, Wrocław 2008

piątek, 4 lutego 2011

Przeprowadzeni, czyli nasze pierwsze dni w Grimstad

Oficjalnie od pierwszego lutego jesteśmy mieszkańcami miasteczka Grimstad na południu Norwegii. I bardzo nam się tu podoba!

Sama przeprowadzka była dość ciężka, bo musieliśmy ją przeprowadzić tylko we dwójkę. Dowodem na to niech będzie fakt, że upuściłam pralkę… Jeszcze nie sprawdziliśmy, czy działa, ale lepiej żeby nie była uszkodzona, bo ta, która była na wyposażeniu mieszkania została już zabrana przez właścicielkę na nasze własne żądanie. Wracając do przeprowadzki – wszystko poszło zgodnie z planem. Wypożyczony samochód oddaliśmy na czas. Nasze meble i dobytek dotarły tutaj w zasadzie nieuszkodzone, a wspomnieniem przeprowadzki są liczne siniaki na nogach (próg paki samochodu przeprowadzkowego był centralnie na poziomie moich kolan).

Samo rozpakowywanie rzeczy zajęło nam zdumiewająco mało czasu, więc w sumie tego samego dnia, którego przywieźliśmy ostatnie rzeczy byliśmy rozpakowani. Wykorzystując duży samochód i to, że na naszej trasie z Farsund do Grimstad jest największe centrum handlowe na południu Norwegii (Sørlandsparken, z największą w Norwegii Ikeą), wstąpiliśmy tam i kupiliśmy niezbędne mebelki. W ten sposób po raz pierwszy od dwóch lat jesteśmy posiadaczami osobnych: stolika do kawy, stojącego przy sofie oraz stołu jadalnego z czterema krzesłami! Dodatkowo dzięki przeprowadzce każde z nas zyskało swoją szafę, że już o osobnej kuchni z oknem nie wspomnę (poprzednio mieliśmy tylko aneks kuchenny przy salonie). Jednym słowem mieszkanie jest super.

Co do samego miasteczka to jestem Grimstad absolutnie zachwycona. Farsund było bardzo fajne, spokojne i mieliśmy tam uroczy widok na wodę, ale de facto była to mieścinka trochę na końcu świata. Ludzie przemieszczali się tam głównie samochodami, chodniki były zwykle puste, a mieszkańców można było najczęściej spotkać w marketach. Oczywiście Farsund było przynajmniej o połowę mniejsze niż Grimstad, co w jakimś stopniu wyjaśnia jego senność. Co do Grimstad to od rana jest tu umiarkowany ruch, uliczkami spacerują ludzie, wzdłuż głównego deptaka, na który zresztą mamy widok z okien, ciągną się urocze sklepiki i generalnie czuć, że miasteczko żyje.

Wczoraj odwiedziłam biuro informacji turystycznej i ucięłam sobie miłą pogawędkę z pracującą tam panią. Oczywiście wyszłam stamtąd obładowana przeróżnymi folderami. Także już wypatruję wiosny i nie mogę się doczekać kiedy poznam okolicę. Samo miasteczko też oferuje sporo atrakcji. Kilka knajpek i pubów (w jednym nawet co czwartek organizowane są imprezy z salsą!), a za dwa tygodnie będzie Festiwal Narciarski, gdzie jedną z atrakcji będą skoki na nartach na muldzie śniegu (będziemy to zresztą chyba widzieć z okien), poza tym dla aktywnych są centra treningowe, trasy rowerowo-spacerowe, kilka muzeów (w tym Henrika Ibsena, który tutaj w Grimstad uczył się na aptekarza), także nudzić się tu na pewno nie będziemy.

Na razie co prawda ciągle jeszcze jesteśmy odrobinkę obolali po przeprowadzce, ale ten stan nie będzie trwał wiecznie!

PS W związku z przeprowadzką straciliśmy na jakiś czas stałe łącze internetowe. Bob oczywiście złożył już zamówienie na podłączenie, ale jak wszystko w Norwegii, także i to musi trochę potrwać… Na szczęście w pobliżu domu jest biblioteka z możliwością korzystania z Internetu, także na pewno będziemy pisać, tylko że trochę rzadziej ;)

wtorek, 25 stycznia 2011

Wynajęliśmy mieszkanie!

Udało się!!!! Po tygodniu pełnym niepewności i generalnego doła w związku z rychłym brakiem dachu nad głową, w końcu podpisaliśmy wczoraj wieczorem umowę najmu uroczego mieszkanka w centrum równie uroczego miasteczka Grimstad. Kamień z serca.

A jak do tego wszystkiego doszło?

Przed weekendem Bob postanowił interweniować u swojego pracodawcy, aby ten pomógł nam coś znaleźć. Zaczęli od zamieszczenia ogłoszenia w gazecie (dodam, że dość rzucającego się w oczy ogłoszenia z logotypem cieszącej się zaufaniem klientów norweskiej firmy). Według ogłoszenia firma szukała mieszkania w dobrym standardzie dla pracownika, gwarantowała zapłacone czynsze itp. Generalnie nie wierzyłam, że ktoś się zgłosi. A tu niespodzianka – trzy telefony z propozycjami (co prawda jeden pan proponował mieszkanie od sierpnia, ale liczą się chęci;]). Próbowaliśmy równocześnie szukać na własną rękę, dzwoniąc do ogłaszających się w Internecie najemców. Mieliśmy jednego mocnego faworyta. Co prawda właścicielka upatrzonego mieszkania była delikatnie mówiąc dziwna i trudna w kontakcie, ale mieszkanie miała piękne.

W niedzielę do południa napisała sms'a z pytaniem, kiedy będziemy w Grimstad. Zależało nam na mieszkaniu, więc wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy. Przy okazji umówiliśmy się z dwiema innymi osobami, które same się z nami skontaktowały dzięki ogłoszeniu w gazecie.

Mieszkanie, na które sobie ostrzyliśmy ząbki było oczywiście jak marzenie i oczywiście (bo jakże by inaczej) nie zostało wynajęte nam (cytuje „ze względów praktycznych”). Dwa pozostałe, które oglądaliśmy były niestety dalekie od ideału. Pierwsze mieściło się w piwnicy i było tak wielkie, że z sypialni do kuchni mogłabym śmigać na rowerze. Drugie z kolei było nowiutkie i piękne, ale położone z dala od wszelkiej cywilizacji. Podsumowując: znów dół.

I w poniedziałek zdarzył się cud!

Sprawdziliśmy rano stronę z ogłoszeniami. Pojawiło się nowe mieszkanko. Dobra lokalizacja, normalny standard, przystępna cena. Bob od razu skontaktował się ze swoim przyszłym pracodawcą i poprosił żeby zadzwonił do właścicielki tego okazyjnego lokum, sprawdził stan mieszkania i jeśli wszystko będzie ok., wynajął je w naszym imieniu. Rzutem na taśmę udało się! Wysłana w naszej sprawie Norweżka dotarła na miejsce pierwsza, zareklamowała nas profesjonalnie, udzieliła referencji i właściwie załatwiła nam mieszkanie. Godzinę później właścicielka przestała odbierać już telefon ze względu na natłok chętnych! Nam pozostało tylko przyjechać kolejny raz do Grimstad, spotkać się z właścicielką, zobaczyć mieszkanie i podpisać umowy. Cóż… w kwestii wynajmu mieszkania chyba jednak lepiej skorzystać z pomocy Norwegów?!

Tymczasem martwimy się czekającą nas przeprowadzką i związanym z tym wynajmem dużego samochodu, sprzątaniem, pakowaniem… no ale nie narzekam. Najważniejsze jest to, że mamy gdzie się przeprowadzić. Do wysiłku z tym związanego już chyba przywykłam; w końcu to „dopiero” piąty raz w ciągu niespełna 2 lat ;]

wtorek, 18 stycznia 2011

Wynajem mieszkania po norwesku

Ci którzy czytają naszego bloga w miarę regularnie (za co niezmiernie dziękujemy) wiedzą, że jesteśmy na etapie wielkich mieszkaniowych zmian, a mówiąc wprost: czeka nas przeprowadzka.

Za dwa tygodnie mija termin wypowiedzenia naszego przytulnego lokum z widoczkiem na szkiery. Dlatego też od przyjazdu z Polski pilnie śledzimy oferty mieszkań do wynajęcia (najlepszą stroną do szukania mieszkań jest www.finn.no) w rejonie Grimstad (tam właśnie planujemy się przenieść w związku z nową pracą Boba). Oczywiście jak tylko pojawiały się jakieś interesujące nas ogłoszenia, dzwoniliśmy. Do momentu tych telefonów myślałam, że ze znalezieniem lokum w Norwegii nie będzie większego problemu. Mieszkanie, w którym ciągle sobie żyjemy, wynajęliśmy bez problemu będąc jeszcze w Polsce. Niestety tym razem czeka nas znacznie trudniejsze zadanie.

Pierwszą osobą, z którą rozmawialiśmy była dziewczyna ze Stavanger (300 km od Grimstad), która powiedziała nam, że owszem ogłoszenie jest aktualne, ale nie możemy przyjechać obejrzeć mieszkania, bo jej tam nie ma. Zapewniła też, że da nam znać, jak jej chłopak będzie w Grimstad i wtedy będzie zorganizowany visning (czyli oglądanie mieszkania) dla wszystkich zainteresowanych, po którym wybiorą sobie komu wynajmą nieruchomość. A więc mamy swoisty casting. Oczywiście, jak Bob zadawał bardziej szczegółowe pytania odnośnie mieszkania, to nie była w stanie na nie odpowiedzieć… no okej. Pierwsze koty za płoty.

Druga osoba, z którą rozmawialiśmy (mój absolutny „faworyt”), to sympatyczny pan (potem się okazało, że chłopak), z którym kilkakrotnie Bob prowadził skomplikowane negocjacje telefoniczne, w jednym tylko celu: otrzymaniu na maila zdjęć mieszkania, które chciał wynająć. Zdjęć oczywiście nie dostaliśmy do tej pory. W dniu, w którym mieliśmy zobaczyć lokum do wynajęcia, okazało się, że jest to już nieaktualne. Cudownym zbiegiem okoliczności facet okazał się lokalnym potentatem mieszkaniowym. Zaprowadził nas w sam środek remontu jakiegoś przyziemia. Cóż… nie o to nam chodziło, nawet gdybym uwierzyła zapewnieniom, że polska dwuosobowa ekipa budowlana w dwa tygodnie jest w stanie przekształcić ten plac budowy bez podług w miejsce do mieszkania.

Trzecie mieszkanie i jego właściciela poznaliśmy telefonicznie, w czwartek, dzień przed przyjazdem do Grimstad. Zafascynował nas fakt, że jako zdjęcie, nijako reklamujące jego mieszkanie na stronie głównej Finn.no umieścił fotografię przedstawiającą otwarty sedes… Wchodzimy do mieszkania, a tam visning w pełni – jakieś trzy dziewczyny, na moje oko nie miały więcej niż 20 lat przechadzały się po lokalu. Facet dał nam do zrozumienia, że mamy zrobić to samo. Łazienka (tak, jak na zdjęciach sedes nie zamknięty), kuchnia (jeszcze niedokończona), salon (tak wielki, że mogłabym po nim jeździć na rowerze), na piętrze trzy sypialnie i cztery okienka w poddaszu. Trochę ciemno. Zeszliśmy na dół w nadziei, że uda nam się pogadać z właścicielem tego zacnego miejsca. Niestety, nie było to taki łatwe. Cały czas odbierał telefony i wprowadzał nowych potencjalnych lokatorów (jak weszło trzech chłopców w wieku ok. 20 lat poczułam się za stara na to mieszkanie). W końcu udało nam się uchwycić właściciela. Okazało się, że jeszcze nie wiadomo, czy mieszkanie jest do wynajęcia, bo są jakieś problemy formalno-prawne… Cóż, i tak średnio nam odpowiadało, wyglądało jak akademik, na korytarzu stał stół bilardowy i stół do piłkarzyków, z kosza na śmieci wysypywały się puszki po piwie, a wielka kartka nad nim obwieszczała wszem i wobec, że segregacja śmieci jest obowiązkowa, a nie dobrowolna…

Na koniec zostawiliśmy sobie mieszkanie dziewczyny ze Stavanger. Wyglądało cudownie, cena bardzo przystępna, kominek, taras, telewizor… Wiedziałam, że jest za pięknie, żeby to było prawdziwe. I było. Piętą achillesową pięknego, dwupoziomowego mieszkanka okazał się prąd. Przedsiębiorcza dziewczyna ze Stavanger podzieliła domek na dwa mieszkania. Jedno w przyziemiu, drugie normalne. Niestety licznik prądu pozostawiła jeden. W ten osobliwy sposób osoby które wynajmują mieszkanie dwupoziomowe płacą za prąd zużywany przez sąsiadkę z przyziemia… Biorąc pod uwagę, że tamto mieszkanie zajmowała młoda Norweżka, której raczej nie w głowie oszczędzanie prądu (w sumie, ktokolwiek by nie mieszkał w przyziemiu i nie musiał oszczędzać prądu, pewnie grzałby w nim wszelkimi możliwymi grzejnikami), wychodziłoby na to, że decydując się na to lokum musielibyśmy miesięcznie dorzucać do najmu 2000-3000 koron za prąd. Średnio ciekawa propozycja dla nas.

Można się załamać? To nie koniec;] W piątek, tuż przed wyjazdem na visnigi, nagraliśmy sobie oglądanie jeszcze jednego mieszkania. Byliśmy w nim jako pierwszym. To właśnie na nie po cichu liczyliśmy. Jego właścicielka nie mogła nam go pokazać, zrobił to jej mąż, jednak to ona miała podjąć decyzję. W sobotę, dzień po naszej wizycie, miały przyjechać kolejne osoby obejrzeć mieszkanie. Decyzja zapadła wczoraj wieczorem... W ten sposób przekonaliśmy się ostatecznie z Bobem, że chyba nie wypadamy zbyt dobrze na castingach. Śliczne mieszkanko zostało wynajęte komuś innemu, a nam zostały niecałe 2 tygodnie na znalezienie czegoś do mieszkania.

Dzwoniąc wczoraj do kolejnego właściciela mieszkania ostatecznie pożegnaliśmy się z marzeniami o „szybkim” najmie lokum. Chyba swoistym hobby najemców w Grimstad jest urządzanie castingów na lokatorów…

sobota, 15 stycznia 2011

Prawo pobytu w Norwegii czyli jak się legalnie osiedlić

Przeglądając statystyki odwiedzalności bloga zauważyliśmy ogromne zainteresowanie ostatnim postem „Legalnie w Norwegii – zarejestrowana jako samboer!”. Dlatego też postanowiliśmy rozbudować temat i przybliżyć prawne aspekty osiedlania się Polaków na terenie Norwegii.

Polska jest krajem członkowskim Unii Europejskiej. Choć Norwegia w samej UE nie jest, związana jest ze wspólnotą szeregiem umów i razem z krajami członkowskimi UE oraz EFTA tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. EOG opiera się na czterech fundamentalnych wolnościach: swobodzie przepływu ludzi, kapitału, towarów i usług. W konsekwencji obywatele wszystkich państw należących do EOG (a więc i Polski) mogą się swobodnie przemieszczać, osiedlać i nabywać nieruchomości na ich terenie (np w Norwegii).

Zgodnie ze stanem prawnym na dzień powstania postu, Polacy nie muszą wnioskować o przyznanie prawa pobytu ani pozwolenia na pracę w Norwegii. Obowiązuje ich jednak rejestracja pobytu na terenie Norwegii, jeśli pobyt ten trwa dłużej niż 3 m-ce (pobyty do 3 miesięcy uznawane są za „turystyczne”). Rejestracji dokonuje się on-line na stronie Utlendingsdirektoratet – należy podać swoje dane osobowe zgodnie z paszportem i zgłosić cel pobytu albo jego powód itp. Następnie z wydrukowanym ze strony internetowej dowodem rejestracji udać się na najbliższy komisariat policji (norw.: Politistasjon albo Lennsmannskontoret) i tam okazać dokument tożsamości oraz inne niezbędne do rejestracji papiery (patrz dalsza część postu). Jeżeli chcemy zamieszkać w rejonie Oslo, Stavanger albo Kirkenes możemy zarejestrować się w specjalnie utworzonych Centrach Obsługi Pracowników Zagranicznych (Servicesenter for utenlandske arbeidstakere). Po rejestracji otrzymujemy bezpłatnie potwierdzenie (Registreringsbevis). Jest ono bezterminowe i nie należy go odnawiać. Ważne jest tak długo, jak istnieją podstawy ku osiedleniu się (patrz dalej).  

Sprawa nie jest taka prosta, na jaką wygląda, bo samo polskie obywatelstwo nie wystarcza, żeby móc się zarejestrować! Norwegowie wymagają, aby osoba rejestrująca się wykazała, że ma „solidny powód” do osiedlenia się w kraju i mogła udokumentować, że nie będzie ciężarem dla systemu socjalnego państwa.

Kto może się zarejestrować? Za wystarcząjące podstawy do rejestracji i osiedlenia się w Norwegii władze uznają następujące sytuacje:
  • osoba jest pracownikiem zatrudnionym w Norwegii (należy okazać umowę o pracę podpisaną przez pracodawcę prowadzącego działalność gospodarczą w Norwegii). Jest to najczęstsze i najprostsze rozwiązanie!
  • osoba prowadzi własną działalność gospodarczą w Norwegii (potrzebne odpowiednie zaświadczenie);
  • osoba zatrudniona poza Norwegią ale wykonująca dla swojego pracodawcy tymczasowe prace na terenie Norwegii (należy okazać m.in. umowę zatrudnienia z któregoś z krajów EOG potwierdzającą taki stosunek pracy);
  • student – musi mieć zaświadczenie z zatwierdzonej przez państwo uczelni, że rzeczywiście studiuje w Norwegii. Ponadto wymagane jest przedstawienie dowodu ubezpieczenia zdrowotnego oraz złożenie oświadczenia, że posiada się wystarczające środki finansowe do utrzymania się w Norwegii;
  • inna osoba posiadająca znaczne środki własne, wystarczające do utrzymania się w Norwegii – należy wykazać nie tylko posiadanie tych środków (np udokumentować wysoką rentę, emeryturę, kapitał), ale też przedstawić dowód zawarcia ubezpieczenia zdrowotnego pokrywającego wszelkie ryzyko;
  • osoba będąca obywatelem kraju EOG i jednocześnie członkiem rodziny innego obywatela EOG, który już jest zarejestrowany w Norwegii i który będzie odpowiadał za jej utrzymanie i ubezpieczenie. Jest to tzw. „łączenie rodzin” i obejmuje również związki z Norwegami. Należy udokumentować powiązania rodzinne i przedstawić dowód, że osoba, z którą zamieszkamy jest już zarejestrowana w Norwegii. O tym, kto zaliczany jest do członków rodziny – czytaj poniżej!

Kto według Utlendingsdirektoratet jest członkiem rodziny:
  • mąż lub żona (dot. również związków osób tej samej płci!);
  • chłopak lub dziewczyna, pod warunkiem, że udowodnicie, że w ciągu minimum dwóch lat przed przyjazdem do Norwegii mieszkaliście razem pod jednym adresem i zobowiążecie się w dalszym ciągu mieszkać razem w Norwegii. Żadne z was nie może być w związku małżeńskim z inną osobą. Jak udowodnić wspólny związek z Polski – czytaj tutaj.
  • chłopak lub dziewczyna, pod warunkiem, że oczekujecie dziecka (dziewczyna jest w ciąży) i jedno z was jest już zarejestrowane w Norwegii. W tej sytuacji nie trzeba wykazywać dwóch lat trwania związku!
  • dziecko, wnuk lub prawnuk, który jest utrzymywany przez osobę już zarejestrowaną w Norwegii może również osiedlić się tutaj; warunek – wiek poniżej 21 lat;
  • rodzice albo dziadkowie osoby zarejestrowanej w Norwegii (referencyjnej) mogą się tutaj osiedlić na podstawie łączenia rodzin, pod warunkiem, że będą utrzymywani przez osobę referencyjną. Wyjątek – jeśli jesteś studentem w Norwegii, nie możesz „sprowadzić” rodziców czy dziadków zgodnie z tym paragrafem;
  • narzeczeni, pod warunkiem, że w ciągu 6 miesięcy wezmą ślub na terenie Norwegii. Wymagane jest udokumentowanie środków do życia i ubezpieczenia zdrowotnego.
  • Inne osoby – m.in. rodzeństwo poniżej 18 roku życia, osoby wymagające stałej opieki itd. Są to przypadki bardzo rzadkie i skomplikowane prawne, dlatego nie będziemy ich opisywać tutaj.

Rejestracja jako osoba szukająca pracy

Jeżeli nie mamy żadnej pracy nagranej jeszcze przed przyjazdem, ani nie mamy możliwości zarejestrować się w Norwegii na podstawie któregoś z wyżej omawianych punktów, zostaje zgłosić się na policję i zameldować pobyt w celu znalezienia pracy. Z założenia nie może on przekroczyć 6 miesięcy (najlepiej zgłosić się dopiero po 3 miesiącach "turystycznego" pobytu; to daje nam razem 9 miesięcy na szukanie pracy). Policja nie wyda żadnego pisemnego potwierdzenia. Po znalezieniu pracy należy znów zgłosić się na policję i zarejestrować zgodnie z procedurą obowiązującą osoby posiadające pracę.

***


Od odmownej decyzji policji lub Utlendingsdirektoratet nie można się odwoływać! Można natomiast wnioskować o rejestrację jeszcze raz po pewnym czasie, jeśli uznamy, że wówczas spełniamy już stawiane kryteria.

Osoby, którym uda się zarejestrować, mogą po 5 latach wystąpić o prawo stałego pobytu. Jeżeli jesteśmy w stanie udowodnić 7 lat pobytu w Norwegii (zarejestrowanego, w pełni legalnego itd), w ciągu ostatnich 10 lat i spełniamy dodatkowe kryteria, możemy wystąpić o norweskie obywatelstwo!

Powodzenia!

Zobacz także:

wtorek, 11 stycznia 2011

Legalnie w Norwegii – zarejestrowana jako samboer!

Trochę to trwało, trochę było z tym kombinowania, ale najważniejsze, że się udało! Dzisiaj wraz z pocztą przyszedł mój Registreringsbevis for EØS-borgere, a więc potwierdzenie, że zostałam zarejestrowana w Norwegii na takich prawach, jakie przysługują obywatelom państw Europejskiego Obszaru Gospodarczego (do którego i Norwegia i Polska należy!). Oznacza to nie mniej nie więcej, że mój pobyt w Norwegii jest nie tylko w pełni legalny, ale też przysługują mi praktycznie te same „przywileje”, co samym Norwegom. W dodatku jestem zarejestrowana na czas nieokreślony i w przyszłości nie muszę odnawiać tego dokumentu.

Dlaczego dopiero teraz? Odpowiedź jest banalna i głupia :) – przyjechaliśmy do Norwegii nie posiadając niezbędnych dokumentów. Bob nie miał problemu, bo stałą pracę dostał jeszcze przed wyjazdem z Polski. Ja jednak przez pierwsze 3 miesiące byłam oficjalnie zwykłą „turystką” (prawo na to zezwala). Potem wystąpiłam o przydzielenie tymczasowego numeru personalnego (D-nummeru) i zarejestrowałam w urzędzie pracy (NAV), zgłosiłam się na policję i zostałam zarejestrowana jako poszukująca pracy na okres 6 miesięcy (maksymalny czas, jaki mają osoby z państw EOG na znalezienie pracy w Norwegii). Pół roku zleciało jak z bicza strzelił; tylko pracy ciągle nie było. Znów musieliśmy kombinować, jakby mnie tu zarejestrować… Ślubu nie mamy, więc najprostsze rozwiązanie (jako żona osoby posiadającej pozwolenie na pobyt i pracę) odpadło. Na szczęście w Norwegi na równych prawach co małżeństwo (ekteskap) zarejestrować można związki bez formalnego ślubu (samboerskap). Od obcokrajowców wymaga się wówczas udokumentowania minimum dwuletniego związku. Kluczowe jest wykazanie, że od dwóch lat przed złożeniem wniosku mieszkaliście pod tym samym adresem w jednym z państw EOG. Przydać się może wszystko (wspólne umowy najmu mieszkania, wyciągi bankowe z adresem, listy czy kartki pocztowe przychodzące do obojga na ten sam adres itd.).

I właśnie z furtki „samboer” postanowiliśmy skorzystać przy rejestrowaniu mnie. W prawie nazywa się to „łączeniem rodzin” – osoba zarejestrowana w Norwegii, posiadająca tu pracę i ubezpieczenie społeczne może sprowadzić do siebie swoich bliskich, pod warunkiem, że pochodzą oni z kraju UE (albo Szwajcarii, Islandii czy Lichtensteinu). Będąc w Polsce na Święta przetłumaczyliśmy zatem na j. angielski umowy najmu mieszkań, pozbieraliśmy wszystkie dokumenty, które otrzymaliśmy pocztą na adresy, pod którymi wspólnie mieszkaliśmy itd.

Następnie zarejestrowałam wszystkie swoje dane osobowe online (tak, żeby funkcjonariuszowi oszczędzić przepisywania z paszportu). Do rejestracji służy portal przy stronie internetowej Utlendings Direktoratet ; wszystko w j. angielskim. Uzbrojona w wydruk z potwierdzeniem rejestracji oraz całą teczkę papierów dokumentujących nasz związek, wyprawiliśmy się do miejscowego biura policji (w komunie, w której mieszkamy) w pięć godzin po powrocie z Polski do Norwegii.

Poszło jak z płatka! Pan z policji przejrzał umowy najmu, rzucił okiem na moje umowy o pracę z Polski, a jak zobaczył naszą teczkę pełną dokumentów i kartek pocztowych stwierdził, że to go przekonuje i nie ma żadnego problemu!

Dzisiaj, dokładnie tydzień po wizycie na policji, przyszło registreringsbevis (ze szczęścia upiekłam tartę malinową). Teraz jeszcze tylko muszę się wpisać do narodowego rejestru ludności i wszelkie formalności związane z moją przeprowadzką i pobytem w Norwegii wreszcie zostaną zakończone. Jednocześnie nasz związek z Bobem będzie w pełni legalny i respektowany przez tutejsze władze!

Być może zastanawiacie się, co by się stało gdybym się nie zarejestrowała. Na 99 procent nic. Wydalenie z Norwegii obywatela któregoś z państw EOG raczej nie jest realne. Przecież władze nie radzą sobie z wydaleniem tysięcy nielegalnie przebywających w różnych ośrodkach Serbów, Afrykańczyków i innych Azjatów, którym odmówiono azylu. Mimo wszystko warto się zarejestrować. Choćby po to, żeby zyskać prawo do opieki lekarskiej, konta w banku, pomocy z urzędu pracy, czy żeby móc zarejestrować na siebie auto. Osoby niezarejestrowane w Norwegii nie posiadają numeru personalnego (odpowiednik naszego PESEL-u). A bez tego numeru w Norwegii nie możesz nic. Tak jakbyś nie istniał...

wtorek, 4 stycznia 2011

Znowu w Norwegii

Dwa tygodnie urlopu minęły jak z bicza strzelił i od wczoraj znów jesteśmy w Norwegii. Wydaje się, że nie tak dawno pakowaliśmy się na podróż do Polski. Jednocześnie mamy wrażenie, że byliśmy tam znacznie dłużej, niż wspomniane dwa tygodnie.

Podróż do Polski zajęła bardzo dużo czasu - głównie za sprawą kiepskich warunków na drogach. W Danii auto prowadziłam ja - po raz pierwszy w życiu musiałam zmierzyć się z jazdą w nocy, we mgle i po śliskiej nawierzchni; efekt nazwać można stylem a'la pijany zając. Na szczęście dowiozłam nas w jednym kawałku do Niemiec, gdzie stery naszego pojazdu przejął Bob.

Świąteczna wizyta w Polsce była naszą pierwszą od przeprowadzki do Norwegii, dlatego też staraliśmy się odwiedzić rodziny, spotkać ze wszystkimi znajomymi, załatwić jakieś wiszące sprawy urzędowe, poprawić w samochodzie to i owo. Większość udało się zrealizować, ale urlopu wypoczynkowym nazwać nie możemy. Raczej intensywnym i drogim. Nie odpoczęliśmy, niewiele spaliśmy, a pieniędzy straciliśmy jakbyśmy pojechali do Szwajcarii, a nie do „taniej” Polski... Przypomnieliśmy sobie co to życie w mieście, polskie drogi, życzliwi ludzie i ogromne korki. Łatwo nie było:)

Powrót do Norwegii był znacznie przyjemniejszy, ze względu na znacznie lepsze warunki atmosferyczne. Tym razem prowadziłam tylko przez Polskę (styl jazdy a'la pirat drogowy ;]). Do domu dotarliśmy po 20 godzinach, z czego 4 spędziliśmy na promie, śpiąc sobie w bardzo komfortowych fotelach. Była to chyba najlepsza podróż promem, jaką dotychczas przeżyłam (polecamy Voyager Class w ColorLine!). Po powrocie wielkie rozpakowywanie się – zajęło nam ponad 2 godziny. Nic dziwnego, bo w Polsce zrobiliśmy „małe” zakupy, a do tego nasze mamy zadbały, żebyśmy z pustym bagażnikiem nie wracali (dzięki mamo – mina celnika oglądającego to wszystko bezcenna!). Szczęśliwie okazało się, że nasze mieszkanko jest w stanie pomieścić wszystko.

Teraz przed nami intensywny miesiąc. Bob wczoraj podpisał bardzo korzystny kontrakt, więc z dniem pierwszego lutego zmienia miejsce zatrudnienia, a wraz z tym my zmieniamy miejsce zamieszkania. Oznacza to nie mniej nie więcej, że czeka nas przeprowadzka, a może nawet zakup kolejnego auta. Ciągle jeszcze nie wiemy, gdzie zamieszkamy, ale na pewno napiszemy na blogu 

Chciałabym na koniec wszystkim podziękować za spotkania i rozmowy. Dobrze było się z Wami zobaczyć. Czekam na rewizyty w pięknej Norwegii. Postaramy się wraz z nowym mieszkaniem podnieść nieco standard pobytu gości u nas :D

Zobacz także: Dojazd samochodem do Norwegii