Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

wtorek, 21 grudnia 2010

Wesołych Świąt

W związku z naszym kilkudniowym wyjazdem już teraz składamy wszystkim najlepsze życzenia świąteczne!

Życzymy Wam, abyście te Święta spędzili w otoczeniu bliskich Wam i ważnych dla Was ludzi. Aby całe święta upłynęły w atmosferze zgody i radości. I aby właśnie taki – radosny – był dla Was nadchodzący rok 2011. Oby był jeszcze lepszy niż ten, który się właśnie kończy.

Złe wieści dotarły także do Norwegii – co to za święta bez „Kevina” w telewizji? Mam nadzieję, że uda Wam się jakoś przetrwać tę tragedię. Na pocieszenie do życzeń dołączamy zdjęcie naszej „osobliwej” choinki.

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku lub jakby to powiedzieli Norwegowie: God jul og godt nytt år!

Eve&Bob

środa, 15 grudnia 2010

Pepperkaker - norweskie pierniczki

Pozostajemy w klimacie świątecznym. Tym razem będzie o norweskich pepperkakerach, które podobnie jak w Polsce pierniczki stanowią nieodłączny element każdych Świąt Bożego Narodzenia.

Nazwa „pepperkake” oznacza dosłownie pieprzne ciastko. Gdzieś w Internecie przeczytałam ostatnio, że polska nazwa piernik wywodzi się ze staropolskiego słowa „pierny”, co oznacza „pieprzny”. Wygląda więc na to, że etymologia nazwy popularnego świątecznego ciasta wszędzie jest taka sama.

O ile jednak w Polsce dominują pierniki-ciasta, o tyle norweskie pierniki to zwykle dekorowane ciastka. Rozmawiając z paniami z biblioteki o pierniczkach miałam nie lada problem, żeby wytłumaczyć im różnice między polskimi, a norweskimi pepperkakerami. Na szczęście udało się i nawet zrozumiały dlaczego polski piernik staropolski piecze się na kilka tygodni przed Świętami ;]

Ja pierników nigdy nie piekłam. Do wczoraj. Tak, tak wczoraj był sądny dzień, w którym z Bobem poświęciliśmy 2 godziny na wyrabianie ciasta piernikowego, wałkowanie i wycinanie pierniczków – efekt naszej pracy możecie zobaczyć na zdjęciu. Wyszły nam trzy duże pudełka ciastek. I o ile ja jestem przekonana, że taka ilość powinna nam wystarczyć do Świąt, o tyle Bob skutecznie realizuje się w przekonywaniu mnie, jak błędny jest mój pogląd:]

Wracając jednak do norweskich pepperkakerów - ich wykonanie, o czym sama się przekonałam, jest banalnie proste (w sklepach można nawet dostać gotową masę na pierniki). W zasadzie jest ono tak proste, że dzieci same bawią się w kuchni tworząc zastępy pierniczkowych reniferków, aniołków, choinek i bałwanków. Z pierniczkami w Norwegii wiąże się jeszcze jedna tradycja, a mianowicie pepperkakehus. Co to takiego? Jest to nic innego jak popularne także w Niemczech chatki z piernika. Wydaję mi się, że tradycja piernikowych domków przywędrowała do Norwegii właśnie z niemieckimi kupcami w XVI w. Robienie piernikowych chatek jest szczególnie popularne wśród dzieci, które w okresie przedświątecznym budują je w przedszkolach. Poszczególne ściany domku piernikowego przyozdabiane są lukrem, kolorowymi żelkami, cukierkami, czekoladą, jednym słowem inwencję w ozdabianiu ogranicza tylko dziecięca wyobraźnia. Wykonane przez dzieciaki piernikowe chatki trafiają na wystawy. W naszym regionie takie wystawki są organizowane w bibliotekach. Towarzyszy im konkurs na „najładniejszy pepperkakehus”. Trzeba przyznać, że pomysłowość dzieci nie zna granic. W naszej bibliotece na wystawce znalazł się „piernikowy domek” w kształcie boiska do piłki nożnej z piernikowymi zawodnikami (jedną z drużyn jest FC Liverpool), piernikową piłką nożną, piernikowymi kibicami… cała biblioteka była pod wrażeniem pomysłu i wykonania :]

Chociaż pepperkakery można kupić w norweskich marketach od połowy października i kosztują grosze, to zachęcam do własnoręcznego ich stworzenia. Od wczoraj nasze mieszkanko pięknie pachnie korzennymi przyprawami wprowadzając nas w iście świąteczny nastrój. Jakby ktoś był zainteresowany to podaję oryginalne norweskie przepisy na pepperkaker i peppernøtter

Pepperkaker
150 g cukru
250 g lys sirup (w Polsce będzie to sztuczny miód)
3 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
½ łyżeczki zmiażdżonych goździków
1 i ½ łyżeczki sody oczyszczonej
150 g miękkiego masła
550 g mąki
1 jajko

Zagotuj cukier, sirup i przyprawy, tak aby cukier się rozpuścił, a następnie dodaj sodę i wymieszaj aby całość była klarowna. Masło włóż do miski i zalej ciepłym syropem z przyprawami. Dodaj jajko i wyrabiaj ciasto dodając po trochu mąki. Po uzyskaniu jednolitej masy włóż ciasto na ok. pół godziny do lodówki. Na mocno posypanym mąką blacie rozwałkuj ciasto (grubość ok. 3-5 mm), za pomocą foremek wytnij pierniczki i układaj ja na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Piecz pierniczki ok. 8 minut w temperaturze 180 stopni.

Kiedy ostygną można je udekorować lukrem lub czekoladą.

Peppernøtter
250 ml śmietany
250 ml lys sirup (podobnie jak w przypadku pepperkakerów sztuczny miód załatwi sprawę)
250 g masła
500 g cukru pudru
1 i ½ łyżeczki mielonego imbiru
1 i ½ łyżeczki sody oczyszczonej
1 kg mąki
20 g olejku cytrynowego (w Norwegii do nabycia w aptekach, ale myślę, że wystarczy łyżeczka soku z cytryny)

Wymieszaj masło z cukrem. Letni sirup wymieszaj ze śmietaną i dodaj do masła. Następnie dodaj mąkę wymieszaną z imbirem, sodą i olejkiem (sokiem) cytrynowym. Zagnieć ciasto, a następnie odstaw je do lodówki na godzinę. Twórz z ciasta małe kuleczki i piecz w 180 stopniach ok. 12 minut na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

piątek, 10 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii

Leżę sobie chora w łóżku, patrzę w kalendarz, a tam 10 grudnia. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas na od dawna zapowiadany tekst o tym, jak Norwegowie obchodzą Święta Bożego Narodzenia.

Jak już wspominałam na blogu temat Świąt Bożego Narodzenia pojawia się w Norwegii już w połowie października (szczęśliwy lud północy nie lansuje na tak szeroką skalę Wszystkich Świętych). W sklepach pojawiają się ozdoby choinkowe, świeczki, lampki, serwetki oraz produkty świąteczne (julebrus – świąteczna oranżada, juleøl – świąteczne piwo, pepperkaker – pierniczki i cała gama artykułów posiadająca w nazwie magiczne słówko jul, czyli święta). W listopadzie atmosfera świąteczna powoli gęstnieje - coraz więcej „jule-produktów”, w sklepach kampanie świąteczne, w mediach reklamy, pierwsze spotkania świąteczne w pracy (tzw. julebord). Grudzień w Norwegii jest podobny do grudnia w Polsce, czyli podsumowując to jednym zdaniem – rozprzestrzenia się świąteczna histeria.

Wraz z nastaniem grudnia norweskie domy na przedmieściach i w małych miasteczkach zostają pięknie przyozdobione: kolorowe lampeczki na przydomowych drzewkach, światełka w oknach, figurki mikołajków, zapach palonego w kominkach drewna. Centra miast, podobnie jak w Polsce również zostają pięknie przyozdobione. W tym roku dodatkowo spadł i utrzymuje się śnieg tutaj na południu, więc cała ta magiczna atmosfera została dodatkowo spotęgowana i wszystko wygląda jak ze świątecznych reklam coca-coli.

Norweskie dzieci odwiedza julenisse – świąteczny krasnalek, który przynosi prezenty i zostawia je w skarpetach. Dla mikołajka trzeba zostawić kaszkę (julegrøt), żeby się ogrzał i posilił. Sygnałem do rozpoczęcia przygotowań świątecznych jest adwent. Zarówno dzieci, jak i dorośli kultywują tradycję kalendarza adwentowego. Tutaj w Norwegii przyjmują one bardzo róże – komercyjne – formy: kalendarz adwentowy z żelkami Haribo, klockami lego, w postaci lalki w której ubranku są 24 kieszonki itd. W Polsce pamiętam swojego czasu też były te kalendarze popularne.

W połowie grudnia, dokładnie trzynastego, obchodzony jest dzień św. Łucji (wspomnienie św. Łucji z Syrakuzów). Święto to jest znacznie popularniejsze w Szwecji, ale tutaj w Norwegii również się je obchodzi. Związane jest ono ze światłem; w miasteczkach organizowane są pochody na których czele idzie dziewczyna przebrana za Łucję w długiej białej szacie z wiankiem ze świec na głowie (statystykami na temat potencjalnych samozapaleń w tym dniu nie dysponuję). Tego dnia dzieci budzą rodziców i przygotowują tradycyjne śniadanie kawę i lussekatter (bułeczki drożdżowe z szafranem i rodzynkami).

Po święcie Łucji zaczynają się przygotowania do Bożego Narodzenia „na serio”. Chodzi oczywiście o potrawy, a tych na norweskim stole nie brakuje. Podobnie jak Polacy, także Norwegowie zajadają się kilkoma (jeśli nie kilkunastoma) rodzajami śledzia, z mięs najważniejsza jest juleskinke (czyli specjalna szynka świąteczna), oprócz tego pieczony lub wędzony udziec jagnięcy, pieczona wołowina, rolady i pasztety, julepølse (specjalna kiełbasa świąteczna), a także sałatki. Wszystko to stanowi tzw. „kaldtbord” (czyli zimny stół, znany w Polsce jako szwedzki). Do tego dochodzą łakocie (migdały w karmelu, pralinki i trufle), domowe chleby, ciasta i ciastka: pepperkaker (pierniczki), peppernøtter (pierniczki z orzeszkami), wszelkiej maści kruche ciasteczka, smultringer (przypominają oponki), a także dostępne w Polsce (m.in. na Jarmarku Bożonarodzeniowym we Wrocławiu) kransekaker (kruche ciastka o smaku migdałowym w kształcie pierścieni tworzących piramidę). W ogóle migdały są tym dla świąt Bożego Narodzenia w Norwegii, czym mak w Polsce (wyobraża sobie ktoś Święta Bożego Narodzenia bez makowca?). Innymi produktami typowo świątecznymi są przyprawy: imbir, cynamon, anyż, goździki i kardamon, a także rodzynki, orzechy i skórka pomarańczowa; owoce: jabłka, mandarynki i pomarańcze. Tradycyjnym napojem świątecznym (prócz wspomnianej świątecznej oranżady julebrus i piwa juleøl) jest gløgg. Jest to grzane wino z przyprawami (kardamonem, cynamonem, imbirem, goździkami oraz z migdałami, rodzynkami). Wersja dla dzieci zawiera także przyprawy, jednak zamiast wina podaje się sok porzeczkowy.

Bardzo ważnym elementem Świąt Bożego Narodzenia jest dekorowanie. Stół na którym postawione zostaną potrawy musi być pięknie przybrany, podobnie jak choinka, kominek, domowy ganek, czy ogródek. W świątecznych dekoracjach Norwegowie wykorzystują kwiaty – głównie tulipany i azalie, a także gałązki choinki, szyszki, jemiołę, wstążki itp. Bardzo ważne są także świece, których nie może zabraknąć na świątecznym stole. Tradycją jest zapalanie świec w oknie domu, tak aby zbłąkany wędrowiec mógł znaleźć drogę i ogrzać się w cieple.

Na koniec typowe norweskie potrawy świąteczne. Norwegowie podczas wigilijnej wieczerzy mogą dokonać wyboru pomiędzy potrawami mięsnymi a rybnymi. Zacznijmy od tych drugich. Główną rybą norweskich Świąt Bożego Narodzenia jest dorsz. Zwykle jest on gotowany w wodze i podawany z jasnym sosem i sałatką ogórkową. Druga wersja podania dorsza to potrawa zwana lutefisk. Co się kryje pod tą tajemniczo brzmiącą nazwą? Otóż jest to również dorsz, jednak suszony, a następnie moczony w sodzie kaustycznej (według książki, którą się podpieram pisząc ten tekst z 1 kg suszonego dorsza powstaje 5 kg lutefisk). Jeśli ktoś zdecyduje się na lutefisk, to podaje się go z puree z zielonego groszku z sosem musztardowym i ze skwarkami boczku. Przejdźmy teraz do dań mięsnych. Na początek pieczony indyk, do którego podaje się sos śmietanowy oraz obowiązkowe ziemniaki. Ziemniaki podaje się także do pinnekjøtt (niegdyś tradycyjne danie Zachodniej Norwegii, obecnie popularne w całym kraju – są to suszone, solone baranie żeberka z kością). Ostatnim daniem typowo świątecznym w Norwegii są ribbe, czyli żeberka wieprzowe. Są one niezwykle tłuste i dlatego przygotowuje się je na specjalnych (dostępnych od października w każdym markecie) rusztach. Podaje się je z ziemniakami i kwaśną kapustą (białą lub czerwoną).

Święta Bożego Narodzenia upływają Norwegom na biesiadowaniu w gronie najbliższych przyjaciół i rodziny. My spędzimy je w ten sam sposób, ale w Polsce.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Urodziny Boba

W miniony weekend oprócz śniegu, mieliśmy też małą uroczystość, a mianowicie urodziny Boba (kto nie wiedział ten usprawiedliwiony;])

Co prawda Bob urodziny miał w sobotę, ale cała mała "impreza" z tym związana odbyła się w niedzielę. Oprócz znajomego z Sandnes, który spędzał u nas cały weekend, przyjechali też znajomi z okolic Stavanger. Także było nas sztuk pięć i było bardzo fajnie. Ale najpierw sobota.

Rano przywitał nas śnieg. Co ciekawe nie stopniał on od razu, więc zaliczyliśmy tego dnia dwa spacery (w ciągu dnia i wieczorny). Bob oberwał honorową śnieżką ode mnie (ale śnieg się nie lepił za bardzo, więc szkód żadnych nie odnotował), porobiliśmy zdjęcia zaśnieżonej okolicy i pochodziliśmy trochę po mieście, które udekorowane jest już świątecznie. Wieczorem chłopaki obejrzeli film z jednego ze studenckich wyjazdów sprzed lat, a ja w tym czasie piekłam ciasto. Potem piwkiem wznieśliśmy toast za zdrowie Boba.

W niedzielę od rana wrzała praca w kuchni. Musiałam przygotować tort (na który kompletnie nie miałam pomysłu; ostatecznie jedną warstwę stanowiły gruszki polane czekoladą, a drugą bita śmietana; górę udekorowałam bitą śmietaną i pokrojonymi w plasterki gruszkami). Wyszedł bardzo dobry, ale sporo się nad nim naprzeklinałam. Nasz biedny gość, za każdym razem jak słyszał mój siarczysty bluzg przybiegał z pytaniem "co się stało"... Bob już przywykł do mojego „kuchennego wyrażania emocji” ;]. Potem przygotowałam masełko czosnkowe i pokroiłam pomidorki na grzanki, Bob zajął się sałatką, więc kiedy przyjechali kolejni goście, wszystko było gotowe.

Czekając na nich martwiliśmy się, jak sobie poradzą w tych trudnych śniegowych warunkach (dzień wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, że nawet Norwegowie sobie nie radzą ze śniegiem). Na szczęście dojechali bez problemów, zjedliśmy obiad, a potem zapaliłam świeczki na torcie i nawet zaśpiewaliśmy Bobowi „Sto lat” :]

Niestety to co dobre szybko się kończy. O 16 zrobiło się ciemno, a goście mieli do domu prawie 200 km... Na szczęście szczęśliwie dojechali! Jeszcze raz dziękujemy im za wizytę.

Ja po ich wyjściu doceniłam fakt posiadania zmywarki w domu. Pamiętam z Polski jaką katorgą było po każdej wizycie znajomych przynajmniej pół godzinne stanie przy zlewie i zmywanie naczyń. Tutaj w pół godziny zrobiła to za mnie zmywarka. Najlepsze jest to, że zmywarka w norweskim domu to nie jakiś tam luksus. To urządzenie tak podstawowe jak kuchenka, czy lodówka. Prędzej w norweskim mieszkaniu, które się chce wynająć, nie będzie pralki, niż zmywarki :]

PS. Zdjęcia tortu nie zamieszczamy, bo właśnie zjedliśmy ostatni kawałek ;]

niedziela, 5 grudnia 2010

Zima w Norwegii vs jesień w Polsce

Podczas gdy w Polsce temperatury osiągają minus 20 stopni a warstwę śniegu można mierzyć w metrach, to Norwegowie są zaskoczeni pogodą na przełomie listopada i grudnia. Norweska "jesień" była w tym roku wyjątkowo zimowa i zwłaszcza w ostatnich dniach zdominowała tematy w mediach. Pewnie myślicie, że temperatura spadła do minus 50 stopni, a para wodna zamarzała w powietrzu? Nic z tych rzeczy! Na zamieszkiwanym przez nas półwyspie Lister na Sørlandet ogłoszono, że listopad był  najzimniejszy od 91 lat (od 1919 roku), bo... najniższa zanotowana temperatura wyniosła minus 9 stopni, a średnia miesięczna leżała odrobinkę poniżej zera! Tak tak, dla tubylców to już baaaardzo zimno i rzeczywiście chłodniej niż standardowe temperatury mierzone w poprzednich dziesięcioleciach. Trzeba bowiem wspomnieć, że nawet zimą średnie temperatury w Farsund na południu kraju są dodatnie (ocieplający wpływ prądów morskich).


Zimową panikę podkręcił w ostatnich dniach śnieg. Tak! 3 grudnia spadł śnieg, a przecież według miejscowych nie powinien pojawić się przed Świętami (sic!). Nikomu nie pomaga, gdy wspomnę, że znajomi w Polsce w tym samym czasie odkopują auta z metrowych zasp na 20-stopniowym mrozie. Słyszę tylko "...bo wy Polacy jesteście przyzwyczajeni do zimy, ale my tu na południu nie...". Halooo... czy ja mieszkam w Hiszpanii czy w Norwegii? ;)

No nic. Oswoiliśmy się z szokiem Norwegów i atmosferą sensacji i korzystając z pierwszego śniegu (który pokrył się z odwiedzinami znajomego), wyruszyliśmy na biały spacer. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji porobić zdjęć zaśnieżonej Norwegii (zapraszamy do galerii)! Spacer obfitował nie tylko w widoki piękne dla obiektywu aparatu fotograficznego, ale także w sceny ciekawe dla nas "Polaków, przyzwyczajonych do śniegu i zimy". Widzieliśmy np ulicę zamkniętą dla ruchu tylko po to, aby dzieciaki mogły skorzystać z leżącego śniegu i pojeździć na sankach. Wpychaliśmy też pod górę norweskie bmw, którego kierowca ewidentnie nie radził sobie z jazdą po lodzie i operowaniem gazem w warunkach zimowych. Swoją drogą dziwne, że nie miał opon na kolcach, tak popularnych w tym kraju? A może nie dziwne, w końcu kto by się spodziewał zimy w Norwegii na początku grudnia?!