Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 28 listopada 2010

Weekend w "wielkim" mieście, czyli odwiedzamy Sandnes

W miniony weekend opuściliśmy naszą 10-tysięczną kommune na dłużej. Bob miał zawodową konferencję w Oslo i stwierdziliśmy, że najlepsze połączenie lotnicze będzie ze Stavanger. Dodatkowo w Sandnes (czyli niemal zaraz obok Stavanger) mieszka kolega Boba ze studiów, więc postanowiliśmy sobie zrobić „mały” długi weekend i zatrzymać się u niego.

Wyjechaliśmy w czwartek popołudniu, bo piątek Bob miał spędzić w Oslo. Po nieco ponad dwóch godzinach drogi byliśmy na miejscu. Niestety za długo posiedzieliśmy wieczorem i rano, kiedy przyszło do wstawania i odwożenia Boba na lotnisko, cała nasza trójka była nieprzytomna z niewyspania.  

Strasznie się cieszyłam na ten wyjazd. Marzyły mi się jakieś wielkie zakupy, chodzenie po galeriach handlowych i wszystko to, do czego przywykłam podczas sześciu lat mieszkania w dużym mieście, a czego nie miałam mieszkając w 10-tysięcznym miasteczku na prowincji. Tymczasem, kiedy weszłam do galerii handlowej tylko się zirytowałam. Nieprzebrane tabuny ludzi, wszyscy przynajmniej z trzema reklamówkami… to nie dla mnie. W centrum handlowym spędziłam może godzinę. W domu czekała na mnie właśnie zaczęta książka (druga część trylogii „Mrocznych Materii” pt. „Magiczny nóż” Philipa Pullmana), więc wróciłam do domu, zrobiłam sobie kubek herbaty i przeczytałam pół książki

Myślałam, że to może zmęczenie odebrało mi ochotę do chodzenia po sklepach, więc na następny dzień wybraliśmy się z Bobem do centrum handlowego… I to samo! Za to zachwycił nas deptak w Sandnes, który mieści się przy Langgata. Droga jest zamknięta dla ruchu pojazdów i mieści się przy niej wiele uroczych sklepików często usytuowanych w drewnianych domkach, więc widok znany nam z naszego miasteczka. Stamtąd wybraliśmy się do dużego centrum handlowego pomiędzy Stavanger i Sandnes, czyli do Kvadratu. Pochodziliśmy po sklepach… w zasadzie to wchodziliśmy tylko do każdej księgarni. Skusiliśmy się na obiad w Ikei. Po raz pierwszy w życiu jadłam kuskus i falafele, bardzo nam smakowały. Udało nam się też znaleźć w sklepie z żywnością wschodnią ciecierzycę. Mam nadzieję, że w sklepie azjatyckim w naszym miasteczku też będzie, bo mam wielką ochotę sama zrobić falafele. A potem całe to chodzenie po sklepach nam się znudziło i wróciliśmy do domu.

Czy jest możliwe stanie się małomiasteczkową po nieco ponad pół roku mieszkania na prowincji? Jeśli tak, to ja uległam takiemu procesowi. W Sandnes wszędzie były tłumy, wielki ruch, mnóstwo aut… Odwykłam od tego! Zaczęłam sobie cenić spokój. Pewnie, że mieszkanie w mieście ma swoje duże plusy… ja jednak wolałabym chyba w przyszłości osiąść gdzieś na przedmieściach albo w jakieś małej odległości od miasta i tylko dojeżdżać do niego do pracy i na zakupy. No ale chcieć to jedno, a móc to drugie :]

Sam wyjazd bardzo nam się podobał, fajnie było wyrwać się na kilka dni z domu, korzystając z okazji udało mi się kupić foremkę do wycinania pierniczków w kształcie serduszka :] Czyli mogę przystąpić do akcji „pierniczki”.

Na koniec należy się Wam tylko wyjaśnienie, że wbrew tytułowi posta, Sandnes to żadne wielkie miasto. Ma bowiem zaledwie ok. 65 tys mieszkańców, co w warunkach norweskich oznacza jednak całkiem dużo i plasuje Sandnes na 8 miejscu wśród najbardziej zaludnionych miast w kraju.

wtorek, 23 listopada 2010

Praktyki w bibliotece

Bez owijania w bawełnę i zbędnych ceregieli. Od wczoraj zaczęłam praktyki w tutejszej bibliotece :) I mimo, że po sześciu godzinach tam spędzonych byłam zmęczona jakbym przerzuciła tonę węgla, a nie tylko układała książki na półkach, to jestem szczęśliwa.

Zresztą nie tylko ja, Bobowi też spadł kamień z serca, że wreszcie udało się gdzieś zaczepić.

Organizacja tego była trochę niesamowita. Dokładnie tydzień temu sprawdzałam swoją pocztę, a tu mail od kierowniczki biblioteki. Chciałabym ze mną pogadać o mojej bezpłatnej pracy dla nich, bo właśnie przyszedł list z moimi dokumentami z komuny (zaniosłam je tam chyba w połowie września, nevermind ;]). Oczywiście poszłam i oczywiście nie obiecywałam sobie zbyt wiele… chyba pierwszy raz cieszyłam się tak bardzo, że ktoś mi oferuję pracę za darmo ;] no a wczoraj był mój pierwszy dzień w bibliotece. Na razie zapoznaję się z biblioteką, czyli układam książki na półkach. Tak pewnie będzie przez pierwszy tydzień, może dwa. Potem będę powoli wypożyczała książki, zapoznawała się z systemem.

W ogóle byłam głęboko przekonana, że absolutnie nic nie pamiętam z czasów studiów i sobie nie poradzę… ale okazało się, że jak tylko dostałam książkę w rączkę wszystko wróciło. Włącznie z klasyfikacją Deweya :), która zwykle była dla mnie wyjątkowo problematyczna. Biblioteka jest niesamowita i pewnie powstanie o niej osobny wpis na blogu.

Przerwę na lunch spędziłam z kierowniczką, wreszcie miałam okazję porozmawiać z kimś po norwesku! Mamy taki układ, że jak ja coś mówię niepoprawnie, to ona mnie poprawia. Poza tym ona nie jest stąd, pochodzi z Oslo, więc mówi bardzo poprawnie bez naleciałości lokalnych (tutejszy dialekt jest naprawdę daleki od tego, czego uczyliśmy się w Polsce).

No ale praktyki to nie tylko możliwość ćwiczenia języka. Za moją darmową pracę otrzymam referencje, co jest niezwykle ważne podczas poszukiwań pracy. Przestanę być białą kartką dla potencjalnych norweskich pracodawców, będą mogli zadzwonić do biblioteki i dowiedzieć się czegoś o mnie.

Na koniec zdobędę doświadczenie zawodowe z norweskiej biblioteki, co jest niezwykle cenne. Martwiłam się, że nawet jakby mnie gdzieś przyjęli do pracy, to ja sobie nie dam rady. Po studiach w gruncie rzeczy nie pracowałam w zawodzie. Teraz mam szansę zdobyć jakieś doświadczenie, poznać norweskich autorów, system, poćwiczyć norweski.

Jednym słowem: jest super.

Z nowinek i dobrych wieści – już oficjalnie zdaliśmy oboje z Bobem część ustną naszego egzaminu z norweskiego! To oznacza jedno – maszyna do popcornu jest coraz bliżej ;] Wyniki z części pisemnej, jako, że są sprawdzane oceniane w centrali, a nie tak jak egzaminy ustne w ośrodku, w którym się zdawało, przyjdą dopiero na początku grudnia… Aha i w końcu już oficjalnie uznano mój dyplom. Dostałam norweską autoryzację mojego wykształcenia do oznacza, że posiadam wykształcenie wyższe pełne równorzędne z norweskim wykształceniem. Trochę na to zaświadczenie czekałam (bagatelka pół roku), no ale w końcu jest.

No i to już chyba wszystkie dobre wieści na tę chwilę… i tak jest ich sporo, prawda? ;]

poniedziałek, 15 listopada 2010

Kim są Saamowie?

We współczesnej Norwegii nam – Polakom – może wydawać się, że jesteśmy najważniejszą i dominującą grupą mniejszościową. No – ewentualnie za Szwedami. W rzeczywistości palma pierwszeństwa należy się Saamom. Czyli właściwie komu?

Saamowie to mniejszość etniczna zamieszkująca geograficznie północną część Półwyspu Skandynawskiego, a politycznie - aż cztery państwa: Rosję (ok. 2.000 Saamów), Szwecję (ok. 20.000, Finlandię (ok. 7.000) i Norwegię (ok. 40.000, a więc zdecydowanie najwięcej). Polacy słyszeli nie raz i nie dwa razy o tym ludzie Północy; znają ich jednak pod inną nazwą – Lapończycy. Saamowie uważają ją za obraźliwą.

Są najstarszymi mieszkańcami Półwyspu Skandynawskiego, posługują się językiem lapońskim (z grupy języków ugrofińskich). Ludność saamską podzielić można na dwie grupy: Saamów zamieszkujących wybrzeże, trudniących się myślistwem i rybołówstwem oraz Saamów wędrujących wraz ze stadami reniferów. Jesienią i zimą renifery wyruszały na płaskowyże, gdzie łatwiej było im zdobyć pożywienie. Wiosną wracały na wybrzeże, gdzie spędzały również lato. Saamowie wędrowali wraz rodzinami i całym dobytkiem, za reniferami, mieszkali w namiotach ze skór reniferów (zw. lavvo).

Obecnie wypasem reniferów zajmuje się tylko ok. 10% wszystkich Saamów. Reszta rozprzestrzeniła się na całą Norwegię i aktualnie najwięcej mieszka w Oslo i okolicy stolicy.

Przełom XIX i XX wieku był bardzo trudny dla Saamów. Norwegowie osiedlali się w północnych województwach, a mieszkający tam Saamowie byli traktowani jak ludność drugiej kategorii. Według prawa norweskiego tylko ci z nich, którzy potrafili czytać i pisać po norwesku, mieli możliwość kupienia lub posiadania ziemi; dodatkowo zabroniono wypasania stad reniferów. Saamom nie pozostawało nic innego, jak ukrywać swoją przynależność etniczną. Podobnie jak Polacy kiedyś, również Saamowie nie mogli w szkole posługiwać się swoim własnym językiem. Przez wiele lat saamskie dzieci uczyły się w szkole w języku norweskim (de facto nie wiedząc, co się do nich mówi). Powodowało to, że dzieci nie potrafiły pisać i czytać ani po norwesku ani po lapońsku. Dopiero w 1959 r. wprowadzono nauczanie w języku Saamów w szkołach, jednocześnie państwo postanowiło zadośćuczynić Saamom, którzy z powodu systemu i prawa byli analfabetami.

W latach 70 XX wieku świat zwrócił uwagę na zamieszkujących w Norwegii Saamów, wszystko za sprawą budowy tamy wodnej na rzece Alta w północnej części kraju. Budowa tamy mogła spowodować zniszczenie terenów, na których wypasały się renifery. Do protestujących pod Stortingiem Saamów dołączyli ekolodzy. Przez wiele tygodni przed budynkiem norweskiego parlamentu koczowali w swoich tradycyjnych namiotach Saamowie ubrani w tradycyjne stroje ludowe. Ostatecznie tama została wybudowana, ale dzięki protestowi Saamowie zostali dostrzeżeni i miało to duży wpływ na zmianę ich sytuacji. Dziesięć lat później, w 1989 roku otwarto pierwsze obrady Sametinget, czyli saamskiego parlamentu (budynek na zdjęciu). Jest to organ reprezentujący Saamów zamieszkujących w Norwegii. Wybory, podobnie jak do Stortingu (parlamentu Norwegii), odbywają się co 4 lata. Sprawy, którymi zajmuje się Sametinget dotyczą w głównej mierze kultury i szkolnictwa oraz rozwoju gospodarczego w rejonach zamieszkałych przez Saamów. Jednak parlament saamski nie ma realnej władzy, a jedynie funkcję konsultacyjną.  

Aby głosować w wyborach do Sametinget wystarczy mieć skończone 18 lat i być Saamem. Jak to udowodnić? Wystarczy, że ktoś czuje się Saamem i przynajmniej jeden z dziadków posługiwał się językiem saamskim. Jednocześnie nie trzeba wcale posługiwać się tym językiem. Jednak pomimo, że szacuje się, iż w Norwegii mieszka 40.000 Saamów, w 2007 zarejestrowanych jako Saamowie było tylko 12.000.

Saamowie - jako uznana przez parlament mniejszość etniczna - mają swoją flagę: niebiesko-czerwone koło na fladze symbolizuje słońce (czerwień) i księżyc (niebieski). Cztery kolory stanowiące tło (niebieski, żółty, zielony i czerwony) to kolory występujące na saamskich strojach ludowych i symbolizują 4 kraje w których Saamowie mieszkają (Norwegię, Szwecję, Rosję i Finlandię). Saamom, mimo wielu lat asymilacji, udało zachować się swoją własną wyjątkową kulturę. Należą do nich tradycyjne stroje (dominuje na nich kolor niebieski i czerwony), tradycyjne śpiewy zwane joikowaniem, połów ryb w przerębli oraz charakterystyczne zdobnictwo w rogach, drewnie i kościach.

W 1988 r. film oparty na legendach saamskich „Veiviseren” (pol. „Tropiciel”) był nominowany do Oscara w kategorii film nieanglojęzyczny. Orędowniczką kultury saamskiej jest znana na całym świecie Mari Boine, która w swojej twórczości korzysta z folkloru saamskiego.

Z kulturą saamską można zapoznać się m.in. w Norsk Folkemuseum w Oslo.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Mój pierwszy śnieg w Norwegii

No i się doigrałam! A wraz ze mną całe południe Norwegii. Moje nieustanne klepanie i marudzenie, że nie mogę doczekać się zimy i śniegu wreszcie się spełniło…

Generalnie nic na to nie wskazywało. Podobno wczoraj w radiu mówili o możliwości wystąpienia opadów śniegu wzdłuż południowego wybrzeża. Ja tego jednak nie zarejestrowałam. Zajęta byłam książką (polecam - „Ulisses z Bagdadu”). Wcześniej z kolei wybraliśmy się na niedzielny spacer. Słońce świeciło i chociaż na leśnych ścieżkach liście były pokryte szronem, to i tak było ciepło i przyjemnie. Do głowy by mi nie przyszło, że następnego dnia powita mnie śnieg.

Wstaję dzisiaj rano. Siłą woli doczłapałam się do kuchni i już czuję, że coś jest nie tak. Przez okno balkonowe - jedyne, które nie ma żaluzji - widzę, że woda jest dziwnie wzburzona i ciemna jak nigdy. Odsłaniam żaluzję i… „O cholera! Śnieg!”. Biały puch prószy sobie w najlepsze, co gorsza nie topnieje tylko osiada na naszych tarasowych mebelkach. No to super… Otrząsnęłam się z szoku, bo musiałam śniadanie zrobić. W końcu po to wstałam. Przez kuchenne okienko widziałam, jak ośnieżone pojazdy osiągają zawrotną prędkość 20 km/h. Dość asekuracyjnie, biorąc pod uwagę, że opony każdego z tych pojazdów uzbrojone są w specjalne kolce. W całej Europie kontynentalnej zakazana jest jazda na tego typu oponach, ale nie w Norwegii.

W czasie śniadania śnieg nie przestawał padać. Wypogodziło się w momencie, gdy Bob wychodził do pracy. On ma zawsze takie szczęście, bez względu na to, jak parszywa pogoda byłaby przez cały dzień, jak on idzie do pracy lub z niej wraca, zawsze przestaje padać. Ja mimo, że siedzę w domu mam znacznie większego pecha do pogody. Zawsze jak zapowiadają na dany dzień deszcz to zacznie on padać jak jestem w połowie drogi do sklepu, albo właśnie z niego wychodzę. Może meteopaci tak mają, że przyciągają deszczowe chmury nad swoją głowę?;]

Śniegu nie spadło jakoś zawrotnie dużo. Na mojego pierwszego norweskiego bałwana nie starczyło. Z takiej ilości wyszedłby może mały bałwanek. A teraz to śniegu już prawie w ogóle nie ma. Oczywiście jak wyszłam do sklepu, to padał ;) Ale teraz wszystko już stopniało, słońce wyszło i generalnie jest bardzo przyjemnie.

Przy okazji śniegowego opadu, zrobiło się tak jakby bardziej świątecznie. W sumie w ten weekend Bob zaliczył swój pierwszy julebord, także sezon na święta uznajemy za otwarty. Bardzo mnie ciekawiło, dlaczego spotkanie bożonarodzeniowe u Boba w pracy odbywa się w pierwszym tygodniu listopada. Bob zapytał się o to w sobotę, podczas rzeczonego julebord. Odpowiedź, jak zwykle u Norwegów okazała się niezwykle praktyczna – „nikt na to nie ma czasu w grudniu”. I w tym miejscu muszę się zgodzić z pragmatycznymi Norwegami. Kto ma czas w grudniu, kiedy na głowie ma prezenty, potrawy wigilijne, sprzątanie domu, zjazdy rodzinne, zakupy, na spotkanie się z kolegami i koleżankami z pracy, tylko po to, żeby na koszt firmy zjeść kolację, pobawić się trochę w rytm muzyki na żywo i w niektórych przypadkach napić się nie za swoje? A że Norwedzy mają mocne głowy, to syndrom „dzień po” ich nie omija ;) Także faktycznie lepszym rozwiązaniem jest spotkanie się w listopadzie i bawienie się na całego, bez myślenia o konsekwencjach:]

Obiecałam sobie w tym tygodniu wybrać się do biblioteki i poszukać czegoś o norweskiej tradycji świątecznej. Jak coś znajdę to obowiązkowo podzielę się z Wami na blogu. Co prawda my w tym roku święta jeszcze w Polsce spędzamy, ale nigdy nie wiadomo co będzie za rok ;)

Zobacz także: Pogoda i klimat w Norwegii

piątek, 5 listopada 2010

Mandaty w Norwegii czyli czemu nie opłaca się spieszyć

Prawie każdy kierowca słyszał o niesamowicie wysokich mandatach za przekroczenie prędkości w Skandynawii. Krążą plotki, że są one uzależnione od dochodów złapanego na speedowaniu. Niektórzy twierdzą zaś, że w ogóle nie ma się czym przejmować, bo przecież kto będzie szukał w Polsce człowieka, którego ukarała za prędkość norweska policja? Spieszymy, żeby wyjaśnić jak sytuacja wygląda w rzeczywistości...

W Norwegii mandaty za prędkość wcale nie są uzależnione od dochodów kierowcy, ale wystawiane zgodnie z taryfikatorem. Kary należą do najwyższych w Europie, a taryfikator określa sztywne kwoty, a nie "widełki". W dodatku mandat przewidziany jest za KAŻDE przekroczenie dozwolonej prędkości - za jazdę o 1 km/h (słownie jeden) szybciej niż dozwolone w danym miejscu, przewidziana jest kara w wysokości 300 złotych! Policja jest bezwzględna w swoich kontrolach i w żadnym razie nie wolno liczyć na taryfę ulgową. Dyskutowanie z funkcjonariuszami, targowanie się, tłumaczenie, że to pierwszy raz albo że żona właśnie rodzi, jest wręcz niedopuszczalne i bardzo źle widziane. Nie przyniesie oczywiście też żadnego pozytywnego rezultatu, bo Norwegowie szanują obowiązujące prawo i nie robią w tym względzie żadnych wyjątków. Proponowanie "załatwienia sprawy w inny sposób" prawie na pewno skończy się doniesieniem do sądu. Nie radzimy sprawdzać :).

Nie ma również co liczyć na to, że z wypisanym mandatem pojedziemy do Polski i słuch o nas zaginie. Podobnie jak w wielu krajach, także w Norwegii, obcokrajowcy zameldowani poza Norwegią muszą zapłacić karę na miejscu przy pomocy karty kredytowej (radiowozy wyposażone są w mobilne terminale).

Ile kosztuje ciężka noga...  
(stan na listopad 2010), 1 kr w przybliżeniu 0,5 zł
W miejscu, gdzie dozwolona prędkość wynosi 60 km/h lub mniej, zapłacimy za przekroczenie prędkości
a) do 5 km/h - 600 kr
b) od 6 do 10 km/h - 1.600 kr
c) od 11 do 15 km/h - 2.900 kr
d) od 16 do 20 km/h - 4.200 kr
e) od 21 do 25 km/h - 6.500 kr
f) powyżej 25 km/h - UTRATA PRAWA JAZDY


W miejscu, gdzie dozwolona prędkość wynosi 70 km/h lub więcej, zapłacimy za przekroczenie prędkości
a) do 5 km/h - 600 kr
b) od 6 do 10 km/h - 1.600 kr
c) od 11 do 15 km/h - 2.600 kr
d) od 16 do 20 km/h - 3.600 kr
e) od 21 do 25 km/h - 4.900 kr
f) od 26 do 30 km/h - 6.500 kr
g) od 31 do 35 km/h - 7.800 kr
h) powyżej 35 km/h - UTRATA PRAWA JAZDY

Na autostradach i drogach o dozwolonej szybkości ponad 90 km/h i więcej
Obowiązują stawki takie jak na drogach o dozwolonej prędkości 70 km/h i więcej, z tym że za przekroczenie prędkości od 36 do 40 km/h zapłacimy 9.000 koron, a prawo jazdy stracimy przekraczając dozwoloną prędkość o ponad 40.


Okres na który tracimy prawko uzależniony jest oczywiście od tego jak bardzo złamaliśmy przepisy.
Oprócz mandatów za prędkość, kierowcy zarabiają także punkty karne, ale o tym nie będziemy pisać.

W Norwegii mandaty są rzecz jasna nie tylko za prędkość. Na naszym blogu zajęliśmy się jednak tylko tymi, ze względu na ich "spektakularność" i fakt, że dotyczą największej grupy kierowców. Policja ma prawo ukarać za prawie wszystko, a zainteresowanych odsyłamy do źródła.
Wybierający się do Norwegii samochodem muszą - oprócz prędkościomierza w aucie - bacznie obserwować przejścia dla pieszych. Tu pieszy ma bezwzględnie pierwszeństwo i nie ustąpienie mu go może się bardzo źle skończyć. Fakt, że nie było obok policji niewiele zmienia, bo w Norwegii powszechne jest życzliwe zgłaszanie władzy drogowych wykroczeń innych kierowców :). Szerokiej drogi! (marzenia...)

PS: Ta krowa nie przekroczyła prędkości.

Zobacz także:  
Jak najlepiej dojechać autem do Norwegii
Samochodem po Norwegii - AutoPass, opłaty i mandaty 

środa, 3 listopada 2010

Norskprøve - już za nami :)

I po egzaminach! Na początek dziękuję za wszystkie smsy, wiadomości na gadu i maile z życzeniami „Powodzenia!”. Nawet nie wiecie jakie to miłe, kiedy oddaleni o ponad 1000 km znajomi pamiętają o takim wydarzeniu jak egzamin z języka norweskiego.

Jako że smsy, wiadomości na gadu i maile nie ustały także po egzaminie (tym razem z pytaniem „Jak poszło?) stwierdziłam, że najwygodniej i najskuteczniej będzie odpowiedzieć na blogu na pytanie „Jak było”.

W poniedziałek egzamin miałam ja (Norskprøve 2), a dzień później Bob (Norskprøve 3). W Sørlandet (południe Norwegii) egzaminy odbywały się tylko w Arendal, Kristiansand i Mandal. My wybraliśmy to trzecie miasto i właśnie tam spędziliśmy dwa pierwsze dni listopada.
Generalnie przed egzaminem byłam bardziej przerażona nie poziomem swojej wiedzy (który to poziom oceniałam bardzo źle), a stanem zdrowia Boba, który trochę się był pochorował. Oczami wyobraźni widziałam siebie jadącą samą autem do Mandal po tych krętych (a o tej porze roku jeszcze mokrych) drogach i zastanawiałam się: „Po co ci dziewczyno ten egzamin”. Na szczęście samopoczucie Boba poprawiło się na tyle, że na solidnej bombie lekowej zdecydował się prowadzić :). Ja mogłam się zatem stresować już tylko czekającym mnie egzaminem.

Na przesłanym nam zaproszeniu figurowała godzina 10 jako czas rozpoczęcia. Oczywiście dojechaliśmy przed czasem, bo trzeba się przecież jeszcze zarejestrować. Przekonana, że egzamin zacznie się o 10:00 poszłam do sali, znalazłam przydzielony mi stoliczek i czekam. Czekam. Ciągle czekam. O 10:20 wchodzi kobieta, która mówi, że egzamin mam dopiero o 11:00, więc mogę iść napić się kawy. W całej Norwegii egzamin zaczyna się o tej samej godzinie, czyli o 11:00.

O 11 rozpoczęła się pierwsza część egzaminu, tzw. lytteprøve. Polega na tym, że pani włącza płytkę CD na której nagrane jest ok. 25 scenek. Zdający egzamin dostaje arkusz z pytaniami. Do każdej scenki jest jedno pytanie. Udzielenie odpowiedzi przy połowie pytań polega na zaznaczeniu jednej z trzech opcji, przy drugiej połowie pytań należy oddzielić krótkiej odpowiedzi pisząc samemu. Po rozpoczęciu odtwarzania płyty, nie można przerwać nagrania, zatrzymać go, ani powtórzyć żadnego fragmentu. Na szczęście każda scenka na płycie nagrana jest po dwa razy. Odpowiedzi udzielić trzeba bezpośrednio po wysłuchaniu każdej sytuacji. Całość trwa ok. 30 minut.

Zaraz po tej części przeprowadzana jest Leseprøve - test zrozumienia języka pisanego. Zdający otrzymuje arkusz z kilkoma tekstami, głównie artykuły z prasy norweskiej, ale też np ogłoszenia czy opisy książek. Do każdego tekstu jest kilka pytań. Zadanie polega na przeczytaniu tekstów i udzieleniu odpowiedzi na pytania. Ma się na to 60 minut.

Po tej części mieliśmy przerwę, a po niej część trzecią - Skriveprøve (a więc egzamin z umiejętności poprawnego pisania). W ciągu 45 minut należało napisać dwa teksty. Jeden krótszy, informacyjny – np. list do szefa z uzasadnieniem, dlaczego potrzebujesz tygodnia wolnego. Drugi dłuższy na jakiś ogólny temat – np. opisz pory roku w swoim kraju.

Ta część zamykała Skriftlig Norskprøve, czyli ogólnie egzamin pisemny. Druga oceniana osobno część to Muntlig Norskprøve, czyli egzamin ustny. Podczas tej próby wchodzi się parami (z innym zdającym) i rozmawia. Na Norskprøve 2 zadawane są trzy tematy wypowiedzi – spośród nich dwa referuje się samemu (w tym jeden pewniak – opowiedz coś o sobie), na trzeci temat należy przeprowadzić rozmowę z osobą z pary. Ja trafiłam cudowny temat – jedzenie(!!!). Niestety moja partnerka z Brazylii, nie była zbyt wygadana i generalnie musiałam ją ciągnąć za język, a na koniec do rozmowy włączyła się moderatorka, co normalnie nie powinno mieć miejsca… Na szczęście kiedy miałam mówić sama, to oczywiście wykazywałam się, jak tylko umiałam :]

Czym różnił się mój egzamin (Norskprøve 2) od egzaminu Boba (Norskprøve 3) oprócz tego, że poziomem? Dwójka to poziom A2, a trójka B1. Skriveprøve na Norskprøve 3 trwa 90 minut i uczestnik może wybrać temat wypracowania – Bob w tym roku mógł wybrać pomiędzy wadami i zaletami mieszkania na wsi i w mieście, a esejem o wymarzonej pracy. Poza tym na egzaminie ustnym tylko na jeden temat zdający wypowiada się samodzielnie. Na dwa pozostałe należy przeprowadzić rozmowę z innym zdającym. Niestety Bob miał wczoraj trochę pecha, bo rozmowa odbywała się w trzy osoby, wśród których znalazła się głęboko wierząca Brazylijka (chrześcijanka) i... dosyć radykalny w swoich poglądach Pakistańczyk (muzułmanin). Jakby tego było mało, dostali temat do rozmowy – "równouprawnienie kobiet" - temat idealny, żeby tamtych dwoje się pozabijało i nie dopuściło Boba do głosu...

W każdym razie oboje jesteśmy zadowoleni z egzaminów i oceniamy, że powinniśmy je zdać. Ostateczne wyniki poznamy w… Mikołaja! :] Jak zdamy, kupimy sobie jako prezent mikołajkowo-egzaminowy maszynę do robienia popcornu :D mniaaaam!