Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

czwartek, 30 września 2010

Jak obchodzony jest Dzień Chłopaka w Norwegii?

Rano wyjęłam z zamrażalnika zakupione na fali promocji mięso baranie w celu przygotowania z niego Får-i-kål - potrawy, o której pisałam już na blogu,. Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę potem włączyłam radio, a tam prowadząca poranny program poinformowała mnie i całą Norwegię przy okazji, że dziś jest 30 września, czyli Fårikåldagen!

Zupełnie przez przypadek, bo skąd mogłam wiedzieć, że 30 września w Norwegii to święto potrawy z kapusty, ja też przygotowałam dzisiaj to danie. Zaplanowałam to dobry tydzień temu. Chciałam w końcu spróbować baraniny, której nigdy nie jadłam. Pomyślałam sobie, że Får-i-kål to dobre danie na początek. Przepis jest prosty, a poza tym - było nie było, to jedno z narodowych dań kraju, do którego wyemigrowałam. Wypadająca na dzień tej potrawy pierwsza degustacja to czysty zbieg okoliczności.

Przepis jest banalnie prosty. Kawałki baraniny i kapusty wrzuca się do garnka zalewa wodą i gotuje ok. 2 godzin. Doprawia solą i pieprzem. Podaje z ugotowanymi ziemniakami.

Potrawa jest smaczna, choć wyglądem może nie powala. Na pewno też będę robiła jeszcze jakieś potrawy z mięsa baraniego, bo jest bardzo dobre. Nie zdążyłam zrobić zdjęć, więc niestety nie zobaczycie jak wygląda :).

W tym całym kapuściano-baranim szaleństwie oczywiście nie zapomniałam o Dniu Chłopaka! Wszystkiego najlepszego chłopaki! Swoją drogą przyznacie, że to trochę dziwne. W Polsce panowie domagają się „prezentu” z racji ich święta, gdy tymczasem na Półwyspie Skandynawskim tego samego dnia obchodzone jest Święto Norweskiego Bigosu;] Ot, co kraj to obyczaj.

niedziela, 26 września 2010

Pogoda i klimat w Norwegii

Nie jest ona może tak popularna jak angielska, ale nie umniejsza to faktu, że zaprzątają sobie nią głowę zarówno mieszkańcy Norwegii, turyści oraz ci, którzy planują się tutaj osiedlić. Norweska pogoda – jaka właściwie jest i co powoduje, że tutejsze komunikaty pogodowe i prognozy w mediach należą do najbardziej rozbudowanych na świecie?

Na początek przypomnijmy sobie lekcje geografii z podstawówki, a dokładniej strefy klimatyczne. W Norwegii obecne są trzy: klimat umiarkowany panuje wzdłuż całego wybrzeża południowego i zachodniego aż po Trømso na północy, obejmuje także obszary wzdłuż fiordów; klimat polarny obejmuje obszar ciągnący się w od granicy ze Szwecją na południu poprzez Oslo i dalej środkiem Płw. Skandynawskiego w kierunku północnym; z kolei górzysta część kraju położona pomiędzy wybrzeżem a pasem lądu sąsiadującym ze Szwecją objęta jest klimatem arktycznym.
Co to wszystko oznacza? W uproszczeniu tyle, że tym którzy mieszkają nad morzem nie doskwierają srogie zimy, muszą się przyzwyczaić do kapryśnego deszczowego lata, ale przynajmniej nie gotują się z gorąca. Z kolei, mieszkańcy stolicy doświadczają 30-stopniowych upałów latem oraz mroźnych zim z dużą ilością śniegu i temperaturami około minus 20. W górach natomiast śnieg leży przez większą część roku (nawet 10 miesięcy lub cały rok) i tam też często notuje się rekordy zimna.


Klimat Norwegii kształtuje ciepły prąd zatokowy Golfsztrom, który przynosi ze sobą ciepłe i wilgotne masy powietrza z Zatoki Meksykańskiej. To dzięki niemu klimat wybrzeża południowej i zachodniej Norwegii jest taki przyjazny, a temperatury wzdłuż całego wybrzeża dużo wyższe niż na podobnych szerokościach geograficznych w innych regionach świata. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie Golfsztrom umożliwił osadnictwo w tej części Europy.
Wzdłuż wybrzeża powstało wiele dużych miast, tam znajdują się największe obszary rolnicze i tam przyjeżdża najwięcej turystów. Im dalej od „strefy wpływów” Golfsztromu, tym klimat gorszy. Najgorzej jest w górach, ponieważ ciepłe masy powietrza wędrując w głąb kraju ochładzają się wysoko w górach przez co temperatury tam są zwykle bardzo niskie i niewielu ludzi tam mieszka.

Z rozkładem stref klimatycznych pozostają w zgodzie średnie roczne temperatury w Norwegii (mapa powyżej). Dla południa kraju i zachodniego wybrzeża to około 8 stopni, a w Oslo i okolicach 5-6 stopni. Im dalej w głąb kraju, tym średnie roczne temperatury są niższe, a wysoko w górach nie przekraczają minus 8 (na podstawie danych pomiarowych z 30 lat).

Pogoda w norweskich miastach
W Oslo w styczniu termometry pokazują średnio ok. – 4,5 stopnia, a w lipcu ok. 16,5. W drugim co do wielkości mieście kraju – niezwykle popularnym wśród turystów Bergen, zwanym także bramą do fiordów, latem jest ok. 14 stopni, za to zimą średnia temperatur w styczniu utrzymuje się na poziomie powyżej jednego stopnia na plusie. Podobnie jest w przypadku błyskawicznie się rozwijającego Stavanger (w styczniu średnio ok. 0,8 stopnia na plusie, w lipcu 14 stopni) oraz piątego co do wielkości miasta Norwegii - Kristiansandu (styczeń - minus 1 stopień, lipiec 15,7). Wszystkie te trzy miasta leżą na wybrzeżu i odczuwają wpływy ciepłego prądu zatokowego. W byłej stolicy kraju, Trondheim, które leży znacznie dalej na północ, średnia temperatur styczniowych wynosi – 3,4 stopnia, w lipcu średnie temperatury nie przekraczają 14 stopni.

Warto jeszcze wspomnieć o opadach. W konkursie na najbardziej deszczowe miasto Norwegii w przedbiegach wygrywa Bergen. Miasto położone jest na siedmiu wzgórzach (prawie jak Rzym;]) przez co chmury długo „wiszą” nad miastem. Dzięki temu Bergen wygrywa z ponad 2250 mm średnią roczną sumą opadów (jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Europie i na świecie). Dla porównania w Oslo średnia suma opadów to ok. 760 mm, w Stavanger 1200 mm, w Kristiansand 1400 mm, a w Trondheim 900 mm.
Co do śniegu, bo przecież z nim kojarzy się większości klimat Norwegii, to dni kiedy utrzymuje się 25 cm (i więcej) pokrywy śniegowej, w przypadku miejscowości położonych nad morzem jest niewiele. W Stavanger i Bergen praktycznie nigdy nie zalega tyle śniegu. Trochę więcej szczęścia będą mieli mieszkańcy Trondheim (ok. 14 dni w ciągu roku na ulicach miasta leży ponad 25 cm białego puchu) i Kristiansandu (gdzie śnieg utrzymuje się do trzech tygodni). Spośród dużych miast, najbardziej biało jest zimą w Oslo – gdzie przez miesiąc utrzymuje się min. 25 cm śniegu.


Na koniec kilka ciekawostek i rekordów. Najwyższą temperaturę w miesiącach zimowych zarejestrowano kilkakrotnie w województwie Møre og Romsdal (środkowa Norwegia). 23. lutego 1990 roku w miejscowości Sunndalsøra zanotowano prawie 19 stopni na plusie! Osiem lat później, 28 stycznia, również w tym samym województwie, a dokładniej w Tafjord koło Molde temperatura wynosiła prawie 18 stopni na plusie!
Z kolei najwyższe temperatury w miesiącach letnich zanotowano w województwie Buskerud (na zachód od Oslo); 20 czerwca 1970 w miejscowości Nesbyen było ponad 35 stopni! Najzimniejszym województwem jest Finnmark, a dokładniej miejscowość Karasjok, która ma na swoim koncie wiele niechlubnych rekordów zimna. Tam zanotowano najniższe temperatury w historii zarówno dla miesiąca stycznia, lutego, marca, kwietnia, jak i listopada i grudnia (oscylujące wokół minus 50!).

* * *
Mieszkańcy Norwegii zwykli mówić, że nie ma czegoś takiego, jak zła pogoda; są tylko źle dobrane do niej ubrania. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jest to absolutna prawda. Zaopatrzona w kurtkę przeciwdeszczową i kalosze nie boję się żadnej pogody. W razie potrzeby po prostu naciągam czapkę na uszy lub zawiązuję szalki pod szyją. Nie można przecież się dać pokonać pogodzie!


Polecamy:
Yr.no – portal instytutu meteorologii ze szczegółowymi prognozami dla każdego miejsca w kraju, aktualizowanymi na bieżąco

piątek, 24 września 2010

Jak było na warsztatach pisarskich?

We wtorek, zaraz po tym, jak ukazał się nasz wywiad na Bankierze zadzwoniła kierowniczka miejscowej biblioteki. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak zwolniło się dla mnie miejsce na praktyki, ale niestety nie. Dzwoniła, aby zaprosić mnie na warsztaty z pisania i czytania dla osób poszukujących pracy. Skoro pofatygowała się tak bardzo, głupio było powiedzieć nie, więc się zgodziłam.

O wspomnianych zajęciach czytałam tydzień wcześniej w gazecie, ale jakoś specjalnie mnie nie zainteresowały. Przez pięć lat na studiach czytałam i pisałam, więc wystarczy mi już tego. No ale słowo się rzekło - znów miałam wejść do tej samej wody. Tak przynajmniej mi się wydawało.

Poszłam. Przywitała mnie uśmiechnięta kobieta; wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to prowadząca kurs. Jest pisarką i ma na koncie w sumie 18 książek dla dorosłych i dzieci. Pomyślałam sobie - wow, 4 miesiące w Norwegii, a już jestem „na ty” z norweską pisarką (tutaj wszyscy ze wszystkimi są na ty; forma grzecznościowa "pan" jest używana tylko w stosunku do bardzo zaawansowanych wiekiem osób).

Na dzień dobry dowiedziałam się, że kurs ma się nijak do szukania pracy, a będzie raczej warsztatami kreatywnego pisania. Tak, tak, dobrze widzicie. Po niespełna roku nauki norweskiego poszłam na warsztaty, na których oprócz tego, że będę musiała pisać w obcym języku, to jeszcze robić to kreatywnie.

Zaczęło się od tego, że musiałam opowiedzieć w trzech zdaniach historię swojego imienia. To było proste. Potem dostaliśmy po jednym suszonym goździku i mieliśmy wymienić wszystkie skojarzenia, jakie nam przynosi na myśl – zapach, kształt, kolor itd. To też było dość łatwe. Potem prowadząca zadawała pytania w stylu „Jakim zwierzęciem/ptakiem/drzewem itd. Jesteś?”. Potem kazała wybrać jedną odpowiedź i wyjaśnić dlaczego akurat tym jesteśmy. Wybrałam lody waniliowe (to była moja odpowiedź na pytanie, jakim deserem jesteś… nie moja wina, że mam ograniczone słownictwo jeśli chodzi o desery). Potem w sześciu słowach miałam napisać coś o sobie – napisałam „Właśnie zaczynam nowe życie w Norwegii”. I się spodobało! Potem były już bardziej kreatywne zadania: opisać strach bez użycia słów typu: strach, przerażony, wystraszony itd., czyli opisać, co się dzieje z człowiekiem, gdy się boi. Też się spodobało. Następnie napisałam swoje pierwsze w życiu haiku. I to po norwesku! Podobno ładne mi wyszło. W kolejnym ćwiczeniu trzeba było opisać uczucia towarzyszące jakiemuś traumatycznemu przeżyciu bez pisania co to za przeżycie. Pisarka mnie znów pochwaliła. Przedostatnie ćwiczenie to praca z tekstem. Najpierw mieliśmy pomyśleć o pierwszym roku w szkole i opisać to krótko, potem do każdego zdania zadać pytanie, następnie napisać ten sam tekst używając maks. 3 słów w zdaniu. Na koniec napisać wszystko w jednym zdaniu. Wszyscy na kursie bili mi brawo jak skończyłam czytać najdłuższe zdanie w języku norweskim jakie kiedykolwiek napisałam. Ostatnie ćwiczenie polegało na tym, że mieliśmy nakreślić tło do jakiegoś zdarzenia, a następnie opisać jak wpłynęło ono na bohaterów. Nie było to jakieś bardzo trudne.

Generalnie ukradłam show pisarce, bo byłam największą atrakcją warsztatów i wszyscy chcieli za mną rozmawiać, opowiadać mi o Polsce (a przynajmniej o tym, co o niej wiedzieli). Chwalili też mój norweski (byli naprawdę wyrozumiali) i opowiadali o sobie. W ten sposób poznałam kobietę, która trzy lata mieszkała na Svalbardzie, była na biegunie północnym, a mimo to nigdy nie widziała niedźwiedzia polarnego! Opowiadała też o innych swoich podróżach i miejscach gdzie mieszkała. Najbardziej polecała Singapur…

Tak więc czas spędziłam naprawdę sympatycznie i chyba muszę poszukać ofert innych kursów w okolicy :).

wtorek, 21 września 2010

Jak mieszka się w Norwegii

"Tam mieszkam: Norwegia" to tytuł wywiadu udzielonego przez nas czołowemu polskiemu portalowi finansowemu - Bankier.pl. O norweskiej architekturze i budownictwie, drewnianych domkach, brzydkich ratuszach i charakterystycznej zabudowie tarasowej przeczytać możecie na stronach Bankiera.

Wywiad polecamy również wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad tym, jak to jest w Norwegii z "własnym M" i pożyczkami w banku. Opowiadamy dlaczego w Norwegii łatwiej jest o kredyt na dom niż na samochód i wyjaśniamy zasady działania kont typu BSU.

niedziela, 19 września 2010

Norweski sezon na owce

Ci, którzy interesowali się kiedyś polowaniami lub - tak jak ja - jako dziecko oglądali „Przygody Misia Yogi” wiedzą, że każdy myśliwy zna na wyrywki kalendarz polowań. W tym czasie, określanym tajemniczo: „sezon na” uzbrojeni w strzelby panowie (i/lub panie), z psem u boku ruszają bladym świtem lub późną nocą, aby upolować biedną zwierzynę. W Norwegii chyba niedługo się zacznie, a może już trwa sezon na łosie. Ale nie o tym chciałam...

Owce. Jak owce wyglądają każdy mniej więcej kojarzy. Jak powszechnie wiadomo owieczki to bardzo pożyteczne zwierzątka – „dają” wełnę, mleko (z którego można zrobić serek owczy) i mięsko. Podróżując po Norwegii spotkaliśmy tysiące owiec, które wiosną wypuszczane są na pastwiska, na których spędzają dość monotonne wakacje w oczekiwaniu na jesień, kiedy to znów wrócą do domu.

W związku z ilością owiec, nie była dla mnie zaskoczeniem, ilość baraniny i jagnięciny w norweskich marketach. Również norweskie książki kucharskie poświęcają sporo miejsca mięsu owiec. Powiedzmy sobie jednak szczerze - do ostatniego tygodnia mięso baranie było w sklepach traktowane na równi z innymi dostępnymi na rynku rodzajami mięsa.

Jednak w zeszłym tygodniu sklepy zaczęły prześcigać się w promowaniu szerokiej oferty mięsa baraniego (włącznie z wędzonymi parówkami z baraniny). Do tego w pobliskim Kvinesdal odbywał się festiwal owiec i jedzenia. Nie wiem jak Wam, ale mi to wygląda na prawdziwy, norweski sezon na owce.

I tak właśnie jest. Norweg średnio w ciągu roku zjada ok. 6 kg baraniny, a wraz z nadejściem jesieni do sklepów trafia mięso owiec. To właśnie wrzesień jest miesiącem popularnej norweskiej potrawy får-i-kål, czyli z norweskiego na nasze owca w kapuście. Danie jest dziecinnie proste – pokrojoną na kawałki kapustę gotuje się razem z pokrojonym na kawałki mięsem owcy. Zalewa się to wodą, dodaje sól i pieprz i gotuje ok. 2 godzin. Do tego podaje się ziemniaczki.
Sklepy oferują przygotowane już mięso na tę potrawę. My również się w nie zaopatrzyliśmy. Danie czeka na przygotowanie, a znając mnie - na pewno pochwalę się jak wyszło. Osobiście strasznie się cieszę na taki urodzaj baraniny w sklepach, bo zawsze chciałam spróbować tego mięsa, a jakość nigdy nie miałam okazji.

Na potwierdzenie ważności owcy w norweskiej kulturze, w weekend zorganizowany został w położonym na południu Kvinesdal festiwal owiec. Hodowcy przywieźli na niego swoje najładniejsze owieczki. Specjalna komisja badała ich wełnę i wybierała hodowlę, w której owce mają najładniejszą i najlepszą wełnę. Na festiwalu można było oczywiście spróbować tradycyjnie norweskich dań z mięsem owczym, było får-i-kål, baranie burgery, pyzy z mięsem baranim, baranie gulasze, kotlety baranie, mięso baranie z grilla… co prawda była też budka z Azjatami sprzedającymi sajgonki, ale i tak namiot z baranina cieszył się większą popularnością.

Spodobała mi się ta sezonowość mięsa z owcy w Norwegii. Do tej pory przyzwyczaiłam się, że sezon, jeśli chodzi o jedzenie, to może być na truskawki, jagody lub grzyby. A tu okazuje się, że również mięso może mieć okres swojej prosperity na norweskim rynku!

czwartek, 16 września 2010

Samochodem po Norwegii - AutoPass, opłaty i mandaty

Wybierając się do Norwegii samochodem warto wziąć pod uwagę nie tylko wydatki na paliwo (najdroższe w Europie), ale również opłaty drogowe. Wiele odcinków dróg, tuneli, mostów oraz wszystkie przeprawy promowe są bowiem płatne. System opłat dla zagranicznego turysty może wydawać się czeskim filmem, ponieważ w przeciwieństwie do innych krajów naszego kontynentu, Norwegia nie ma tradycyjnych winietek przyklejanych na szybę i obowiązujących przez określony czas. Tu wiele dróg ma różnych właścicieli, bramki na drogach należą do różnych firm, a promy obsługuje wielu armatorów. Ponadto większość punktów opłaty jest w pełni zautomatyzowana, bezzałogowa (nie spotkamy na nich kasjera i szlabanów). Jak zatem poradzić sobie w norweskiej rzeczywistości drogowej i po wakacjach nie dostać mandatu do domu?

Zacznijmy od tego, że w Norwegii nie dostaje się mandatów za brak winietek czy innego dowodu uiszczonej opłaty drogowej, bo drogi z definicji są bezpłatne. Płaci się jedynie za przejazd ich odcinkami (opłata za przejazd ma zwrócić koszt budowy nowej drogi, tunelu czy mostu i po kilkunastu latach zostaje zwykle zniesiona). Płatny jest również wjazd do wszystkich dużych miast - a więc Oslo, Bergen, Trondheim, Stavanger i Kristiansand. Ta opłata ma zniechęcić kierowców do używania aut w mieście i promować korzystanie z transportu publicznego.

Są różne rodzaje punktów opłaty drogowej.
Na nielicznych ciągle zapłacić można gotówką lub kartą płatniczą u kasjera (w tym celu na bramce wjechać należy na pas oznaczony "manual" i zatrzymać się przy okienku). Niektóre punkty oferują możliwość zapłaty kartą płatniczą lub monetami w automacie (w tym celu wjeżdżamy na pas oznaczony "mynt / coin" albo "kort / card"). Prawie na wszystkich bramkach jest natomiast wydzielony pas dla użytkowników systemu "Auto Pass" (wyjątkiem są drogi zupełnie prywatne (nie będące w zarządzie państwa i Statens Vegvesen - urzędu ds. dróg), gdzie płaci się gotówką lub kartą w automacie bądź u kasjera).

Większość bramek w kraju jest zupełnie bezzałogowych i opierają się na systemie Auto Pass. W tych miejscach ważne jest, aby w ogóle się nie zatrzymywać (właśnie do tego nawołują umieszczone przy nich tablice - po norwesku "Ikke stopp" i angielsku "Do not stop"); należy po prostu jechać dalej. Bramki automatycznie fotografują pojazdy, a numer rejestracyjny wozu trafia do bazy danych. Po przejechaniu automatycznego punktu opłaty należy wypatrywać znaku drogowego z napisem "Kr - service" - który wskazuje lokalizację miejsca, gdzie możemy uiścić należność za właśnie wykonany przejazd. Takie miejsca to najczęściej najbliższa stacja benzynowa za automatyczną bramką drogową. Tam możemy wypełnić krótki druk, podając swój numer rejestracyjny i zapłacić za dokonany przejazd. Na dłuższą metę jest to jednak uciążliwe i pociąga za sobą niepotrzebnie stratę znacznej ilości czasu.
Lepszym wyjściem z sytuacji jest rozwiązanie działające jak "pre-paid" w sieciach komórkowych. Na stronie internetowej systemu Auto Pass (dostępnej w różnych językach) - http://www.autopass.no/ - można założyć sobie konto i zarejestrować dane samochodu, którym zamierzamy wyjechać do Norwegii (kliknij "Visitors' Payment" w lewej kolumnie strony). Następnie (również przez sieć) "ładuje się" konto kwotą 300 koron norweskich (płatne kartą kredytową lub płatniczą, jeśli bank zezwala na takie płatności). Od tej pory możemy swobodnie przekraczać każdą bramkę drogową korzystając z pasa jezdni oznaczonego "Auto Pass". Kamery sfotografują nasze tablice rej. i przekażą do systemu komputerowego, a ten odszuka w bazie założone przez nas konto i odejmie od wpłaconych 300 koron kwotę odpowiadającą cenie przejazdu. Unikamy stresu, szukania stacji paliw i każdorazowego wypełniania druków po przekroczeniu bramki! A jeśli w ciągu trzech miesięcy nie wykorzystaliśmy całości z wpłaconych 300 koron, dostaniemy zwrot środków na swoje konto bankowe.

Zaletą systemu Auto Pass jest również to, że internetowe konto założyć możemy do dwóch tygodni po przejechaniu pierwszej bramki bez uiszczenia opłaty. Czyli - lepiej późno niż wcale :). System komputerowy zapamiętuje nasze wszystkie przejazdy i jeśli w ciągu 14 dni od pierwszego z nich zarejestrujemy auto i wpłacimy 300 koron - nie otrzymamy mandatu.
Gdy natomiast przekraczamy bramki, nie płacąc za to ani na stacjach paliw ani przez internet, norweskie władze przekazują sprawę międzynarodowej firmie windykacyjnej (z siedzibą w Londynie), a ta odszukuje właściciela pojazdu w jego kraju i egzekwuje należności powiększone o kwotę karną.

Norwegowie i osoby mieszkające tutaj na dłużej oczywiście korzystają z innego sposobu płatności za AutoPass, jeszcze wygodniejszego i tańszego (rabaty, abonamenty), ale o tym będzie w innym artykule!

Opłaty za promy
Było już sporo o drogach; teraz czas na wyjaśnienie kwestii promów. Przeprawy promowe istnieją ciągle w wielu miejscach kraju, głównie na zachodnim wybrzeżu Norwegii, gdzie fiordy wrzynają się głęboko w ląd (najdłuższy z nich na ponad 200 km) i przecinają wiele szlaków komunikacyjnych. Promy są też często jedynym sposobem, aby dostać się na liczne wyspy wzdłuż norweskiego wybrzeża.
Wysokość opłaty za przeprawę zależy od odległości pokonywanej przez prom oraz rodzaju pojazdu. W każdej taryfie najwięcej płaci się za samochód z kierowcą, a znacznie mniej za każdego pasażera. Płatności dokonujemy zwykle nie wysiadając z samochodu - bądź jeszcze na nabrzeżu czekając w kolejce aut, bądź już na promie. Używać możemy gotówki lub kart płatniczych, ale nie obowiązuje tu system AutoPass (z wyjątkiem jednej linii w południowym Trondelag)!

Wysokość opłat
Przejazd płatnym odcinkiem drogi to zwykle 20-30 koron norweskich od samochodu do 3,5 tony (choć zdarza się, że opłata ta wynosi nawet ok.170 koron - na prywatnej drodze krajowej nr 5). Promy są kilkakrotnie droższe (samochód z 4 osobami w środku to średnio koszt 200 koron).

Zobacz także: 
Jak najlepiej dojechać autem do Norwegii 
Mandaty w Norwegii, czyli czemu nie opłaca się spieszyć
Mapa z płatnymi odcinkami dróg - Autopass.no

sobota, 11 września 2010

Kuchnia norweska, czyli właściwie co???



Postaram się, aby było krótko i zwięźle, ale patrząc na ilość postów tutaj na temat jedzenia i gotowania, dochodzę do wniosku, że może być to dla mnie trudne zadanie ;] Jeszcze zanim przenieśliśmy się do Norwegii zostałam zaopatrzona w książkę poświęconą kuchni skandynawskiej, a w niecały miesiąc po przeprowadzce miałam na swojej półce wielki atlas „Norweskie dania narodowe”. W książce zastosowano podział geograficzny, tzn. podzielono ją na rozdziały według regionów Norwegii, a następnie według województw. Potrawy w ramach województw podzielone są na dania, desery i specjalności, czyli kilka przepisów na szczególnie charakterystyczne smakołyki dla danej okolicy. Taki układ książki pozwala szybko, bez specjalnego zagłębiania się w treść, odkryć charakterystyczne smaki regionu, dominujące rodzaje mięs, ryb, owoców, a także przede wszystkim sztandarowe dania.

Na początek ogólnie. Kuchnia norweska jest prosta. Kiedy mówię prosta mam na myśli NAPRAWDĘ prosta. Podstawowe przyprawy – pieprz i sól, rzadko kiedy zdarza się aby w norweskich książkach kulinarnych dania przyprawiano w bardziej wymyślny sposób. Nie oznacza to oczywiście, że innych przypraw w norweskich sklepach się nie uświadczy (czego, szczerze mówiąc, bardzo się bałam). Sklepy oferują szeroką gamę przypraw z całego świata (uff :]). Podstawowy składnik obiadów – ziemniak. Łatwy w uprawie, pożywny, zdrowy (upieczony w mundurkach, z odrobiną soli i nie polany tłuszczem). Ziemniaki królują na norweskim stole. Co do ziemniaków? Mięso lub ryba. W zależności od regionu je się określone ryby. Na południu popularne są makrele. Wszędzie popularny jest dorsz, a także łosoś. Na północy je się śledzie (przeokrutnie słone norweskie śledzie; raz się na nie skusiliśmy z Bobem i postanowiliśmy - nigdy więcej - żadne moczenie nie jest w stanie wypłukać tej soli). W sklepowych zamrażalnikach można kupić mintaja, pangę, seję, solę, halibuta, a także pstrąga. Oprócz ryb je się oczywiście mięso. Preferowany jest kurczak, poza tym indyk, baranina, wołowina oraz wieprzowina. Oprócz tego jada się też takie "egzotyczne" mięsa jak stek z renifera lub łosia (jeszcze nie jadłam). Swoistym fenomenem norweskim są parówki. Jest ich kilka rodzajów i według mnie służą Norwegom do uzupełniania zapotrzebowania na mięso (zawierają go przynajmniej 50%). Parówki je się ze wszystkim (naleśnikami, chlebem, ziemniakami), pod każdą postacią (grillowanie, pieczone, gotowane) i o każdej porze dnia (śniadanie, lunch, obiad, kolacja, gastrofaza…). Do ziemniaków i mięsa/ryby Norwegowie dodają sos - najpopularniejszy jest ciemny, brązowy sos pieczeniowy. Dodatkiem do ziemniaków jest też obowiązkowy koperek. Z deserów Norwegowie uwielbiają lody, gofry, ciasta, przeważnie z kremem lub bitą śmietaną i owocami.

W zasadzie każdy region Norwegii ma swoją charakterystyczną fiskesuppe (zupę rybną). Ryby, jak już wspomniałam, stanowią podstawę diety Norwega. Miastu Stavanger zawdzięczamy zapuszkowanie ryb - to właśnie tam powstały pierwsze konserwy. Oprócz konserwowych ryb, spotkać można suszone. Niezwykle luksusowe i drogie. Poznasz je po… zapachu. Według mnie śmierdzą niemiłosiernie. Główną rybą suszoną jest dorsz, a głównym regionem „produkującym” je jest północ Norwegii (Lofoty). Na specjalnych drewnianych stelażach suszą się na słońcu i wietrze wypatroszone ryby… Nie polecam stać pod wiatr w ich pobliżu;]. Północ Norwegii zajada się ze smakiem mięsem renifera (stada tych zwierząt zamieszkują właśnie północną część kraju) i malinami moroszkami. Te ostatnie to prawdziwy skarb norweski. Dostępne są w zasadzie tylko w Skandynawii, a najwięcej spotkać ich można na północy.

Nieco na południe, w okolicach Trondheim popularniejsze stają się gulasze mięsno-warzywne. W terminologii kulinarnej nazwałoby się je daniami jednogarnkowymi. Ich podstawę stanowi mięso renifera, który również tutaj jest popularnym zwierzęciem. Charakterystyczne dla tego obszaru są także zupy. Ich podstawą zwykle jest wywar rybny, ale mieszkańcy Trondheim mają także swój autorski przepis na kojarzoną z Francją zupę cebulową. W tym regionie swój początek wzięły popularne w Norwegii vafler (czyli gofry), a także inne bardziej lub mniej chrupkie placki jak lamper (przypominające amerykańskie pancakes) lub lefes (podobne do koszernego chlebka maca).

Zachodni region obejmuje obszar najatrakcyjniejszy turystycznie w Norwegii, a mianowicie Kraj Fiordów. Wśród dań charakterystycznych dla tego regionu znajdują się np… pierogi z nadzieniem z kurek. W przeciwieństwie jednak do polskich pierogów, norweskie pieczone są w piekarniku. Inną charakterystyczna potrawą dla tego regionu jest Bacalao. Bacalao to po hiszpańsku dorsz i właśnie ta ryba stanowi podstawę tego jednogarnkowe dania. W tej części Norwegii zdecydowanie bardziej popularne od mięsa są ryby. Gotuje się je, piecze, smaży i dusi, a następnie podaje z chlebem lub ziemniakami. Tutaj też znajdziemy oryginalny przepis na popularne w całej Skandynawii bułeczki cynamonowe w kształcie ślimaczków.

Południe Norwegii zdominowały owoce morza, kraby, krewetki, małże, a także ryby. Tradycyjną rybą tego regionu są makrele, faszerowane kraby. Jednak Sørlandet (Kraj Południowy) nie tylko rybami stoi. Chętnie przyrządzanym tutaj mięsem jest łoś. Im dalej na Wschód w kierunku Oslo tym popularniejsze stają się potrawy z kurczaka, baraniny. Nie oznacza to wcale, że tradycyjne ryby znikają ze stołów! Nic z tych rzeczy, popularną w tym regionie rybą jest łosoś. Podawany jest pod każdą postacią – wędzony, pieczony, na ciepło i na zimno.

Do tradycyjnie norweskich dań należy np. får-i-kål, czyli mięso owcze gotowane z kawałkami kapusty doprawione solą i pieprzem, podawane z ziemniakami; pieczony w maśle pstrąg, omlet z szynką, kisiele owocowe, chleby, krem truskawkowy, a także sery brązowe.
Ciasta - w przeciwieństwie do dań głównych - są bardzo aromatyczne, do większości dodaje się cynamon, kardamon, esencję waniliową, goździki, imbir, gałkę muszkatołową. Święta Bożego Narodzenia nie odbędą się bez Kransekake - okrągłe ciastka ułożone w piramidkę o smaku marcepanowym, które do Norwegii importuje się m.in. z Wrocławia :).

Niestety tradycyjna kuchnia norweska powoli odchodzi w zapomnienie. Półki w marketach uginają się od gotowych półproduktów, z których można wyczarować danie w pół godziny. Są one sprzedawane w postaci "kit" zestawów - np. do makaronu na lasagne dołączone są dwa słoiczki sosu (jeden pomidorowy z mięsem, drugi jasny - beszamel), albo do paczki tacos dołączona jest saszetka z sosem i mieszanka przypraw. Podsumowując w każdym markecie jest specjalna półka "chińska", "meksykańska" i "włoska" z gotowymi produktami. Aha, i nie zapominajmy o najważniejszym - mrożona pizza Gradiosa - hit nr 1. Kiedy zimą odcięło od świata pewne miasteczko, pierwszym produktem którego zaczęło brakować w sklepach nie był chleb, ale właśnie mrożona Gradiosa:). I to właśnie Grandiosę wymieni część Norwegów w odpowiedzi na pytanie o najbardziej norweskie danie.

poniedziałek, 6 września 2010

Dyreparken czyli norweskie „zoo”


Dyreparken to po norwesku park ze zwierzętami. Ten, który my odwiedziliśmy, mieści się w Kristiansandzie. Niech Was jednak nie zwiedzie to mocno sugerujące główną atrakcję słowo „zwierzęta”. Jeśli jesteście fanami słoni, niedźwiadków, pum lub fok, nie zajdziecie ich w tej największej atrakcji turystycznej południa Norwegii. Zoo w Kristiansandzie to tylko z pozoru park ze zwierzętami; znacznie większy nacisk kładzie się tam na bardzo szeroko pojętą rozrywkę.

Do zoo wybraliśmy się przez przypadek. Bob dostał informacje od firmy dostarczającej nam Internet i prąd, że oto dnia 5 września wszyscy klienci firmy będą mogli za darmo wejść na teren Dyreparken i korzystać ze wszystkich atrakcji. Stwierdziliśmy, że jak będzie ładna pogoda, można się wybrać. Pogoda oczywiście była super, więc my z plecakiem jedzenia wyruszyliśmy w niedzielę rano na podbój norweskiego zoo.

Po drodze słuchaliśmy pewnej norweskiej bajki pt. „Kardemmome By”, napisanej i skomponowanej przez Thornbjørna Egnera, który jest tym dla norweskich dzieci, czym Jan Brzechwa i Julian Tuwim dla polskich. Jest to niespełna godzinne słuchowisko przedstawiające mieszkańców pewnego miasteczka – Kardamonowego Miasteczka – w którym wszyscy muszą być grzeczni i mili dla siebie. Płytę z bajką dostałam jeszcze w Polsce na kursie norweskiego. Słuchaliśmy jej jadąc do zoo, ponieważ w Dyreparken odtworzone zostało Kardemmome By i stanowiło ono jedną z jego atrakcji. Bob nie znał Kardemomme By, więc jadąc do Kristiansandu musiał przejść godzinny proces wtajemniczenia :]

Przed samym zoo, a w zasadzie przy zjeździe z autostrady na parking przywitał nas korek - w sumie żadna niespodzianka, bo w tamtym miejscu droga blokuje się prawie każdego dnia. Kilkunastu pracowników z Dyreparku zajmowało się upychaniem aut na parkingu. Trzeba przyznać, że wykonywali swoją pracę niezwykle sprawnie. Zostało nam jeszcze przedostać się specjalnym podziemnym przejściem na drugą stronę autostrady, minąć hotel w kształcie łodzi o wdzięcznej nazwie „Arka Noego” i oto zoo stało przed nami otworem.

Zaopatrzeni w mapki terenu ruszyliśmy! Najpierw widzieliśmy port piracki, niestety tylko z zewnątrz, bo całość była zamknięta z powodu kręcenia tam filmu (niestety, nie kolejnej części Piratów z Karaibów z moim ulubionym Johnnym Deppem). Potem był wielki plac z różnego rodzaju strzelnicami. Nagrodami były wielkie maskotki. Potem była cała baza gastronomiczna, rejsy statkami, sporo zieleni... i żadnych zwierząt!  "Zaledwie" godzinę po wejściu na teren zoo dotarliśmy do Kardemmome by i tam właśnie zobaczyliśmy pierwsze zwierzaczki – papugi. W Miasteczku Kardamonowym było super. Domki wyglądały tak jak w książeczce Egnera, jeździł tramwaj, była wieża, domek trójki Złodziejaszków i była piekarenka, z której wydobywał się piękny zapach cynamonu i świeżego pieczywa, wyczuwalny w całym Kardemomme By. Kawę i cynamonowe bułeczki podawano na specjalnej „zastawie” z postaciami i tekstami piosenek z bajki.

Obok Kardemomme By znajdował się wybieg dla wielbłądów. Stamtąd udaliśmy się na część nazwaną „Park Dzikich Zwierząt”, zamieszkaną przez watahę wilków, łosie, lisy polarne (moi absolutni ulubieńcy), rosomaki i coś co przypominało rysia (ale nie z tego "Klanu";]). Potem dotarliśmy na Wzgórze Krów, gdzie dzieciaki mogły do woli głaskać i karmić owieczki, krowy, kucyki, kozy i króliki. Wszystko pomalowane było na jasne kolory i stylizowane na wiejskie gospodarstwo. Podobnie jak w całym zoo, również w krowim miasteczku mnóstwo było miejsc, gdzie można było usiąść i zjeść lunch; był też obowiązkowy sklepik.

Kolejną godzinę spędziliśmy w kolejce do jednej z atrakcji zoo – toru wodnego z łódkami w kształcie kłód, które spadają z wysokości 13 metrów. Zabawa była świetna, szkoda tylko, że tak krótko trwała.

W stylizowanej na afrykańskie safari osadzie można było pogłaskać małe koziczki, zjeść coś w kawiarence oraz przede wszystkim kupić pamiątki, wszystkie sygnowane logo „Dyreparken”. W części "sawanna" na jednym wybiegu chodziły zebry, strusie, antylopy i żyrafy. Osobno przebywały lwy i moje ulubione surykatki (Timon z "Króla Lwa"). Kawałek dalej odwiedziliśmy tygrysa syberyjskiego (fajny kotek), małpy i jakieś obślizgłe gady i płazy. Widzieliśmy zdołowane lemury i huśtające się na linach orangutany.

Na koniec wróciliśmy jeszcze raz do Kardemmome By i tam w pełnym, popołudniowym słońcu zjedliśmy bułeczkę cynamonową i lody (będąc w Kardamonowym Miasteczku po prostu nie można nie zjeść świeżej, jeszcze gorącej bułeczki z cynamonem!).

* * *

Dyrepark może w 1/3 jest prawdziwym ogrodem zoologicznym. Pozostałe 2/3 to po prostu park rozrywki. W słoneczną niedzielę kolejek nie było w zasadzie tylko do zwierząt i toalet. W każdym innym miejscu, czy to do wyciągu bobslejowego, czy budki z lodami, czy też sklepiku z pamiątkami, należało odstać swoje. Miejsce stworzone jest z myślą o dzieciakach - w piaskownicach stoją koparki, którymi mały operator może kopać dołki, obracać się i przesuwać, po alejkach jeżdżą samochodziki napędzane akumulatorami, którymi można wjechać na prom i przepłynąć na drugi brzeg jeziorka (do zainscenizowanej tam "Danii"). Oprócz tego jest mnóstwo placów zabaw, zjeżdżalni, karuzel. Gdybym była dzieciakiem, pewnie nie chciałabym wychodzić z takiego miejsca.

Bardzo cieszyłam się na naszą wycieczkę do zoo, właśnie dlatego, że mogłam poznać specyfikę skandynawskiego parku zoologicznego. Połączenie części rozrywkowej z zoo i aquaparkiem (tak! Dyreparken posiada też własny aquapark) to naprawdę fantastyczne rozwiązanie, niestety ciągle nie spotykane w Polsce.

Jednocześnie po wycieczce stwierdziliśmy, że na miesiąc mamy dość wszelkich dzieci. Za dużo ich było jak na te kilka niedzielnych godzin, które spędziliśmy w zoo ;]

Galerię z zoo możecie zobaczyć TUTAJ

sobota, 4 września 2010

Alkohol w Norwegii - co musisz wiedzieć zanim tu przyjedziesz?

Norwegia, choć rok w rok prowadzi albo plasuje się w czołówkach wszelkich rankingów państw najlepszych do życia, z pewnością nie przypadnie do gustu tym, którzy do szczęścia potrzebują alkoholu. Nie dlatego, że tutejszy naród stroni od procentów (przeciwnie - Skandynawowie za kołnierz nie wylewają). Bardziej dlatego, że państwo od lat prowadzi ostrą politykę antyalkoholową, której skala znacznie przekracza działania innych państw Północy.

Alkohol w Norwegii - poprzez dyktaturę cenową państwa i podatki - znalazł się wśród produktów luksusowych, na równi z nieruchomościami, samochodami, biżuterią czy papierosami. Detaliczny rynek alkoholowy w Norwegii ogranicza się do 1 (słownie: jednej) spółki, której właścicielem jest rząd i która ma wyłączną koncesję na sprzedaż wyrobów zawierających pow. 4,75 % alkoholu (sic! nawet Żywiec czy Lech są mocniejsze!). Taka struktura rynkowa w ekonomi nazywa się monopolem i do tej nazwy nawiązuje też nazwa państwowych butików - Vinmonopolet.

Vinmonopolet założony został już w 1922 roku (jako prywatna spółka akcyjna, ale pod kontrolą państwa). Dziś posiada 252 sklepy w całym, większym powierzchniowo niż Polska, kraju (wyobraźcie sobie, jakby w całej Polsce istniały 252 monopolowe!). Ideą państwowego monopolu nie jest wcale nabijanie budżetu łatwo zarobionymi pieniędzmi z wódki (od tego jest ropa i gaz). Przeciwnie - Vinmonopolet ma dążyć do mniejszego spożycia alkoholu, wzrostu kultury picia, ograniczenia dostępu do procentów i wręcz uniemożliwienia picia młodym. Swoją podniosłą misję sklepy wypełniają nie tylko żałosną dostępnością (jeden przypada na 1,7 gminy), ale też cenami (przeciętne wino - 50-70 złotych za butelkę; 40-proc. trunki, zwłaszcza inne niż wódka, dużo droższe) i godzinami otwarcia (żadnych sklepów całodobowych lub czynnych w niedzielę; otwarte do godz. 16-18 w dni robocze i 14-15 w soboty). Dodać wypada jeszcze, że Vinmonopolet stosuje kontrolę wieku wszystkich osób, które paniom na kasie wydadzą się młodsze niż 25 lat (powszechne jest legitymowanie przy zakupie). Alkoholu wcale nie mogą nabyć osoby młodsze niż 18 lat, a trunków mocniejszych niż zabójcze(!) 22 proc. - nie nabędą osoby poniżej dwudziestki.

Misja społeczna Vinmonopolet to jednak nie tylko utrudnianie. Firma i jej państwowy właściciel prowadzą częste kampanie w mediach (ostatnia apelowała o to, żeby nie kupować alkoholu nieletnim i zgłaszać policji jeśli się wie, że sąsiad kupuje swoim dziciom :D). Wreszcie - pracownicy Vinmonopolet to prawdziwi eksperci w swojej dziedzinie. Są przecież od tego, żeby spożycie było "świadome"; doradzą zatem które wino nada się do deseru, które do ryby; wytłumaczą różnicę między whisky szkocką i irlandzką... W swojej pracy stąpają po naprawdę cienkim lodzie, bo opowiadając o alkoholu nie mają prawa jednocześnie zachęcać do jego zakupu i spożycia. Cóż - jest jak jest...

Monopol sklepów spod znaku "V" nie obejmuje na szczęście piwka. Marne to jednak pocieszenie, bo supermarkety - choć mają w ofercie szeroki asortyment browarka - sprzedają go tylko do godz. 20 w dni robocze i do 18 w soboty!!! Łatwo więc zauważyć, że w godzinach, kiedy normalny człowiek pije najwięcej, w Norwegii alkoholu nie da się już kupić. Wracając do piwa, wypada wspomnieć jeszcze o jego cenach - zaczynają się od 9 zł za pół litra najtańszego sikacza (3 - 3,5 volt). Za lepsze w smaku (choć równie mocarne) trzeba już zapłacić więcej. Preferowane są oczywiście opakowania mniejsze (często 3 butelki 0,33 wychodzą taniej niż dwie 0,5-litrowe).

Skoro na trunki monopol ma państwo, a piwa po 20/18 kupić nie można, to jak funkcjonują knajpy? Jakoś funkcjonują - bo są wyjęte spod przepisów dot. sprzedaży detalicznej. Podlegają jednak innej ustawie, nie mniej dziwnej dla nas Polaków od poprzednio omówionych. Mianowicie - każda gmina ma obowiązek ustalenia godziny, do której dozwolone jest serwowanie alkoholu w lokalach! I tak w zależności od części kraju, barman może odmówić podania piwka po 23, o 1 w nocy w dzielnicach mieszkalnych albo o 3 - w centrum Oslo. A właśnie... ile kosztuje kufel (czy może kufelek?) w kraju fiordów? Już od 27-30 złotych za 0,4 litra :)

* * *

Uzbrojeni w powyższe informacje, już pewnie podjęliście decyzję: Jeśli do Norwegii, to tylko z własnym, dobrym i tanim polskim alkoholem! I to w dużej ilości, żeby nikt smutny nie chodził! Nic z tego :/ Przepisy celne pozwalają wwieźć do kraju:
1 litr trunków mocnych (ale max 60%; za ujawnienie mocniejszych idziesz siedzieć);
1,5 litra wina (max. 22%)
i... 2 litry piwka (max 4,7%; mocniejsze traktowane jest już jak wino :D)

Alkohole przewozić można legalnie również w innych kombinacjach, zgodnie z zasadą, że 1 litr trunku mocnego odpowiada 1,5 l wina, a litr wina i litr piwa są równoważne. Czyli np można przywieźć:
a) 1 l wódki + 1,5 l wina + 2 l piwa lub
b) 3 l wina + 2 l piwa lub
c) 5 l piwa
d) 1 l wódki + 3,5 l piwa.

UWAGA! Od 1 lipca 2014 osoby, które nie wwożą do Norwegii wyrobów tytoniowych, mogą przewieźć więcej alkoholu. O nowych zasadach przeczytaj tutaj.

Przekraczanie tych limitów i łamanie przepisów celnych raczej się nie opłaca. Szczególnie podróżując samochodem na polskich tablicach rejestracyjnych można być prawie pewnym kontroli celnej - czy to na granicy lądowej, czy po zjeździe z promu, czy też po prostu gdzieś na drodze. Celników czy policji wiele nie obchodzi, ale o alkohol i papierosy pytają zawsze :). W mediach prawie dzień w dzień przeczytać można o kolejnych alkoholowych arsenałach ujawnianych przy okazji kontroli celnej Polaków.

Sytuacja wydaje się zatem beznadziejna... Na pocieszenie dodam tylko, że taka polityka alkoholowa w dużym stopniu dotyka też samych Norwegów. Dla nich również alkohol w kraju jest bardzo drogi, wyjście do knajpy 2 razy w tygodniu - zbyt dużym wydatkiem, a cała sytuacja ciężka do zaakceptowania. Nauczyli się jednak wykorzystywać inne możliwości - domowe winko, pędzony w garażu bimber czy częste wyjazdy za granicę. Tak tak - kiedy mieszkasz w Norwegii, cały świat jest w Twoim zasięgu, bo przecież wszędzie jest tak tanio! Interes kwitnie przede wszystkim na promach do Danii, które kosztują grosze i oferują tani (w norweskim mniemaniu) duński alkohol. A przecież to, co wlejesz w siebie na promie, nie podlega ocleniu!