Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

wtorek, 31 sierpnia 2010

Egzaminy z norweskiego. Warto zdawać?

Dzisiaj rano wracając ze sklepu widziałam, jak robotnicy demontowali nadbrzeżne keje, które w letnie miesiące zapełniały się łódkami pełnymi turystów. W porcie pozostała już tylko jedna łódź, a cały parking pod szkołą zastawiony jest skuterkami… Tak, tak - wakacje się skończyły. Czas do szkoły!

Dotyczy to także mnie. Od jakiegoś czasu, a od ostatniego tygodnia intensywnie, przygotowuję się (a w zasadzie przygotowujemy, bo Bob też) na egzamin mający potwierdzić moją znajomość języka norweskiego. Jest on ważny nie tylko dla samej siebie, ale też wymagany w procesie przyznawania prawa stałego pobytu czy obywatelstwa (egzamin lub zaświadczenie z odbycia odpowiedniej ilości zajęć z j. norweskiego i wiedzy o społeczeństwie). Poza tym państwowe zaświadczenie o władaniu językiem zawsze może się przydać, nawet jako załącznik do aplikacji o pracę.

Istnieje wiele typów państwowych egzaminów z j. norweskiego, z których najpopularniejsze to: „Norskprøve 2” (odpowiadający poziomowi A2 znajomości języka), „Norskprøve 3” (poziom B1) i tzw. Bergentest (Test i norsk – høyere nivå). Egzamin można zdawać w wielu miejscach w Norwegii – placówkach Folkeuniversitet. Egzaminy, do których my z Bobem będziemy podchodzić (Norskprøve 2 i 3) podzielone są na dwie części: skriftlig (pisemna) i muntlig (ustna). Pierwsza sprawdza rozumienie tekstu pisanego (leseprøve) – scenki i dialogi, a następnie pytania i odpowiedzi, słyszanego (lytteprøve) – analogicznie, ale ze słuchu; trzeba też napisać tekst na wybrany temat (zwykle podanie, list, skarga itp). Część ustna to wypowiedź na wybrany temat, a także rozmowa na zadany temat z drugą osobą zdającą egzamin.

W przypadku egzaminu na niższym poziomie, dialogi w części pisemnej są łatwiejsze, tekst do napisania krótszy, a rozmowy w parach odbywają się na tematy codzienne. W przypadku Norskprøve 3 w części pisemnej zdarzają się oryginalne fragmenty książek i gazet, a w części ustnej wymaga się wypowiedzenia się na tematy bieżące.

Egzaminy odbywają się trzy razy do roku: w lutym, czerwcu i listopadzie. Koszt jednej części to 450 koron norweskich. My podchodzimy od razu do obu części – ustnej i pisemnej.

Generalnie ja powoli zaczynam się stresować (trzymanie kciuków nie zaszkodzi). Mój egzamin odbędzie się 1. listopada, Boba - dzień później, więc wspomnijcie nas w tych dniach ;]

Wyniki powinny przyjść w okolicach Świąt Bożego Narodzenia (5-6 tygodni po egzaminach), więc mam nadzieję, iż Święta będą udane :)!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Państwo transparentne czy policyjne?

Uwielbiam dostawać listy! Pocztówki też. Z miłą chęcią dzielę się norweskim adresem, aby jak najwięcej osób pisało do mnie nie tylko elektronicznie, ale i na papierze. Tak więc napisała Aja; to znaczy dała mi znać, że napisała i wysłała list. Więc czekam. Trzy dni, pięć, tydzień, 10 dni. Nie ma. Myślę sobie, że pewnie zginął. Kiedy straciłam już nadzieję na słowo pisane od przyjaciółki, oto pojawił się list. Okazało się, że szedł tak długo, bo przez nieuwagę zapomniałam podać Aji swojego kodu pocztowego i nazwy miejscowości :D. Normalnie taki list wróciłby do nadawcy. Ale nie w Norwegii! Tutaj socjalistyczne, policyjne państwo i szereg instytucji wiedzą o Tobie wszystko. Poczta zatem sprawdziła sobie, gdzie taka Eve (tak! na kopercie zamiast imienia było napisane "Eve"!) mieszka, dopisali długopisem na kopercie prawidłowe imię, kod i miasto i... list koniec końców dotarł.

Dzisiaj z kolei otrzymaliśmy książkę telefoniczną. Każdy mieszkaniec regionu jest w niej wymieniony z imienia i nazwiska, oprócz tego jest jego dokładny adres i oczywiście numer telefonu. Pamiętam, jak byłam dzieckiem też mieliśmy taką książkę telefoniczną, często też można było z nich skorzystać na poczcie czy przy automacie telefonicznym. Ale to stare czasy w Polsce. Dziś coraz trudniej w Polsce o znalezienie numeru do kogoś w książce telefonicznej. Dziś każdy chce być anonimowy, jego dane mają być tajne i wszechstronnie chronione. To nic, że równolegle do ochrony swoich danych przed książką telefoniczną, Polak zamieści w internecie swoje imię, nazwisko, zdjęcia swoje, rodziny i dzieci, wszystkie informacje o swoim wykształceniu, doświadczeniu zawodowym, miejscu pracy. To jest przecież ok. Przecież wszyscy tak robią, no nie?

Mentalność Skandynawów jest inna. Dane osobowe chronione są w ograniczonym zakresie. Przykładowo nikt nie ma prawa wiedzieć, że jesteś nosicielem HIV, masz raka albo leczysz się z uzależnienia od heroiny. Ale już każdy może sprawdzić jaki biznes prowadzisz, jak ci się w nim wiedzie i ile wynosi twój majątek. Odpowiednie organy mają oczywiście dostęp do znacznie szerszej wiedzy...

Policja i Statens Vegvesen (urząd ds. dróg i pojazdów) za pomocą kamer na drogach obserwują gdzie się przemieszczasz; wiedzą również na bieżąco, przez które bramki na drodze kiedy przejechałeś (a bramek jest od zaje...). W aucie masz chipa, który drogą radiową łączy się z punktami kontroli przy drogach. NAV (urząd pracy i dobrobytu) na bieżąco zna wszystkie twoje wydatki na lekarza, psychologa czy leki. Skatteetaten (urząd podatkowy) z kolei ma dostęp do wszystkich twoich kont bankowych i co więcej, to banki i instytucje finansowe mają obowiązek raportowania skarbówce raz do roku o stanie twoich kont, zadłużeniu, odsetkach itd. Ty sam jako obywatel masz ponadto obowiązek raportowania państwu wszystkich swoich zmian miejsc zamieszkania (robisz to przez internet) i naiwnym jest myślenie, że nic się nie stanie, jak tego nie zrobisz. Stanie się... otóż przykładowo adresu w banku nie możesz sobie zmienić na dowolny, bo bank zawsze wysyła wszystko (dokumenty, kartę płatniczą itd) na adres zarejestrowany w państwowym rejestrze ludności. To samo dotyczy wszelkiej korespondencji od urzędów publicznych (np rocznego rozliczenie podatkowego od skarbówki).

Przed przyjazdem do Norwegii Bob dysponując tylko łączem internetowym i nazwiskami, był w stanie dokładnie powiedzieć ile zarabia jego szef i jakim majątkiem dysponuje. W ten sam sposób zapoznaliśmy się z życiem i interesami właścicielki naszego wynajmowanego mieszkania (tak tak, dziana babka - prowadzi kręgielnię, pizzerię, salon fitnes i solarium, a jej mąż firmę budowlaną!), a równie dobrze, gdyby nam się nudziło, moglibyśmy poznać zarobki każdego jednego norweskiego polityka i sąsiada. Dlaczego nikt nie protestuje przeciwko takiej jawności? Bo niby dlaczego? Skoro jesteś uczciwym człowiekiem i masz legalne dochody, to czemu masz je ukrywać??

Norwegia, jak wszystkie państwa skandynawskie, jest państwem transparentnym, w którym władze wiedzą o obywatelu wszystko, a obywatele mają dość spory dostęp do wiedzy o sobie wzajemnie. Każdy może np. za pomocą sms-a (wysyłają sms z numerami wozu) sprawdzić, czy jadący przed nim pojazd ma aktualne badanie techniczne i opłacone ubezpieczenie, a jeśli nie, zaalarmować policję. Tak, po polsku powiemy "donieść" albo "nakapować", ale tutaj zupełnie nie ma to takiego wydźwięku. Jest bowiem duży szacunek dla prawa, którego przestrzegać mają wszyscy.


Na koniec historyjka z książki, która przeczytaliśmy z Bobem zaraz po przeprowadzce tutaj (Bunz T., Kraina Zimnolubów. Skandynawia dla początkujących, Wrocław 2010). Autor opisuje historię swojego kolegi, który był miłośnikiem kotów i przeprowadzał się do Szwecji. Kot po przekroczeniu granicy szwedzkiej musiał zostać poddany kwarantannie. W tym czasie właściciel futrzaka żył normalnie tysiąc kilometrów dalej i czekał. Pewnego dnia został jednak zatrzymany przez drogówkę na rutynową kontrolę. Funkcjonariusz sprawdził jego dane, po czym powiedział:
- Więc, masz kota na kwarantannie w Malmo?

Nieźle, co? :)

wtorek, 17 sierpnia 2010

„Takiej ciemności to ja w życiu na oczy nie widziałam”


Na kilka dni przyjechał do nas Marcin. Zdecydowaliśmy, że tym razem nie będziemy powtarzać w kółko utartego repertuaru atrakcji i postawiliśmy na coś nowego. Tą nowością okazały się drezyny.

Tutaj małe wtrącenie, w celu wytłumaczenia czym drezyny są. Chyba każdy w swoim życiu zaliczył przy najmniej jeden western w telewizji. Drezyny to pojazdy szynowe, które napędzane były siłą mięśni rąk. Drezyny można było też zobaczyć w bajkach, kiedy to bohaterowie uciekali na nich i przestawiali zwrotnice aby pozbyć się pościgu.

A wracając do głównego wątku... Nasze drezyny przypominały bardziej rower na szynach, napędzane były bowiem siłą naszych mięśni nóg. Na południu Norwegii wypożyczyć można drezynę w miejscowości Flekkefjord. Kiedyś dojeżdżała tam kolej, ale w związku z tym, że jej utrzymywanie stało się nierentowne, pociągi przestały tam jeździć, ale zostały szyny. Zmyślni Norwegowie postanowili zrobić z nich atrakcję turystyczną i tak za 250 kr można wynająć drezynę i przemieszczać się nią na 20-kilometrowej trasie (w jedną stronę), obfitującej w widoki, tunele i stare stacyjki.

My na drezyny wybraliśmy się w sobotę. Pogoda była wspaniała, słonce świeciło, ale nie było gorąco, w sam raz na pedałowanie po torach. Ponieważ byliśmy we trójkę, dostaliśmy jedną dodatkową drezynę, którą mieliśmy dostarczyć jakiemuś panu, mniej więcej na połowie trasy. Tam też zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i drożdżówki, które upiekłam dzień wcześniej. Po przejechaniu trasy, zostawiliśmy naszą drezynę na torach i ruszyliśmy w piękne miejsce nad wodą. W cieniu wypiliśmy piwko i zjedliśmy matpakke. Pokrzepieni takim posiłkiem ruszyliśmy w drogę powrotną.

Drezyna ma dwa miejsca do pedałowania i jedną ławeczkę. Ławeczkę zajmowałam ja, a do moich zadań należało oświetlanie tuneli. Właśnie. Tunele. Zdecydowanie największa atrakcja wycieczki drezyną. Jak wspomniałam wcześniej, po torach, którymi się przemieszczaliśmy, kiedyś jeździły regularne pociągi. Oznacza to, że na trasie były normalne, regularne tunele. Jedne krótsze, inne długie, niektóre zimne i wilgotne, węższe lub szersze. Ale wszystkie zupełnie ciemne! Największą frajdę dawała jazda w najdłuższych tunelach, były tak długie, że absolutnie nic nie było w nich widać. Miało się wrażenie, że unosi się w jakiejś nieprzebranej ciemności. Grozy dodawał unoszący się w powietrzu i odbijający echem odgłos tarcia kół drezyny o szyny. Po przejeździe pierwszym z takich tuneli, stwierdziłam, że „panowała tam taka ciemność, jakiej nigdy w życiu na oczy nie widziałam”. Bob z Marcinem, jak tylko skończyłam moją wyjątkowo błyskotliwą uwagę, zaczęli się pokładać ze śmiechu i dusić jedzonymi drożdżówkami. Przeżyli :)

O kolei flekkefjordskiej i wynajęciu drezyn możecie przeczytać na stronie http://flekkefjordbanen.org/dresin1.html

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Ile języków urzędowych ma Norwegia?

Wydawałoby się, że odpowiedź na to pytanie jest prosta – jeden, norweski (tak przynajmniej sugeruje niezastąpiona ciocia Wikipedia). Tymczasem im bardziej w las tym ciemniej, bo okazuje się, że w Norwegii języków urzędowych jest trzy, z czego dwa to de facto – norweski, ale nie ubiegajmy faktów, bo oto przedstawiam krótką historię języka norweskiego.

Norweskie języki narodowe mają ścisły związek z historią kraju. Otóż roku pańskiego 1397 zawarta została unia kalmarska pomiędzy Norwegią, Danią i Szwecją. Ta ostatnia wyłamała się z unii w połowie XVI w. Przez ponad 400 lat wpływy duńskie w Norwegii były tak silne, że zdominowały życie przeciętnego Norwega do tego stopnia, że posługiwał się on na co dzień językiem duńskim. Panowanie duńskie dość gwałtownie zakończył rok 1814, a swój udział w tym procesie miał pewien niewysoki Francuz z manią wielkości. Otóż, państwo duńsko-norweskie było sprzymierzeńcem Napoleona, a co za tym idzie naturalnym antagonistą Anglii, z którą z kolei sojusz zawarła Szwecja. Kiedy Napoleon przegrał, Norwegia dostała się w nagrodę Szwecji.

Burzliwy XIX wiek to okres budzenia się tożsamości narodowych i Norwegii też to nie ominęło. Pojawił się problem z językiem. Przez wiele lat używano powszechnie duńskiego i był to język, w którym pisane były książki i w którym się uczono. Jednocześnie w kraju coraz silniej dążono do używania języka rdzennie norweskiego. Pewien pan - Ivar Aasen - spędził mnóstwo lat na badaniu dialektów, z których następnie wyodrębnił się język – landsmål (język ojczysty), jednocześnie jednak ciągle używano języka duńskiego. Knud Knudsen dla odmiany, mniej więcej w tym samym czasie, znorwegizował duńską pisownię i wymowę i w ten sposób powstał riksmål (język królestwa). W 1885 roku zarówno landsmål jak i riksmål uznano za języki urzędowe Norwegii. W 1929 landsmål przekształcił się w nynorsk (nowonorweski), a riksmål w bokmål (mowa książek). Trzecim językiem "narodowym" Norwegii jest język Saamów (w Polsce powszechnie błędnie nazywanych Lapończykami). Samowie mają swoje szkoły, parlament (funkcja czysto doradcza), a nawet wiadomości radiowe w swoim języku.

W Norwegii najpopularniejszy jest bokmål (posługuje się nim ponad 80% ludności). W tym języku podawane są wiadomości w mediach, pisane książki, gazety (w większości), pokazywane filmy w telewizji. Jednocześnie jest kilka regionów (ok. 15% ludności Norwegii) z typowym nynorskiem.
Żeby nie było zbyt łatwo, w całej Norwegii jest jednak mnóstwo dialektów wewnątrz danego języka. Kiedy zwykły przeciętny człowieczek po kursie bokmåla (taka ja dla przykładu) przygląda się dialektowi w lokalnych gazetach, odnosi wrażenie, że pisane są one przez analfabetów. Dialekty potrafią różnić się od siebie na przestrzeni kilku kilometrów (każde miasteczko czy wioska może mieć swój własny dialekt, z inną wymową i różnicami w nawet podstawowych słowach). W Norwegii każdy mówi po swojemu i nie należy się dziwić kiedy Norweg do Norwega mówi "Hva sier du?" (co mówisz?). Kłopoty ze zrozumieniem dialektów wśród rdzennej ludności nie są wcale takie rzadkie

Na koniec ciekawostka. Większość dzieci serdecznie nienawidzi "pana od nynorsk'a", ponieważ przez twórcę tego języka, na egzaminach muszą zaliczać dwa języki: bokmål i nynorsk. A zaznaczyć trzeba, że nie są one wcale bardzo podobne do siebie. Równość języków gwarantuje konstytucja. W praktyce wygląda to tak, że np. każdy kto zwraca się do urzędu państwowego z zapytaniem w swoim języku, powinien dostać odpowiedź w tym samym języku.

Ten wpis dedykuję Dorocie, która zasugerowała po jednym z moich maili do niej, że informacja o językach urzędowych Norwegii powinna się znaleźć na blogu. Dzięki za inspirację;]

Trochę dawno nie pojawiał się żaden wpis na blogu, ale w najbliższym czasie obiecuję nadrobić zaległości. Niebawem wytłumaczę czym są drezyny i gdzie na południu Norwegii można się nimi przejechać, opowiem skąd się wzięło powiedzonko „taka ciemność, jakiej w życiu nie widziałam”, będzie też o Polce rozmawiającej po angielsku z dwoma starymi Niemcami w Norwegii :D

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O pewnej makreli


Mylicie się jeśli myśleliście, że po przeprowadzce do Norwegii najgorsze, co Was może spotkać to obieranie różowych, wąsatych krewetek z oczkami jak czarne paciorki albo zetknięcie z tutejszą niekompetentną kadrą urzędniczą, tudzież konieczność przeprowadzki po 2 miesiącach wynajmowania mieszkania, bo jego właścicielka zdecydowała się je sprzedać. Jeśli tak myśleliście, to znaczy, że nigdy nie przyszło Wam się zmierzyć z rybą. Makrelą. Świeżą makrelą.

Ze świeżymi rybami miałam do czynienia jako dziecko przy okazji Wigilii. Mama kupowała karpia, wpuszczała go do wanny, a my z bratem traktowaliśmy go jak nasze domowe zwierzątko i nazywaliśmy go „Zenek” albo „Stefan”. Potem „Zenek” znikał z naszej łazienki, a my znów mogliśmy się kąpać w wannie. Oczywiście mama informowała nas co z karpiem się stało, ale nigdy nie wolno nam było uczestniczyć w procesie, któremu ulegała ryba pomiędzy wanną, a patelnią. Z tego co pamiętam nigdy też nie mieliśmy większych problemów ze zjedzeniem „Zenka”/ „Stefana”. Z czasem w naszej łazience pojawił się prysznic, w związku z czym „hodowanie rybki” straciło sens, poza tym nasze psy źle reagowały na karpia w wannie. Wtedy to też karpia zastąpił pstrąg. Zgodnie z całą rodziną uznaliśmy, że karp jest obleśny i śmierdzi mułem, a pstrąg jest pyszny. To by było na tyle z moich doświadczeń ze świeżymi rybami.

W Norwegii do tej pory kupowaliśmy ryby mrożone (błogosławieństwo dużego zamrażalnika) – nie trzeba ich jeść od razu a i są tańsze od tych świeżych. Taki stan rzeczy utrzymywał się do soboty. Wybraliśmy się z Bobem na zakupy i w jednym z marketów zobaczyliśmy, że mają w naprawdę atrakcyjnych cenach świeże ryby. Makrele. Swojską makrelkę znam i lubię szczególnie wędzoną; świeżej nigdy nie jadłam. Ale co tam! Żyje się raz, a skoro się tu przeprowadziłam to trzeba i makreli spróbować. Poza tym to podobno tutejszy smakołyk. Za kilka koronek nabyliśmy naszą makrelkę (zdecydowaliśmy się na jedną, jakby nam nie posmakowała). W domu znalazłam całkiem przystępny przepis, trochę go urozmaiciłam i zapowiedziałam, że w poniedziałek na obiad makrela.

Dziś właśnie poniedziałek. Od rana nie mogłam się doczekać mojej pieczonej w folii makreli. Zerknęłam w przepis: „natrzyj rybę solą”. Szukam znajomego nacięcia na brzuszku i… odwróciłam rybę kilka razy, ale żadnego najmniejszego choćby nacięcia nie było. Ryba ślizgała mi się w rękach, a ja rozpaczliwie szukałam nacięcia na brzuszku. Nie ma. No to teraz przyszło mi się zdać na moją intuicję. Sięgnęłam po nóż. [uwaga od tego miejsca może być trochę drastycznie] Odłupałam łebek, polała się krew. Odcięłam ogonek. Nacięłam brzuszek i wyleciało całe jej wnętrze…

Do tej pory mój obraz przekroju ryby pokrywał się w 100% z tym zawartym w podręczniku do biologii z piątej lub szóstej klasy. Obrazek był kolorowy, pokazywał prymitywny układ krwionośny ryby i jakieś tam inne jej organy wewnętrzne. Był przejrzysty i przyjemnie się z niego uczyło.

…wnętrze które wylało się z środka ryby nie było kolorowe, dominowała krwista czerwień i generalnie było obrzydliwe. Dalej zdana na swoją własną kuchenną intuicję opłukałam pod bieżącą zimną wodą makrelę, wyciągnęłam ości i opłukałam rybę jeszcze raz. Główkę z oczkami, ogonek i wnętrzności spakowałam do papierowej torebki i do foliowej torebki i zamknęłam szczelnie, a potem wyniosłam na śmietnik. Ciekawe, czy zapewniłam w ten sposób ucztę jakiemuś głodnemu kotu…?

Koniec końców natarłam rybę solą, nałożyłam na nią marynatę, przykryłam folią i wpakowałam do lodówki.

Nie pamiętam, czy w Polsce można kupić aż tak świeże, bo nie wypatroszone, ryby w marketach. Tutaj takie są przysmakiem i zwykle kosztują kilka razy więcej niż mrożone. Norweskie panie domu kupują je i przyrządzają na różne sposoby…Cóż nikt nie powiedział, że zderzenie z kulturą kulinarną Norwegii nie będzie wyzwaniem;]

PS. Zaoszczędziłam Wam i sobie zdjęcia głowy makreli, w zamian za to jest zdjęcie „po”. Nie możecie tego spróbować, ale powiem Wam, że było warto trochę się pomęczyć, bo wyszła naprawdę smaczna, zwłaszcza z ciepłymi bagietkami z masłem czosnkowym, pomidorkiem i świeżą, domową bazylką;]

sobota, 7 sierpnia 2010

Brunost (brązowy ser) – najbardziej norweski z norweskich


Nieco ponad rok temu spróbowałam go po raz pierwszy. Podchodziłam do niego podejrzliwie - przecież do tej pory tylko twaróg jadłam na słodko, ale nie ser, który konsystencją przypomina znaną i lubianą goudę! Dałam się namówić Bobowi na kromeczkę ciemnego chleba z brunostem i truskawkowymi powidłami domowej roboty i… zakochałam się w tym smaku! I tak odkąd przeprowadziliśmy się do Norwegii śniadanie nie może się odbyć bez choćby kromeczki chleba z brązowym serem ;]

Brunost (z norw. brązowy ser) jest wyrobem typowo norweskim, choć według Store Norske Leksikon (leksykon, którym posiłkowałam się przy pisaniu tego tekstu), niektóre jego odmiany można znaleźć w różnych zakątkach świata.

Od żółtego sera, do którego Polacy są przyzwyczajeni, brunost różni się przede wszystkim barwą (od miodowej do intensywnie brązowej), ale też smakiem (raczej słodki) i procesem wytwarzania. Otóż norweski brązowy ser robi się z serwatki, czyli de facto produktu ubocznego wytwarzanego przy produkcji tradycyjnego sera żółtego. Do serwatki dodaje się mleko i/lub śmietanę. Najprawdziwszy brunost (ekte geit - ser kozi) robi się właśnie z produktów mlecznych pochodzących w 100% od kozy (serwatka, mleko, śmietana). Najpopularniejszym jest Gudbrandsdalost, do którego produkcji używa się serwatki i mleka pochodzenia krowiego, ale dodaje się także mleko kozie. Fløtemysost jest produktowany z serwatki, mleka i śmietany pochodzenia krowiego.

Przepis na produkowany obecnie Gudbrandsdalost opracowany został na podstawie domowej receptury Anne Haav, która w połowie XIX wieku zaczęła przyrządzać tłusty ser brązowy, podobny do tego, który obecnie można kupić w norweskich sklepach.

Brunost w zależności od zawartości w nim wody może mieć konsystencję smarowidła (Prim) lub jest pakowany w kostki. Ten ostatni kroi się przy pomocy specjalnej łyżki do sera.

Produkcja sera brązowego wymaga sporego doświadczenia, ponieważ ser może się łatwo przypalić. Najpierw serwatkę gotuje się z letnim mlekiem w wielkiej kadzi. Następnie dodaje się śmietanę i odparowuje wodę. Następnie gotuje się do momentu uzyskania 75% suchej masy. Ciśnienie w garnku wyrównuje się powoli z atmosferycznym, a następnie przechodzimy do najważniejszych 15 minut produkcji brunosta. To właśnie ostatni kwadrans powoduje, że zawarta w mleku laktoza krystalizuje się i nadaje serowi charakterystyczny słodki smak i kolor. To właśnie cukier powoduje, że wtedy ser może się przywrzeć do kadzi, co sprawi, że ser będzie miał posmak i zapach spalenizny.

Rocznie w Norwegii produkuje się 12.000 ton brunosta, około połowę tej liczby stanowi Gudbrandsdalost, 30% to fløtemysost, 8-10% ekte geit ost. Pozostałe 10-12% to różne odmiany wcześniej wymienionych serów (o mniejszej zawartości tłuszczu, z dodatkiem przypraw itp.) oraz sery według domowych przepisów.

Być w Norwegii i nie spróbować brunosta, to jak być we Włoszech i nie spróbować pizzy, albo być Szkocji i nie napić się whisky. Brunost uważany jest za tradycyjny dodatek do kanapek i zajadają się nim tutaj wszyscy od najmłodszych po najstarszych. Często dodaje się go do uwielbianych przez Norwegów wafli (gofry).

Wszyscy, którzy zdecydują się nas odwiedzić w Norwegii mogą być pewni, że kanapka z brunostem ich nie ominie ;]

środa, 4 sierpnia 2010

Mój pierwszy sernik

Wyjazd do Norwegii postawił przede mną nowe wyzwania, z którymi do tej pory nie miałam okazji się zmierzyć. Po raz pierwszy naprawdę szukam pracy (wierzcie lub nie, ale wcześniejsze moje zajęcia „same mnie znajdywały"), nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z obieraniem krewetek, po raz pierwszy w wynajmowanym mieszkaniu mam wielką lodówkę do której wszystko się mieści. Po raz pierwszy w życiu przyszło mi się zmierzyć z sernikiem…

Moje doświadczenie w pieczeniu ciast nie jest specjalnie wielkie. Przez 24 lata swojego spokojnego życia uważałam, że nie umiem piec. W tym czasie „stworzyłam” jedno ciasto, które było tak twarde, że nawet ptaki nie chciały go jeść (ostatecznie wylądowało na śmietniku). Moja ciocia, kiedy zobaczyła moje "Dzieło" powiedziała, że jak już koniecznie muszę mieć pieczone ciasto, to zawsze (ale to zawsze) mam do niej zadzwonić i ona mi upiecze co będę chciała. Miałam wtedy 18 lat.

Pojechałam na studia do Wrocławia. Tam odkryłam ciekawy substytut „domowego ciasta”. Kupowałam gotowy spód, nasączałam go, dawałam owoce i całość pokrywałam własnoręcznie (w sensie mikserem) ubitą śmietaną. Wszyscy byli zachwyceni, a moje dzieło towarzyszyło kilku imprezom urodzinowym, paru spotkaniom wigilijnym i niezliczonym wieczorkom filmowym.

Potem w moim życiu (a także mieszkaniu) pojawił się pewien Bob i bardzo chciałam mu zaimponować moimi umiejętnościami kulinarnymi (w tym pieczeniem). No i stało się. Powoli zaczęłam próbować się z różnymi ciastami. Na swoim koncie mam już karpatkę, jabłecznik, drożdżowe z owocami i kruszonką, brownies, pleśniaka, tort kawowy i wszelkiego rodzaju bułeczki. Nigdy jednak nie miałam do czynienia z sernikiem i jakoś nie bardzo garnęłam się do tego ciasta. Po pierwsze jest dość kosztowne. Po drugie, za każdym razem gdy chciałam zrobić sernik, stawała mi przed oczami mama, która kilka godzin spędzała nad sernikiem, który koniec końców i tak zawsze „siadał”.

I tak w moim cukierniczym CV nie było sernika aż do wczoraj. Zapytacie skąd miałam twaróg na sernik w Norwegii? Odpowiedź: Mama Boba. Przywiozła nam chyba ze 3 kilogramy polskiego twarogu (miał być na pierogi ruskie; gdyby powstały pierogi ruskie z takiej ilości sera prawdopodobnie jedlibyśmy je codziennie do Bożego Narodzenia;]). Ostatecznie zostało go nieco ponad pół kilo, niestety termin ważności zbliżał się niebezpiecznie do końca. Nie było rady - musiałam się zmierzyć z sernikiem (naleśniki z serem były już dwukrotnie, a co za dużo to niezdrowo). Wybraliśmy na moim ulubionym blogu z wypiekami sernik. Niestety w podanym przepisie były wiśnie. Zgodziliśmy się z Bobem, że zastąpimy je malinami, których, jak wiecie, w Norwegii jest pod dostatkiem.

Postępując zgodnie ze wskazówkami w przepisie, punkt po punkcie, tworzyliśmy z Bobem nasz pierwszy, wspólny sernik. Wynik naszej pracy możecie podziwiać na zdjęciu. Smakuje jeszcze lepiej niż wygląda. Jestem z siebie szalenie dumna, że oto w nowym mieszkaniu, w piekarniku, którego nie znałam wyszło mi takie smakowite serowe cudeńko. Dlatego też do moich nowo nabytych umiejętności kulinarnych oficjalnie dołączam „sernik” ;]

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Na nowych „starych śmieciach”

Kolejny miesiąc w Norwegii rozpoczęliśmy z wysokiego C. Po niespełna trzech miesiącach od zamieszkania w naszym mieszkaniu z widoczkiem na szkiery musieliśmy zmienić lokum. Mieszkanie zostało sprzedane (na szczęście bez nas;]). Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, bo mimo początkowego widma przeprowadzki do wielkiego pustego mieszkania z widokiem na parking i z czynszem o blisko 25% wyższym, ostatecznie wylądowaliśmy w mieszkaniu za ścianą.

Cudownym zbiegiem okoliczności nasza sąsiadka postanowiła zamieszkać ze swoim partnerem, a 37 metrów kwadratowych to dla Norwegów zdecydowanie za mało jak na mieszkanie dla dwojga, dlatego przeniosła się, a jej mieszkanie przejęliśmy my:] W ten sposób szybko i sprawnie przenieśliśmy nasze rzeczy - pomogli nam brat i mama Boba, którzy do wczoraj byli naszymi gośćmi. Wraz z nowym mieszkaniem otrzymaliśmy dodatkowe okno w kuchni i podwieszany sufit, większą kanapę i przede wszystkim jeszcze więcej światła. Udało mi się trochę poprzesuwać meble, tak, że nasza kuchnia jest większa niż była w poprzednim mieszkaniu. Ja jestem zachwycona. Bob utyskuje na brak zadaszenia nad tarasem, ale mnie to aż tak bardzo nie przeszkadza, bo dzięki temu jest więcej światła.

Dzisiaj posprzątaliśmy na błysk nasze stare mieszkanie, załatwiliśmy (no dobra, Bob załatwił) wszystkie formalności z przeniesieniem usługi internetowej i dostawy energii i teraz właśnie odpoczywamy sobie w zaciszu naszego nowego mieszkanka z widokiem na szkiery. W związku z przeprowadzką według norweskiego kodeksu pracy Bobowi przysługiwał dzisiaj płatny dzień wolny:]

Nasza ostatnia przeprowadzka była naszą trzecią zmianą mieszkania w przeciągu niespełna roku. Zaczynam mieć już powoli dość tego dźwigania wszystkich klamotów, no ale dopóki nie będziemy mieć swoich czterech kątów tak to właśnie będzie wyglądało. Najgorsze jest to, że przenosząc nasze rzeczy z jednej komórki do drugiej (do każdego mieszkania na osiedlu należy jeszcze komórka) uświadomiłam sobie, że kartony, w które zapakowaliśmy się wyjeżdżając z Polski, a które zostawiliśmy tutaj na wypadek kolejnej przeprowadzki, już nam nie wystarczą na zabranie wszystkiego co zgromadziliśmy. I pomyśleć, że dopiero trzy miesiące jesteśmy w Norwegii…