Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

piątek, 30 lipca 2010

Malinowe szaleństwo


Chyba będę musiała na blogu wyodrębnić specjalny dział owocowy ;] Było o jagodach, kilka dni temu pisałam o truskawkach, a teraz czas na maliny.

W naszej okolicy te smakowite czerwone owoce są dosłownie wszędzie. Idąc na spacer zabieramy ze sobą pojemniczek, który błyskawicznie się wypełnia i przez resztę naszej wycieczki wyrzucamy sobie, że wzięliśmy tylko jeden ;]

Maliny rosną nawet pod naszym balkonem. Wystarczy tylko przeskoczyć przez barierkę i jest się w malinowym raju. Często również spotykamy je przy drogach, ale zdecydowanie najwięcej jest ich nad pewnym jeziorkiem. Tak sobie myślę, że przez najbliższe kilka spacerów nasze kroki będą skierowane w tamtą stronę. Maliny dają takie możliwości przetworzenia! Na blacie kuchennym już czekają dwie pełne szklanki malin na dodanie ich do ciasta na muffinki. Dorzucę do tego jeszcze trochę zebranych dzisiaj jagód, a całość zwieńczy kilka porzeczek. Będzie pięknie! ;]

Maliny to zdecydowanie jedne z najpopularniejszych owoców Norwegii (wie o tym kilku Polaków;]) Najbardziej ceniona jest malina moroszka. W Polsce występuje bardzo rzadko, ale tutaj w Skandynawii, a szczególnie w północnej Norwegii jest ona niezwykle popularna. Przetwory z moroszki w Norwegii nazywają się molte lub multe i są prawdziwym rarytasem. Z północy sprowadzane są specjalnie na dwór królewski w Oslo.

Nasze maliny to nie moroszki, ale wcale mi to nie przeszkadza ;] Powoli zapełniają nasz zamrażalnik, zimą będziemy je dodawać do herbaty, piec babeczki lub ciasta. To całkiem zabawne, bo powoli odkrywam u siebie, tutaj w kraju fiordów, pasję zbierania owoców. Dzisiaj wybrałam się do sklepu. Zupełnie „przypadkowo” droga do sklepu prowadziła obok jeziorka… i pomyśleć, że teraz kiedy tylko przyjdzie mi ochota, mogę iść nad jeziorko zebrać owoców i wyczarować z nich jakieś piekarskie cudeńko:]

To kiedy wpadniecie do nas na maliny i ciasto?;]

wtorek, 27 lipca 2010

Niemal legalna "Norweżka"

Stało się! Po wielu tygodniach oczekiwania, kilku wizytach w różnych urzędach, kilku mailach i jednej skardze, w końcu otrzymałam mój D-nummer. Pamiętacie tę starą historię z moją oficjalną rejestracją jako bezrobotną? Wreszcie miała ona swój finał!

W maju byłam w lokalnym oddziale NAVu, za drugim razem udało mi się przekonać urzędniczkę, że to właśnie urząd w którym ona pracuje powinien wystosować wniosek o przyznanie mi tymczasowego (półrocznego) numeru personalnego. Pani powiedziała, że numer powinnam otrzymać na podany adres w terminie ok. 2-3 tygodni.

Po 2-3 tygodniach skrzynka pocztowa świeciła pustką (rachunki na nazwisko Boba się nie liczą;]). Gdzieś mi się obiło o uszy, że na D-nummer można czekać 6 tygodni.

W szóstym tygodniu oczekiwania na D-nummer skrzynka pocztowa jak była pusta, tak pozostawała nadal. Nawet rachunki przestały przychodzić. Zatem wybrałam się do skądinąd znanego oddziału NAV. Tam pani (ta sama, która wypełniała mój wniosek) na moje żądanie wyjaśnienia sprawy, odpowiedziała, żebym poczekała i zniknęła w długim korytarzu. W końcu wróciła i powiedziała, że na ten numer to można czekać kilka miesięcy... Cóż mogłam zrobić? Wyszłam stamtąd.

Ah, na kilka dni przed wizytą w NAVie napisałam maila do Skateetaten (skarbówka) w Hammmerfest, co by może oni pomogli mi rozwikłać zagadkę nieosiągalnego dla mnie D-nummeru. Odpowiedź na mojego maila (nomen omen sprzed dwóch tygodni przyszła dzisiaj, ale nie ubiegajmy faktów)...

W międzyczasie Bob się wkurzył i wystosował oficjalną skargę do Centralnego Urzędu Skarbowego, Wydział dla Obcokrajowców. Oni okazali się bardziej biegli w udzieleniu odpowiedzi (niespełna tydzień). Co prawda odpowiedź składała się tylko z jedenastu cyfr, ale była w pełni satysfakcjonująca. Oto był mój D-nummer.

Mając go przed oczami postanowiłam ochoczo zarejestrować się jako bezrobotna. I tu spotkała mnie kolejna przeszkoda - rejestrować się można poprzez minID (państwowy system dostępu do usług publicznych przez Internet; minID otrzymuje się, jak ma się stałe miejsce zameldowania zarejestrowane w rejestrze ludności - Folkeregisteret, a żeby posiadać to ostatnie, trzeba być zarejestrowanym na policji; tego z kolei nie dokona się nie posiadając pracy). MinID było więc dla mnie nieosiągalne, ale furtką okazała się możliwość zarejestrowania w bazie danych przy użyciu kodu aktywacyjnego, możliwego do uzyskania od urzędnika :) Zgadnijcie, gdzie w związku z tym musiałam się wybrać?

Ten sam urząd, ten sam boks do obsługi klientów, na szczęście urzędniczka inna. O dziwo wiedziała o co pytam i była skłonna od razu mnie obsłużyć. Tradycyjnie już nie obyło się bez wizyty w długim korytarzu i pomocy koleżanki z boksu obok, ale wyszłam stamtąd (po raz pierwszy) w pełni usatysfakcjonowana.

W domu zarejestrowałam się w końcu jako bezrobotna (kto by pomyślał, że taka czynność sprawi mi tyle radości?) i z wydrukiem strony, na której widnieją moje dane pobiegłam na policję zarejestrować się oficjalnie w kraju. Przesympatyczny pan, który "zupełnie przypadkowo" zapytał, czy pochodzę z Krakowa, bo on tam był i mieszkał w hotelu Cracovia poinformował mnie, że zarejestruje mnie i od teraz przez pół roku jestem legalnie na terenie królestwa Norwegii. Jak dostanę pracę, mam przyjść do niego z umową, wtedy on wyda specjalne poświadczenie potwierdzające mój pobyt na terenie Norwegii, a dzięki temu będę mogła się tu zameldować, będę mogła mieć minID i wszystko inne.

Podsumowując: przez najbliższe 6 miesięcy MUSZĘ znaleźć pracę. Tradycyjnie ja nie tracę nadziei, a wy trzymajcie kciuki;]

sobota, 24 lipca 2010

Sezon truskawkowy

Uwielbiam truskawki. Uważam, że największym nieszczęściem, jakie mogłoby mnie spotkać (poza urazami mechanicznymi) to uczulenie na te owoce. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego niż uczulenie na truskawki?

Norwegowie są lokalnymi patriotami. Jak tylko na norweskim rynku pojawiają się rodzime warzywa i owoce, te, które do tej pory importowane były zza granicy znikają z półek sklepów, a zastępują je „norske”.

Do nas co miesiąc przyjeżdża specjalny samochód, który sprzedaje „norske poteter” (norweskie ziemniaki). Trzeba odstać dobre 20 minut zanim zostanie się obsłużonym, takie zainteresowanie wzbudza obwoźny sprzedawca i szyld „norske poteter”.

Jest jednak coś, na co czekają wszyscy Norwegowie, bez względu na wiek i płeć. „Norske jordbær”. Norweskie truskawki uwielbiają wszyscy. W tym roku pojawiły się później niż zwykle (ze względu na suszę), ale nikomu to nie przeszkadza. Dostawy świeżych, czerwonych owoców znikają ze sklepowych półek bez względu na cenę. Kraj pochodzenia – Norge – jest tutaj najlepszą reklamą. Wiedzą o tym mieszkańcy Lyngdal, którzy w tym roku po raz kolejny postanowili zorganizować Festiwal truskawek. Pomysł jest bajecznie prosty. Kupują mnóstwo truskawek (w tym roku 1,5 tony), a następnie sprzedają je. A dokładniej sprzedają karnecik za 20 kr, w ramach karneciku dostaje się miseczkę norske jordbær z cukrem i śmietanką. Po zjedzeniu pierwszej porcji idzie się po zupełnie darmową dokładkę, potem po jeszcze jedną, jeszcze jedną, jeszcze… i jeszcze… i jeszcze…

No dobra, my wzięliśmy tylko 3 dokładki, nawet taki truskawkowy potwór jak ja, ma swoje ograniczenia żołądkowe :] Truskawki były pyszne; przepyszne. Duże, słodkie, czerwone, soczyste, warte swojej ceny.

Aha jeszcze jedna ważna sprawa. Pieniądze uzbierane za karneciki przeznaczone zostaną na wsparcie Ratownictwa Wodnego na pobliskich wodach.

Po dzisiejszym truskawkowym obżarstwie, stwierdziliśmy z Bobem, że takie owocowe akcje charytatywne zawsze mogą liczyć na nasze wsparcie :]

środa, 21 lipca 2010

W drodze na lotnisko…


Spokojnie, spokojnie, nigdzie nie jedziemy, pojechaliśmy na lotnisko odebrać mamę i brata Boba, którzy od dzisiaj goszczą u nas. Cały dzień spędziliśmy w drodze na i z lotniska, nazwanego przez nas polską bramą do Norwegii, ale po kolei.

Godzina 10:40, znak informacyjny "wjazd na autostradę 500 m". A tu korek. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego na autostradach jest korek. W Norwegii autostrad jest jak na lekarstwo, dlatego tym bardziej mnie to zdziwiło. Moja konsternacja wzrosła, ponieważ lewy pas posuwał się do przodu, natomiast prawy stał. W każdej normalnej sytuacji, samochody ze „stojącego” pasa włączyliby lewy kierunkowskaz i za wszelką cenę próbowaliby się wcisnąć na lewy pas. Ale przed oczami rozegrała się sytuacja totalnie odwrotna. Samochody na lewym pasie zablokowały go, żeby dostać się do kolejki na prawym pasie. Dziwne? 200 metrów później zagadka się rozwiązała. Sørlandsparken. Największe centrum handlowe w tej części Norwegii. Czasami sobie myślę, że Norwegom po prostu wystarczy dać możliwość do wydawania pieniędzy, aby ustawiali się w wężyku i czekali na swoją kolej. Korek przed centrum handlowym oceniam na 2 godziny stania w pełnym słońcu. Ale czym są dwie godziny w porównaniu do szansy wydania fury pieniędzy na salgach (wyprzedażach)??

Minęliśmy Kristiansand i pognaliśmy dalej E18. Zdecydowanie nie lubimy tej trasy w województwie Telemark. Jak na polskiej trasie Wrocław – Warszawa. Fotoradar na fotoradarze. Na korzyść Telemarku przemawiają jednak pięknie usytuowane pobocza z miejscami do zjedzenia, położonymi nad oczkiem wodnym, z porządnymi toaletami. Oczywiście zjedliśmy tam nasz mały lunch. I dalej w drogę.

Po pięciu godzinach w samochodzie (Bob dzielnie znosił „wyśpiewane” przeze mnie piosenki Roxette i „Mr Brightside” The Killers), dotarliśmy na lotnisko.

Oslo Sandefjord Torp. Jakbyśmy się na chwilę przenieśli do Polski. Rodaków więcej niż kiedykolwiek w jakimkolwiek miejscu w Norwegii udało nam się spotkać. To tutaj przylatują Polacy chcący zarobić i ewentualnie osiedlić się w kraju fiordów. Stąd też najwięcej Polaków podróżuje do ojczyzny. Dowód? Informacje dla podróżnych podawane są w trzech językach: angielskim (normalka), norweskim (w końcu to mimo wszystko norweskiego lotnisko) i… polskim. Zaliczyłam już parę lotnisk w swoim życiu – w Hiszpanii, Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii (co prawda nie w Londynie, ale w Glasgow), i poza Krakowem i Katowicami, nigdzie nie usłyszałam języka polskiego. Byłam pod wrażeniem ;)

niedziela, 18 lipca 2010

Roztargnienie, naiwność czy głupota???


Ci, którzy byli w Norwegii nie raz i nie dwa razy opowiadali o specyficznych dla Polaków norweskich nawykach. Chodzi tutaj o zupełnie nieskrępowane zostawianie otwartych domów, nie zamykanie garaży po wyjechaniu z niego, wysiadanie z auta przy włączonym silniku i robieniu zakupów. Coś co w Polsce jest nie do pomyślenia, tutaj zdarza się nagminnie.

Pierwszy raz miałam z tym odczynienia w zeszłym roku. Starsza pani, u której mieszkaliśmy wyjeżdżając z garażu zawsze, bez względu na to czy jechała na cały dzień na plażę, czy do sklepu w centrum, czy do koleżanki na ploteczki, zawsze zostawiała otwarty garaż. OK. w końcu to tylko garaż, co można ukraść z garażu? Rower, kilka mat do opalania, opony, stare narty i jakieś rupiecie.

Tutaj na południu jesteśmy od ponad dwóch miesięcy. Przynajmniej raz dziennie jestem w miasteczku. Samochody zaparkowane przed sklepem na włączonym silniku przestały już na mnie robić wrażenie. Wczoraj przechodziliśmy koło auta, w którego wnętrzu świeciła się kontrolka informująca o otwartych drzwiach, a kluczyki były w stacyjce. Dzisiaj samochodu już tam nie było… Z kolei dzisiaj znów wybraliśmy się na spacer. Tym razem spotkaliśmy auto, w którego drzwiach zostawiony był kluczyk. Po kierowcy oczywiście ani śladu... Roztargnienie?

Oczywiście takie „okazje” robią wrażenie chyba tylko na przyjezdnych. Mentalność rdzennych Norwegów jest inna. Z drugiej strony tych przyjezdnych jest coraz więcej, w związku z tym zdrowy rozsądek nakazywałby być trochę bardziej roztropnym w sprawach własnego majątku. Zwłaszcza, że ostatnio w naszej okolicy doszło do kilku włamań. W gazecie podejrzewają, że może to mieć związek z małym czerwonym samochodem na polskich blachach…

Jakie szczęście, że nasze kombi to nie taki mały samochód ;]

czwartek, 15 lipca 2010

Noc z Kaperami


Dzięki licznym w naszej okolicy festynom letnim dowiedzieliśmy się o szerokich powiązaniach norweskiego regionu Lista ze Stanami Zjednoczonymi, a także poznaliśmy historię Kaperów. To kolejny dowód na to, że podróże kształcą ;]

Kaperzy w naszym regionie pojawili się na początku XIX wieku. W owym czasie Europa pochłonięta była wojnami toczonymi przez Napoleona. Państwo duńsko-norweskie popierało Francuzów, w skutek czego byli naturalnymi antagonistami Anglików. Ci drudzy w ramach prowadzonych działań wojennych atakowali południowe wybrzeże Norwegii. W tym czasie Norwegowie nie mieli swojej własnej floty, która mogłaby bronić linii brzegowej. Za pozwoleniem i mocno zmotywowani przez króla mieszkańcy naszego regionu zaczęli wyprawiać się na angielskie statki swoimi jednostkami uzbrojonymi przez państwo. W ten sposób bronili swoich wód terytorialnych, a członkowie załogi - kaperzy - szybko się bogacili, bowiem wszystko co znaleźli na brytyjskiej łodzi było rabowane przez Norwegów.

Na pamiątkę jednego z takich ataków na angielski statek u wybrzeży południowej Norwegii, od 15 lat w miasteczku Farsund odbywają się Dni Kaperskie (był w miniony weekend), a także Noc Kaperska. Od 15 lat Kapers Natt wygląda tak samo - są kaperzy, angielska załoga, drewniane miecze, wystrzały z armat, atak na łódź angielską i walka na pokładzie, przejęcie statku i wreszcie... wieńcząca całość amputacja nogi Anglika przez miejscowego lekarza. Swoją drogą bardzo zabawnie zagrana. Jednego roku lekarz tak się wczuł w rolę, że faktycznie uszkodził nogę delikwenta ;]

Inscenizacji towarzyszy konkurs na najlepsze przebranie z tamtej epoki oraz wielki festyn. W tym roku przyjechali peruwiańscy Indianie i rumuńscy Rumuni. Gazety pisały też o polskich złodziejach poruszających się czerwonym samochodem. Ale to tylko pogłoski :]. Były też stoiska ze słodyczami, ubraniami, biżuterią i innymi drobiazgami. Dodatkowo wszystkie sklepy otwarte były do 24. Nie zabrakło także tradycyjnych stoisk z jedzeniem, przed którymi kolejki ciągnęły się w nieskończoność.

To naprawdę niesamowite, że jak tylko pojawia się okazja Norwegowie wydają kasę… tu naleśnik z dżemem, tam hot dog, może jeszcze pizza no i obowiązkowo kawa, nie ważne, że już jest północ.

Skuszeni zapachami jedzenia otaczającego nas ze wszystkich stron zdecydowaliśmy się sami spróbować tych norweskich przysmaków. Padło na coś co nazywa się lapper, wygląda jak amerykański pancake, ale zamiast syropu klonowego je się go z dżemem. Bardzo smaczny. Wcześniej na weekendowym Festiwalu Kaperskim spróbowaliśmy „tradycyjnego” brød med pølse (chleb z parówką). Tym razem były one rozdawane za darmo, więc kolejki były dwa razy dłuższe;]

W ciągu tygodnia spróbowaliśmy dwóch tradycyjnie festynowych dań norweskich. Smakowały nam, więc chyba możemy uznać, że staliśmy się odrobinkę bardziej norwescy ;]

poniedziałek, 12 lipca 2010

Słowo o Mistrzostwach Świata w piłce nożnej…

:] nie mogłam się powstrzymać, żeby czegoś o tym nie napisać. Od mojego przyjazdu do Wrocławia na studia byłam w mniejszym lub większym stopniu zaangażowana w pisanie pomeczowych komentarzy podczas mistrzostw czy to świata czy Europy. Co prawda we Wrocławiu mnie już nie ma, ale swój własny blog daje nieograniczone możliwości wyrażania swoich opinii;] Jako że blog jest o Norwegii, a na mistrzostwach reprezentacji tego kraju nie było, wypada napisać inny powód, który usprawiedliwiałby tutaj wpis o mundialu w RPA. Otóż Norwegowie uwielbiają piłkę nożną ;] Wiem, że wszyscy uwielbiają piłkę nożną, ale tutaj uwielbia się ją na każdym poziomie od trampkarza po seniora, bez względu na płeć. Ba, norweska kobieca piłka nożna odnosi spore sukcesy na świecie! O ile poziom tutejszej ligi łudząco przypomina ten znany z polskiej Ekstraklasy, to już norweskie stadiony to high level. Na każdym meczu każdej drużyny trybuny wypełniają się do ostatniego kibica, a mieszkańcy miast, w dniu, w którym gra ich drużyna ubierają się w barwy zespołu i tłumnie zmierzają na spotkanie. Zastanawiałam się nawet, czemu Norwegowie nie zgłoszą swojej kandydatury do organizacji mistrzostw i do tej pory nie doszłam do tego, czemu tego nie zrobili… Tymczasem za nami mistrzostwa w RPA…

Mecze oglądaliśmy od ćwierćfinałów. Wcześniej śledziliśmy wyniki na serwisach i mniej więcej wiedzieliśmy co się dzieje, włącznie ze strajkiem francuskim ;] W ćwierćfinałach podobała nam się Holandia, ładnie wygrała z Brazylią. Osobiście zachwyciłam się Niemcami. Fantastycznie wygrali z Argentyną, wybijając w ten sposób trenerkę Diego Maradonie (nie cierpię typa). Mecz Urugwaju z Ghaną był nudny, podobnie jak konfrontacja Paragwaju z Hiszpanami. Urugwaj zrehabilitował się w półfinałach i w meczu o 3 miejsce; szkoda, że oba przegrał, bo z całej finałowej czwórki grał najbardziej kreatywnie. Z Niemców, po porażce z Hiszpanami o prawo gry w finale, uszło powietrze, dodatkowo rozłożyła ich grypa i kontuzje. Nie zmienia to jednak faktu, że zasłużyli na medal. Ba, mecz o trzecie miejsce był 100 razy ciekawszy niż finał.

Chyba nigdy nie oglądałam finału mistrzostw świata w piłce nożnej; przynajmniej żadnego nie pamiętam. W sumie po wczorajszym finale nie żałuję, bo po prostu nie mogłam się doczekać gola i końca meczu. Spotkanie było po prostu bezlitośnie nudne, co druga akcja przerywana była gwizdkiem sędziego (kto mu pozwolił prowadzić mecz?!), aż dziwne, że była tylko jedna czerwona kartka. Bob obstawiał, że przed końcem spotkania Hiszpanie będą grali w dziewiątkę a Holendrzy w ósemkę. Na czternastu zawodników, którzy zagrali w meczu po stronie holenderskiej dziewięciu dostało żółte kartki! Przecież tego nie dało się oglądać. Koniec końców wygrała Hiszpania. Przez przypadek udało mi się wytypować nowego mistrza - przed mistrzostwami powiedziałam, że wygra Hiszpania albo Portugalia. Jak wiadomo, tych drugich wyeliminowali ci pierwsi w 1/8 finału, więc zostawali tylko Hiszpanie.

Fajnie, że wygrali. W sumie nie mieli innego wyjścia. Byli najbardziej wartościowym zespołem na mundialu. Nawet ja, która interesuję się klubową piłką nożną od czasu do czasu, kojarzyłam większość hiszpańskich nazwisk. Ba, bez pomocy Szpakowskiego wiedziałam, w jakim klubie grają! Szkoda Holendrów, żal mi ich było, jak odbierali tylko srebrne medale.

Za dwa lata małe mistrzostwa świata w Polsce i na Ukrainie, czyli mistrzostwa Europy. Mam nadzieję, że we Wrocławiu swoje mecze grupowe będzie rozgrywał któryś z medalistów zakończonego mundialu. Najfajniej by było, żeby trafiło na Niemcy, ot tak ze względów czysto marketingowych ;]
Jeszcze słówko o Norwegach. W eliminacjach do Mistrzostw Europy w 2012 roku znaleźli się w iście skandynawskiej grupie z Danią, Islandią oraz Cyprem i Portugalią.

niedziela, 11 lipca 2010

Najbardziej południowe południe Norwegii


Od niespełna dwóch miesięcy mieszkamy w regionie Sørlandet w Norwegii (Sørlandet, czyli ziemie południowe). Klimat, szczególnie latem, jest tu niezwykle przyjazny. Nie jest ani za gorąco, ani za deszczowo, czasem przeszkadza tylko wiatr, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić ;] Wykorzystując właśnie taką sprzyjającą pogodę wybraliśmy się na najbardziej południowe południe Norwegii. Lindesnes. To właśnie w tym miejscu pojawiła się pierwsza latarnia morska w Norwegii (roku pańskiego 1656 kiedy to Polacy byli w trakcie potopu szwedzkiego) z inicjatywy ówczesnego króla duńsko-norweskiego Fryderyka III.

Obecna latarnię z tamtą łączy tylko miejsce, w który się znajduje. Wokół z niej zbudowane jest całe centrum turystyczne z obowiązkowym sklepikiem pamiątkarskim, kafejką, muzeum… ale po kolei.

Przy wjeździe do Lindesnes powitał nas znak „Lindesnes”, a pod nim informacja wskazująca odległość do Nordkapp (najbardziej północnej północy Norwegii, czyli najdalej na północ wysuniętego punktu na norweskim lądzie). Z Lindesnes do Nordkapp jest bagatela, 2518… kilometrów! Czyli ponad czterokrotna odległość z Helu na Giewont. Nordkapp jest znacznie popularniejszy turystycznie. Znajduje się już za kołem podbiegunowym i serwuje takie atrakcje jak noc polarna, zorza polarna, dzień polarny. Najpopularniejszym widokiem stamtąd jest charakterystyczny globus, przy którym każdy musi mieć obowiązkową fotkę.

Wróćmy jednak na znacznie cieplejsze południe, do Lindesnes. Powitani przez charakterystyczny znak informacyjny, poszliśmy kupić bilety wstępu na teren Lindesnes. Zauważyliśmy też ciekawą norweską właściwość. Jeśli wstęp gdzieś w Norwegii jest bezpłatny – np. na Preikestolen czy lodowiec Briksdalsbreen – należy zapłacić sporo kasy za parking. Jeśli natomiast wstęp na jakiś atrakcyjny turystycznie teren jest płaty, w bonusie otrzymuje się bezpłatny i nieograniczony czas postoju pojazdu – zbawienie dla popularnych na norweskich drogach camperów.

W ramach biletu wstępu na terenie Lindesnes zapoznaliśmy się z wystawą dotyczącą regionu. Całość podzielona została tematycznie na „Latarnię”, „Morze”, „Pogodę” (na Lindesnes znajduje się stacja meteorologiczna) i „Ratownictwo morskie”. Potem obejrzeliśmy w muzealnym kinie dwa filmy poświęcone latarni w Lindesnes, a także ogólnie latarniom morskim na południowym wybrzeżu Norwegii. Z niemałym zdziwieniem odkryliśmy, że zwiedziliśmy całkiem sporo latarni morskich w naszej okolicy. Z kina udaliśmy się na latarnię. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze dwie stałe ekspozycje. Jedna poświęcona była historii latarni morskich w Lindesnes, a druga przedstawiała jakąś kompletnie niezrozumiałą dla nas sztukę współczesną. Zanim weszliśmy do latarni, przeszliśmy się okopem. Dokładnie tak, okopem. Jak już wielokrotnie wspominałam, Niemcy w czasie wojny mieli dziwną manię „wyposażania” norweskiego wybrzeża w różne bunkry, jaskinie, okopy, stanowiska ostrzału itd. Oczywiście nigdy z tego nie skorzystali, dzięki czemu, ku uciesze dzieciaków i miłośników militariów, pozostały one nienaruszone po dziś dzień. Okop poprowadził nas do wielkiej groty, w której… znajdowała się wystawa zdjęć latarni morskich na południowym wybrzeżu. Pomysł na przygotowanie wystawy w takim miejscu wydał nam się wprost genialny, a i same zdjęcia też ładne. Idąc dalej okopem dotarliśmy do latarni. Okazało się, że okop zbudowany jest wokół całego wzniesienia z latarnią, połączony jest z trzema stanowiskami, gdzie w czasie wojny stały jakieś wypasione i groźne działka, do tego należy dodać kilka bunkrów. Plac zabaw dla dzieci jest już w takim miejscu zupełnie zbyteczny.

Pod latarnią ustawiony był specjalny kompas, pokazujący kierunki dużych miast, jak Kopenhaga, Londyn, Rio de Janeiro, Lizbona i oczywiście Nordkapp:)

Weszliśmy na szczyt latarni, która obecny wygląd zachowuje niezmiennie od 95 lat, pochodziliśmy wokół i posłuchaliśmy polskiego języka (jak zwykle w ciekawych turystycznie miejscach spotkaliśmy kilka rodzin polskich).

Potem zdecydowaliśmy się na pieszą wycieczkę wyznaczonymi w pobliżu Lindesnes szlakami. Dzięki kupionej w sklepiku pamiątkarskim za 10 kr mapie dowiedzieliśmy się o czymś w rodzaju norweskiego szlaku orlich gniazd. Tutaj w Norwegii służył on jako system wczesnego ostrzegania o nadciągających niebezpieczeństwach. Kiedy obserwatorzy zobaczyli nadpływających wrogów wspinali się na najwyższą górę w okolicy, która zwieńczona była specjalnym kamiennym kominem wypełnionym drewnem. W przypadku zagrożenia drewno podpalano. Widząc dym, podpalane były stosy na kolejnych wysokich górach w okolicy, dzięki czemu ludność i wojaków informowano o zagrożeniu. Ci ostatni stawali zwarci i gotowi do walki w umówionych miejscach i wyruszali na swoich drakkarach naprzeciw wrogowi. Dzięki mapie dowiedzieliśmy się, że w niespełna tydzień odwiedziliśmy trzy takie wzniesienia kamiennymi kominami w naszej okolicy.

Zanim wróciliśmy do domu, zjedliśmy jeszcze nasze zabrane z domu matpakke. Nie ma to jak jedzenie na dworze; wszystko wtedy smakuje lepiej.

Galerię z Lindesnes już możecie oglądać na naszym blogu :)

sobota, 10 lipca 2010

Na jagody

Pamiętacie tę książkę Konopnickiej? W mojej były przepiękne obrazki, które dzisiaj pamiętam bardziej niż treść. Ale od czego jest Internet? Teraz wpisując w Google frazę „Na jagody” można przeczytać bajkę z dziecięcych czasów, niestety obrazków nic nie zastąpi.

Książka Konopnickiej przypomniała mi się podczas jednego z naszych popołudniowych spacerów w minionym tygodniu. Wybraliśmy się na kilkukilometrowy spacer na jedno z pobliskich wzniesień. Tradycyjnie już na tego typu wycieczki wzięliśmy ze sobą tylko wodę (byliśmy po wielkim pysznym obiedzie, więc zabieranie jedzenia mijało się z celem).

Wchodzimy do lasu, a tam aż niebiesko od jagód! Nie wyobrażacie sobie, jak żałowałam, że nie wzięłam choćby najmniejszego pojemniczka na nie. Całą drogę na górę i z powrotem (przez co nawet nie wiem, kiedy mi ona minęła) snułam plany co mogłabym z tych jagód zrobić. Muffiny, biszkopt, naleśniki, gofry, racuchy, koktajle… W drodze powrotnej wymyśliłam, że wybiorę się na jagody. Jednak przez następne dni padało i na jagody pojechaliśmy dopiero dzisiaj.

Mieliśmy niewiele czasu, bo zaplanowaliśmy też na dzisiaj długą wycieczkę na najbardziej południowe południe Norwegii, czyli do Lindesnes (o tym napiszemy jutro i oczywiście wrzucimy nowe foty). Jagód nie zebraliśmy jakoś specjalnie dużo, ale na muffiny i naleśniki jutro starczy :)

Gwoli wyjaśnienia, nie jestem zwolenniczką zbierania owoców – wręcz nie cierpię tego. Nienawidziłam jeździć na grzyby, a na jagodach ostatni raz byłam we wczesnej podstawówce. Moją motywacją do wybrania się do lasu była książka Marleny de Blasi „Tysiąc dni w Toskanii”. Kiedy czytałam o wyprawach głównych bohaterów na trufle, o zbiorach oliwek, gruszek czy świeżych ziół, też chciałam gdzieś się wybrać i coś sama zebrać. No i padło na te nieszczęsne jagody.

Najbardziej żal mi Boba, któremu zupełnie nie chciało się wstawać w sobotę o 7:30 tylko po to, żeby klęczeć przy jakimś krzaku i szukać owoców. Na szczęście obeszło się bez kleszczy, no i perspektywa tych naleśników wszystko mu zrekompensuje ;]

środa, 7 lipca 2010

Norweskie festiwalowe lato nad morzem


Lato na południu Norwegii w pełni. Pogoda jest tak słoneczna, że lokalnym zbiornikom wody grozi wyschnięcie. Władze komuny zarządziły zakaz używania wody do zraszania domowych ogródków (Bob mówi, że zakaz nie dotyczy mojego ziołowego ogródka;]). Mimo zagrożenia suszą ludność tutejszych nadmorskich miasteczek od dawna ma wypełniony terminarz imprez letnich na świeżym powietrzu.

Pokrótce pisałam już o niektórych wydarzeniach, które miały miejsce od naszego przyjazdu. Jutro zaczynają się Dni Kaperskie. Impreza potrwa do niedzieli. Będą inscenizacje, pianaparty dla najmłodszych, koncerty, jarmarki, promocje w butikach, wesołe miasteczko i jak zwykle mnóstwo ludzi w centrum. Z okazji tego wydarzenia do lokalnej gazety dołączony został, dwukrotnie przewyższający ją objętością dodatek z dokładnym programem eventu, opisem wszystkich wydarzeń towarzyszących, reklamami sklepów oferujących swoje produkty w promocyjnych cenach oraz zdjęciami z Dni Kaperskich z poprzednich lat.

Nie jest to jedyna impreza, która w tym tygodniu miała miejsce u nas. Nie dalej jak 2 dni temu tutejsze dzieciaki mogły się bawić na swoistego rodzaju festynie zorganizowanym przez rozgłośnię radiową (coś jak polskie Lato z Radiem…). Były konkursy, zabawy, gratisy. Popołudniu wszystkie dzieciaki biegały obładowane kolorowymi kartonami z napojami, które otrzymywały bezpłatnie.

Wcześniej pisałam na blogu o Festynie Amerykańskim, z którego zdjęcia opublikowaliśmy w Galerii. Po jego zakończeniu gazety pisały, że podczas imprezy kończącej Festiwal, na zamontowanym pod sceną parkiecie tańczyło ponad 1000 osób w różnym wieku. Mnie najbardziej ujęła pewna para staruszków, która miała niemałe trudności z chodzeniem, a jednak za każdym razem kiedy zespół grał jakąś skoczną muzykę wychodziła na parkiet i przy aplauzie zgromadzonych tańczyła. Niektórzy przebierali się w stroje rodem z Ameryki. Obowiązkowym dodatkiem do stroju był kapelusz, najlepiej kowbojski. No i te wszystkie amerykańskie auta… dla miłośników czterech kółek był to prawdziwy raj.

Na festynie był też (a jakże!) polski akcent. Wesołe miasteczko, które zapewniało atrakcje dzieciom i młodzieży, podczas gdy rodzice pląsali w rytm hitów country, prowadzone było przez naszych rodaków. Śmialiśmy się, że pan Romek ma dyżur w kasie, a pan Zbyszek z panem Bronkiem obsługują strzelnice. Z okazji Dni Kaperskich też przyjechało wesołe miasteczko, ciekawe czy i tym razem usłyszymy swojskie „k***a” przechodząc obok karuzeli dla maluchów.

Wygląda więc na to, że bez względu na to, czy jest to nadmorska miejscowość w Polsce, czy w Norwegii lato wygląda tak samo. W najbliższym czasie czeka nas airshow, wyścigi łódek, mecze siatkówki plażowej w centrum miasta, wizyty cruisów… nie ma co -  dzieje się;]

Zobacz galerię zdjęć z Festiwalu Amerykańskiego!

piątek, 2 lipca 2010

Ogródek ziołowy Eve


Nie wiem czy to za sprawą norweskiej miękkiej wody, czy też norweskie słońce świeci inaczej, w każdym razie okazało się, że całkiem nieźle radzę sobie z roślinami…

…mi tez było trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, że moja pierwsza roślina tutaj (pietruszka) umarła na drugi dzień po zakupie. Nie można też zapominać o moich trzyletnich, jak się okazało skutecznych, staraniach zmierzających do przekonania kolegów z biura, że ja i to co w doniczkach (czymkolwiek by to było) nie nadajemy na tych samych falach.

Tutaj w Norwegii okazało się jednak, że mam rękę do roślin! Jakiś miesiąc temu posadziłam przywiezione z Polski ziarenka do 10 doniczek. W 9 z nich rozwijają się śliczne zielone roślinki – tylko kminek nie chciał wyrosnąć, nie wiem, czemu :/ Są też trzy doniczki z roślinkami kupionymi tutaj w Norwegii. Pierwsza była bazylka – kupiłam ją tego samego dnia, co pietruszkę. O ile po tej ostatniej nie została nawet doniczka, o tyle bazylia ma się świetnie, a ja nie wyobrażam sobie pomidora bez listów świeżej bazylii. Dwie pozostałe roślinki tutaj nabyte to rozmaryn i oregano. Wszystkie te roślinki tworzą mój mały ogródek. Codziennie rano po śniadaniu, jak Bob wyjdzie już do pracy, roślinki są przenoszone na balkon, gdzie w zależności od pogody są do wieczora, czasem krócej. Po południu podlewam je, a na wieczór przenoszę z powrotem do mieszkania, gdzie na parapecie czekają na kolejny dzień. Raz na tydzień spryskuję je wodą.

Zioła, które kupiłam tutaj w marketach wykorzystuję na co dzień w kuchni; na te, które posadziłam będę musiała trochę poczekać. Ale już się nie mogę doczekać świeżej kolendry, koperku, pietruszki, tymianku, estragonu, lubczyku, majeranku, mięty i cząbru.

Nasionka kupiłam dlatego, że bałam się, że tutaj w Norwegii nie będzie tak szerokiego wyboru przypraw jak w Polsce. Skandynawska kuchnia bardzo często ogranicza się do używania pieprzu i soli. Stwierdziłam więc, że sama sobie zasadzę roślinki i będę hodować własne przyprawy. Poza tym zawsze chciałam mieć zioła w doniczkach na oknie. Oczywiście okazało się, że w Norwegii jest równie szeroki wybór przypraw, co w Polsce, ale i tak będę uprawiać moje roślinki - tak ładnie wyglądają na oknie. A jak dodaje się je do potraw, od razu wszystko smakuje lepiej.