Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Jej Królewska Wysokość, Kazalnica


Kazalnica to polskie tłumaczenie norweskiej nazwy Preikestolen (ang. Pulpit Rock). Ta wysoka na ponad 600 metrów skała wyrasta z dna Lysefiordu i zakończona jest wiszącą nad fiordem niemal idealnie płaską powierzchnią. Całość z dołu wygląda jak ambona i należy do najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych miejsc turystycznych w Norwegii.

Podobnie jak setki tysięcy turystów z całego świata, my również postanowiliśmy zdobyć Preikestolen. Pierwszy raz dokonaliśmy tego rok temu, jednak kiepska pogoda i deszcz nie pozwoliły wtedy cieszyć się widokami. Dlatego w tym roku podjęliśmy drugą wyprawę, tym razem w pełnym słońcu.

Preikestolen znajduje się w pobliżu Stavanger (czwarte co do wielkości miasto w kraju), do którego z Sørlandet (południe Norwegii) można dojechać stosunkowo szybko. W czasie podróży uwzględnić trzeba jednak przeprawę promową - albo ze Stavanger do Tau albo z Lauvvik do Oanes (rozkłady promów na stronie Tide.no).

Cała trasa na Preikestolen jest bardzo przyjemna i popularna wśród ludzi w każdym wieku, z przeróżnych zakątków świata. Po drodze słyszeliśmy chyba wszystkie możliwe języki Europy, w tym również dużo polskiego; byli też Niemcy, Francuzi, Hiszpanie, Włosi, Rosjanie no i oczywiście Norwegowie. Droga na szczyt minęła nam bardzo szybko; powinniśmy byli ją pokonać w 2 godziny, ale na szczycie byliśmy po niespełna 90 minutach.

Ze szczytu roztacza się przepiękny widok na okolicę – fiord oraz miejscowość Lysebotn, gdzie w zeszłym roku nocowaliśmy na kempingu, a w tym roku rozpoczęliśmy wyprawę na Kjerag. W dole widać malutkie (z naszej perspektywy) stateczki; wszystko wygląda majestatycznie i niesamowicie. Półkę wypełniają opalający się ludzie. Część grilluje, inni spożywają swoje matpakke. Co odważniejsi kładą się nad krawędzią i spoglądają w dół. Jest ekstra.

Drogę powrotną pokonaliśmy jeszcze szybciej. Znacznie mniej ludzi próbowało po południu wejść na szczyt, dzięki czemu nie robiły się zatory i przestoje na drodze. W sklepiku z pamiątkami znaleźliśmy z Bobem nasze wymarzone czapki na zimę. Profilaktycznie jeszcze ich nie kupiliśmy (na wszelki wypadek, jakby nasz pośpiech z zakupem odzieży zimowej miał jakoś wpłynąć na skrócenie lata tutaj, woleliśmy nie ryzykować;]).

Dzień był naprawdę cudowny, a po wysiłku fizycznym cała nasza czwórka spała jak dzieci. Dopiero dziś zaczęliśmy odczuwać skutki wyprawy - spaloną słońcem skórę, spieczone karki i bolącą Boba od przegrzania głowę. Ale co tam :)

Zapraszamy do gorącej (jak słońce w Norwegii) galerii zdjęć z Preikestolen!

czwartek, 24 czerwca 2010

Na plaży fajnie jest. Zwłaszcza w świętego Hansa


Od dwóch dni mamy gości z Polski :) dzięki czemu jest znacznie weselej w naszym domku i jednocześnie bardziej tłoczno. Nam się podoba, choć sąsiedzi mogą mieć na to inny pogląd. Ich pech...

W ramach zapoznawania gości z regionem wybraliśmy się wczoraj na wycieczkę po miasteczku, a popołudniu, jak Bob wrócił z pracy poszliśmy wszyscy na dwugodzinny spacerek piękną trasą wzdłuż fiordu. Fantastycznie było tak iść w słońcu, mając po jednej stronie Boba, a po drugiej zapierający dech w piersiach widok na fiord.

Po spacerze myśleliśmy zamiar zrobić grilla - zgodnie z norweską tradycją, wg której w dzień św. Hansa (St. Hans) wszyscy się spotykają, podpalają stosy drewna, grillują i bawią się do późna. Niestety na zamiarze się skończyło. Nie mieliśmy niezbędnych na grillowanie produktów - pieczywa, ani piwa, a że było już po 20, zakup nie był możliwy. Niewielka strata - bo w naszym regionie noc świętojańska (czy może świętohańska?) i tak tłumniej obchodzona jest w pierwszy weekend po dniu, kiedy naprawdę wypada. Czyli wszystko przed nami :). A jest na co czekać... Na plażach i wyspach zapłoną ogromne ogniska, wody fiordów i zatok zaroją się od łódeczek, a powietrze zamgli od unoszącego się znad grilli dymu. Na pewno dołączymy się z naszym małym grillem do ogólnego świętowania. Zwłaszcza, że z Polski przyjechała do nas kiełbasa, której tutaj nie ma. W Norwegii grilluje się przeważanie grube i cienkie parówki, ryby lub wszelkiego rodzaju mięso.

W związku z St. Hans w marketach od kilku tygodni promowane są na wielką skalę produkty do upieczenia – zarówno w marynacie, gotowe do wrzucenia na ruszt, jak i czyste, które każdy może doprawić wedle uznania. W Norwegii niezwykle popularne są też grille jednorazowe. Na tutejsze pieniądze kosztują one grosze, a pozbawiają grillujących całego problemu ze składaniem grilla i pakowaniem go przed droga powrotną. Poza tym są znacznie lżejsze niż tradycyjne grille i o wiele bardziej poręczne.

A wracając do wczoraj... Po spacerze wpadliśmy na chwilę do domu, przebraliśmy się w cieplejsze ubranka i pojechaliśmy na plażę. Było po prostu super! Woda spokojna, zero wiatru, mało ludzi. Przeszliśmy się kawałek po plaży brodząc w wodzie. Z domu zabraliśmy trochę alkoholu, chipsy i orzeszki. Posiedzieliśmy kilka godzin na kocyku, powspominaliśmy dziecięce lata – ulubione seriale i bajki na Polonia 1, kolekcje obrazków z gum Turbo i zabawek Kinder niespodzianek, smak gum kulek i zbierane naklejki do specjalnych albumów, ulubione desery i formy spędzania wolnego czasu…

Nasze wspomnienia ostudził trochę chłód od wody, więc zabraliśmy rzeczy i wróciliśmy do domu, gdzie do północy kontynuowaliśmy rozmowy na przeróżne tematy.

Atmosfera na plaży była super, zgodziliśmy się oboje z Bobem, że będziemy musieli częściej wybierać się wieczorami na plażę, wykorzystując długie letnie norweskie dnie.

A na koniec galeria zdjęć "Plaże Norwegii" - zapraszamy!

niedziela, 20 czerwca 2010

Niedziela, 15:00 - śniadanie nad fiordem


W ten weekend, wyjątkowo jak na nas, nie mieliśmy sprecyzowanych wcześniej planów wyjazdowych.

Sobota do wczesnego po południa minęła nam na domowych porządkach i nauce norweskiego. Potem zjedliśmy szybki obiad i postanowiliśmy pozwiedzać miejsca w okolicy, które do tej pory znaliśmy tylko z mapy.

Wycieczka była jak zwykle super; nie dojechaliśmy co prawda do najdalej na południe wysuniętego miejsca w Norwegii (Lindesnes Fyr), ale byliśmy w jego pobliżu - w Korshamn. Tam zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy na nabrzeżu i patrzyliśmy na chylące się ku zachodowi słońce.

Potem pojechaliśmy w głąb lądu, na wzniesienia, skąd chcieliśmy obejrzeć zachód słońca. Niestety po raz kolejny zwiodło nas norweskie oznaczenie szlaków turystycznych i w rzeczywistości doszliśmy tylko pod górę, która skutecznie zasłoniła nam zachodzące słońce:). Na szczęście śliczne widoki na trasie rekompensowały brak możliwości zobaczenia prawdziwego zachodu słońca. Postanowiliśmy natomiast, że pojedziemy go zobaczyć nad otwarte morze jeszcze w tym tygodniu.

Po powrocie do miasteczka wybraliśmy się na nocny spacer – sobota wieczór, więc miasto nawet po północy żyje - zwłaszcza, że to prawie najdłuższa noc w roku! Na miejskim nabrzeżu do 2 w nocy odbywała się impreza taneczna na wolnym powietrzu, przy muzyce na żywo. Dominowali na niej jednak ludzie w wieku średnim, natomiast ci młodsi "wysypywali się" z lokali w centrum albo po prostu bawili się na ulicach. My przeszliśmy się po okolicy i wróciliśmy do domu.

Muszę przyznać, że już dawno nie kładłam się tak późno spać. Nic więc dziwnego, że dzisiaj zwlekłam się z łóżka o… 11! Nie pamiętam kiedy tak długo spałam… Zamiast śniadania wypiliśmy kawę i zagryzaliśmy ją upieczonymi przeze mnie w piątek drożdżowymi oponkami.

Potem otworzyłam w naszej łazience zakład fryzjerski :) moim klientem oczywiście był Bob, którego włosy rosną w Norwegii w zastraszającym tempie i już drugi raz od naszego przyjazdu tutaj trzeba je było obcinać! Muszę się pochwalić, że z obcinania na obcinanie moje zdolności fryzjerskie rosną, a włosy Boba po mojej ingerencji wyglądają coraz lepiej.

Po „fryzjerze” stwierdziliśmy, że wypadałoby zjeść śniadanie. Pogoda była jednak zbyt ładna, żeby jeść je w domu, więc wybraliśmy się nad pobliski fiord. Wszystko smakuje lepiej, kiedy je się to na dworze. Wierni tej zasadzie zapakowaliśmy kanapki, termos z kakao, owoce, słodkie bułki i jogurty. Niemal wszystko pochłonęliśmy nad fiordem.

Stamtąd udaliśmy się na podbój kolejnych fortyfikacji zostawionych w spadku Norwegom przez „wdzięczny za gościnę podczas II Wojny Światowej” Naród Niemiecki. Po raz pierwszy w forcie było prawdziwe działo! Pochodziliśmy trochę po okolicy i okazało się, że niemal cała została ufortyfikowana. W każdej grupie skał kryły się bunkry, stanowiska do ostrzału, schrony. Znaleźliśmy nawet pokaźnych rozmiarów tunel pod skałami, do którego swobodnie wjechałaby ciężarówka. I pomyśleć, że tyle pracy fanatyków spod znaku swastyki poszło na nic... fort nigdy nie został użyty podczas działań wojennych :). My do wielu instalacji nie odważyliśmy się wejść; poszliśmy jednak do pobliskiej małej latarni morskiej. Wyglądała na odwiedzaną tylko przez dzikie zwierzęta...

Kiedy znów wsiedliśmy do samochodu okazało się, że już jest po 18, a nasze żołądki jak na komendę zaczęły się domagać obiadu. Wspólnymi siłami wyrobiliśmy się z posiłkiem w pół godziny, co jest naszym swoistym sukcesem.

Po obiedzie po raz kolejny obejrzeliśmy „Mamma Mia!”. Całą drogę do fiordu i z powrotem słuchaliśmy w aucie soundtracku z tego filmu a ja tradycyjnie śpiewałam… i stwierdziłam, że dziś jest dobry dzień na mój absolutnie ulubiony musical.

Właśnie skończyliśmy oglądać film, Bob bohatersko znosił piosenki ABBY na trzeźwo do 80 minuty filmu, potem skapitulował i musiał się ratować Johnnym Walkerem ;)

I tak minął nam kolejny weekend tu w Norwegii.

czwartek, 17 czerwca 2010

Uroczy Flekkefjord i jego okolice

Nietypowo dla nas, bo w środku tygodnia, postanowiliśmy się udać na „dalszą wycieczkę”. W naszym słowniku oznacza to mniej więcej jazdę samochodem na odległość większą niż 10 km :).

Bob myślał nad pojechaniem tam już od jakiegoś czasu, a wiejący dzisiaj u nas silny wiatr (dochodzący do 10 m/s) i bardzo ładna bezwietrzna pogoda we Flekkefjord przekonała również mnie do odwiedzenia tego miasteczka.

Pogoda tradycyjnie już była piękna, słońce świeciło, przez co kolory mijanych przez nas domów, lasów i wód były jeszcze intensywniejsze. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęła nam droga.

Zaparkowaliśmy autko tuż nad wodą i ruszyliśmy najpierw do informacji turystycznej po mapę, a potem do marketu po dodatkowe jedzenie (owoce). W związku z planowanym wyjazdem dzisiaj miałam odebrać Boba prosto z pracy, tak żebyśmy nie tracili czasu na jego powrót do domu i jedzenie obiadu. Ten ostatni miały zastąpić usmażone przeze mnie w domu naleśniki, spożyte gdzieś nad wodą. Niestety z braku większej ilości mleka, wyszło mi tylko 5 naleśniczków... Ale były przepyszne!

W centrum miasteczka mieliśmy wątpliwą przyjemność zobaczyć prawdziwy asylmottak. Jest to takie miejsce, gdzie mieszkają i przebywają obcokrajowcy czekający na azyl w Norwegii oraz ci, którzy azyl już dostali, a teraz czekają na mieszkanie od państwa :]. Przed budynkiem siedzi grupa ciemnoskórych mężczyzn bliżej nieokreślonej narodowości i kopci papierosy. W środku widać stół bilardowy... Ciekawe czy piłkarzyki też mieli... Nieważne. Minęliśmy asylmottak i wkroczyliśmy w świat uroczych drewnianych domków i… księgarni. W norweskich księgarniach, oprócz książek można też kupić przybory papiernicze, plakaty, segregatory, a także pamiątki. Bob poszedł oglądać kalendarze, ja skupiłam się na książkach o Norwegii. Wśród nich było także kilka pozycji o kuchni norweskiej… oczywiście nie mogłam wyjść z tej księgarni bez książki kucharskiej. Skusiłam się na uroczą książeczkę (niestety w języku angielskim, a nie norweskim) „Word Cuisine: Scandinavia”. Zapytałam oczywiście panią w księgarni, czy nie mają tego po norwesku i tutaj spotkała mnie niespodzianka :) Pani stwierdziła, że jestem Norweżką! Jestem z siebie dumna i z mojego norweskiego też, trochę ponad miesiąc temu w hotelu w Oslo o wszystko pytałam po angielsku, a teraz znacznie łatwiej przychodzi mi artykułowanie moich pytań i wątpliwości w języku norweskim.

Z księgarni udaliśmy się na punkt widokowy i zwiedziliśmy też "holenderskie miasteczko" (Hollenderbyen). Jest to najstarsza część Flekkefjord, którą tworzą zachowane z XVIII wieku drewniane domki w swojej architekturze przypominające te w Holandii – niska, ciasna zabudowa. Mieszkańcy Flekkefjordu przez kilkaset lat (XVI - XVII wiek) prowadzili intensywną wymianę handlową z Holendrami, stąd też nieco egzotyczne holenderskie miasteczko w środku Norwegii.

Flekkefjord zrobił na mnie wielkie wrażenie; podobnie jak Mandal jest uroczym i kameralnym miasteczkiem, pełnym kafejek, knajpek i ładnej zabudowy. Jadący samochodem Norweg zatrzymuje się tutaj na środku skrzyżowania, żeby pogadać z przechadzającym się znajomym, a jadący za nim nie trąbią, ale grzecznie go omijają, tak aby nie przeszkadzać w konwersacji. Staruszka pracująca w ogrodzie ostrzega nas - turystów, abyśmy skorzystali z innej drogi na punkt widokowy, bo ta jest niebezpieczna z powodu obsuwających się kamieni. Dzieciaki na podwórku widząc parę idącą z mapą (kolejne nasze wcielenie) zagadują po angielsku, bo jak wołają „because we love speak English”.

Powoli wchłaniam tę norweską atmosferę i zaczynam się czuć tutaj jak w domu!

Galeria zdjęć z Flekkefjordu >>>

wtorek, 15 czerwca 2010

Norweska Solidarność


Tutaj mówi się o nich bez przerwy, jednak ich norweska odmiana nie jest prawie w ogóle komentowana w Europie. Znacznie częściej mówi się o tych francuskich, w Paryżu. Strajki. W Polsce naszych rodziców były dość powszechne, a w naszej polegają na wycieczkach autokarowych uciśnionej grupy zawodowej pod Sejm lub znanych i lubianych głodówkach. Jaki to przynosi kraju skutek można poczytać w mediach.

Tymczasem norweskie strajki to coś zupełnie innego. W przeciągu ostatniego tygodnia w kraju odbywa się drugi strajk. Pierwszy trwał ok. 10 dni i zakończył się w zeszły czwartek. Zorganizowany był przez związki zawodowe i obejmował pracowników sektora publicznego i transportowego. Drugi rozpoczął się dzisiaj – tym razem strajkują konwojenci i ochroniarze.

Podczas pierwszego strajku do sklepów nie docierały dostawy; przez kilka dni nawet na drzwiach Vinmonopolet (rządowego sklepu monopolowego, jedynej sieci z koncesją na alkohol mocniejszy od piwa) była informacja, że z powodu strajku może brakować towaru. I tak z każdym dniem zasoby z trunkami topniały w oczach… Strajk pracowników sektora publicznego spowodował równocześnie, że przedszkola, szkoły, a często nawet szpitale były zamknięte.

Dzisiaj przy kasie w markecie pojawiła się informacja – jeśli posiadasz drobne pieniądze bardzo będzie nam miło, jeśli nimi zapłacisz. W związku ze strajkiem nie jest odbierany utarg ze sklepów, nie jest przywożony bilon do wydawania, nie ma dostaw pieniędzy do bankomatów. Zamknięte są także muzea, bo nie ma nikogo, kto kontrolowałby bilety wstępu. Swoje pięć minut mają połączenia autobusowe i kolejowe między miastami. Wszystko dlatego, że zamknięte są niektóre lotniska - strajkują przecież pracownicy ochrony.
Strajk ma też jedną dobrą stronę - nie pracują pracownicy bramek, na których pobierane są opłaty za przejazd drogą. Dlatego wieloma normalnie płatnymi trasami w tej chwili przejedziemy gratis :). Nas to niestety nie dotyczy, bo w rejonie naszego miasteczka bramki są zautomatyzowane...

Strajki organizują duże centrale związkowe. Większość czynnych zawodowo Norwegów należy do jakiegoś związku, a członkostwo jest płatne. Na wypadek strajku ze składek wypłacane są wypłaty dla pracowników, którzy w czasie strajku nie pracują.

Przyczyny strajków w Norwegii są takie same jak wszędzie – chodzi o pieniądze. Forma, którą przybiera on tutaj w Norwegii jest jednak znacznie bardziej skuteczna niż np. w Polsce. Strajki uderzają bowiem w każdego obywatela, który nie może przykładowo wyciągnąć pieniędzy z bankomatu, polecieć do pracy czy na dawno zaplanowane wakacje albo kupić jedzenia. Jednocześnie wszyscy tutaj są bardzo wyrozumiali dla strajkujących. Strajk to poważna sprawa w Norwegii; kiedy trwa długo, w radiu pojawiają się spoty informujące dlaczego dana grupa zawodowa strajkuje. Zwykle związkom udaje się wywalczyć podwyżki, a życie zwykłych obywateli wraca do normy…

...do następnego strajku ;]

niedziela, 13 czerwca 2010

Beautiful day w Kristiansand


W sobotę przy śniadaniu ustaliliśmy, że niedzielę spędzimy w Kristiansandzie, piątym co do wielkości mieście Norwegii (70 000 mieszkańców). Zaplanowaliśmy wyjazd na cały dzień, dlatego sobotę spędziłam w kuchni przygotowując nam prowiant na drogę. I tak dzisiaj do Kristiansandu wybraliśmy się z domowej roboty pizzerkami, słodkimi bułeczkami z dżemem i cynamonem oraz... termosem kakao!

Wyruszyliśmy z domu około 9 rano. Do Kristansandu dojechaliśmy w mniej niż dwie godziny. Pogoda była dokładnie taka, jak zapowiedzieli synoptycy – bezchmurne niebo, słońce, ok. 20 stopni i wiaterek (ale w nadmorskim Sørlandet to norma). Na miejscu najpierw poszliśmy zobaczyć zabytkową dzielnicę miasta - Kwadraturę. Znajdują się tam stare drewniane domki z XVII, XVIII i XIX wieku. Te najstarsze są pięknie odrestaurowane, w niektórych są kawiarenki, w innych muzea. Pozostałe domy są cały czas zamieszkałe. Trudno mi sobie wyobrazić, jak czują się mieszkańcy domku, pod którym staje para turystów z przewodnikiem i czyta tablicę pamiątkową. W każdym razie nikt nam nie zwrócił uwagi za zakłócanie niedzielnego przedpołudnia. Cechą szczególną Kwadratury jest to, że zaprojektowana została "z ekierką" - wszystkie ulice krzyżują się idealnie pod kątem prostym i tworzą szereg sąsiadujących ze sobą kwadratów.

Stamtąd udaliśmy się na Rynek, gdzie w sąsiedztwie katedry zjedliśmy pierwszą porcję naszych zapasów. Po drodze widzieliśmy cudowną piekarnio-kawiarnię (konditori). To właśnie to miejsce zainspirowało nas do zjedzenia kolejnych zapasów z naszej matpakke. Jakież oni tam bułki mieli, a jak pachniało pieczywem i kawką…

Spod Katedry wybraliśmy się na pobliską wysepkę, na której wytyczono kilka tras rekreacyjnych. Po drodze minęliśmy „zabytkowego” McDonaldsa (zdjęcie tego „cudu” architektury możecie zobaczyć w dzisiejszej Galerii), zatrzymaliśmy się w porcie i podziwialiśmy piękne łodzie i luksusowe jachty, a potem wkroczyliśmy na wyspę. Widzieliśmy kolejne zachowane tutaj umocnienia z czasów wojny, obserwowaliśmy norweską młodzież na skuterach wodnych – nie wiem, jak udawało im się nie spaść z nich przy takiej prędkości, jaką osiągali.

Pochodziliśmy po wyspie, odpoczęliśmy trochę na trawiastej plaży, a potem przeszliśmy się nadbrzeżną promenadą i posiedzieliśmy trochę na plaży miejskiej (tym razem piaszczystej).
Wszędzie słyszeliśmy i widzieliśmy wielu Polaków. Kristansand jest 10 razy większy niż nasze miasteczko i łatwiej tu o pracę, więc - podobnie jak inne większe miasta Norwegii - przyciąga rodaków.

Wracając z Kristansand zatrzymaliśmy się w Mandal. Bardzo spodobało mi się to miasteczko, niezwykle przytulne, niska drewniana zabudowa, kameralne sklepiki. Przeszliśmy się też plażą. Morze było tradycyjnie czyste jak kranówka, a woda przyjemnie chłodna. Na plaży zjedliśmy lody i jak tylko wyschły nam stopy ruszyliśmy do samochodu i w drogę powrotną.

Dzień był naprawdę super - taki przyjemny, ciepły i spędzony tylko we dwoje…

Wycieczką do Kristiansandu zakończyliśmy zwiedzanie pięciu największych miast Norwegii (część odwiedziliśmy już rok temu - i tego nie przeczytacie na blogu:) ). Z tej piątki najbardziej podoba mi się właśnie poznany dzisiaj Kristiansand – którego zabytkowa część miasta oddzielona jest od nowoczesnej rzeką, dzięki czemu ma się wrażenie, że będąc w centrum, jest się w niezwykle kameralnym miejscu.
Godne polecenia jest również Oslo, chociaż bardziej do pozwiedzania niż życia – Park Vigelanda zachwyca, Holmenkolen imponuje wielkością, a Aker Brygge zaskakuje multikulturowością.
Niżej oceniam Bergen – duży minus za pogodę (ciągle pada), ale mają dużo fajnych białych klimatycznych drewnianych domków. Wielką piątkę zamyka Trondheim – poza katedrą Nidaros nie ma tam moim zdaniem nic ciekawego, a zabudowa miasta jest po prostu brzydka. Świadomie opuściłam w zestawieniu Stavanger. Miasto ma swój urok i charakter (naftowo - śledziowy), ale chyba jeszcze za mało je poznałam. Co oczywiście jeszcze w tym roku postaram się nadrobić:)

W tym miejscu dodam już tylko, że bardzo bardzo bardzo podoba mi się jeszcze Ålesund ze swoją białą zabudową i wzgórzem Aksla i całym klimatem fiordów. Ale i tak najbardziej mi się podoba w naszym małym miasteczku, w którym zadomowiłam się już i czuję jak u siebie :)

Galeria zdjęć Kristiansand! >>

czwartek, 10 czerwca 2010

Eve vs Krewetki



Krewetki – lubi się je lub nie. Ja ich nie lubię, bo szczerze mówiąc brzydzę się nimi. Są różowe, mają mnóstwo nóżek i do tego czarne oczka i wąsiki. Nie wiem sama z czym mi się kojarzą, ale na pewno nie kojarzą mi się dobrze.

Myślę, że moja niechęć do nich wywodzi się jeszcze z czasów podstawówki, za sprawą „referatów” z biologii. Musieliśmy je pisać w piątej albo szóstej klasie. Polegało to na tym, że szło się do biblioteki, i prosiło o „coś na referat z biologii o….”. Sympatyczna bibliotekarka dawała jedną z wielkich encyklopedii zwierząt i tutaj następowała najmniej przyjemna część – przepisywanie tego co się znalazło pod poszukiwanym hasłem. Jako że polski system edukacji nie wykształcił w piątoklasistce umiejętności selekcji informacji pod względem ich przydatności dla kolegów i koleżanek z klasy – przepisywało się wszystko. Mi oczywiście w udziale przypadły krewetki. Spędziłam w bibliotece dwa popołudnia i zapisałam dziewięć i pół strony. I choć mój referat został oceniony na szóstkę, nigdy nie polubiłam ani krewetek ani biologii.

Los chciał, że kilkanaście lat później przeprowadziłam się do kraju, gdzie w każdym markecie jest lodówka z wielkim napisem „Reker” (czyli krewetki), a mężczyzna, z którym się tutaj znalazłam jest ich wielkim wielbicielem. Tak więc kwestią czasu było, kiedy przyjdzie mi się zmierzyć z nimi w kuchni. Zawczasu rozejrzałam się w Internecie za sposobami „obierania krewetek” i bogatsza o tę wiedzę, po dwóch tygodniach od zakupu 200 gram tych stworów (mówiłam już, że uwielbiam moją nową lodówkę tutaj z kilkoma komorami do zamrażania?) postanowiłam przyrządzić z nich potrawkę.

Teoria teorią – ot odetnij główkę krewetce, ściągnij pancerzyk, wyskub żyłkę, opłucz pod zimną wodą. Co to dla mnie? Niestety w żadnych z cudownych internetowych porad nikt nie napisał jak przemóc obrzydzenie na myśl o wzięciu tego różowego paskudztwa do ręki!

Krewetki się rozmroziły, rozsupłałam worek w którym były, wyrzuciłam zawartość do miseczki i zwątpiłam w moją siłę woli. Przez chwilę zastanawiałam się nad jakimiś rękawicami. W domu są tylko ogrodowe, ubabrane ziemią po tym jak przesadzałam rośliny oraz zimowe. Znikąd ratunku, jestem tylko ja i krewetki. Nie ma wyjścia muszę wziąć to coś do ręki. Powtarzając sobie, że to na pewno jest martwe i nie zacznie się ruszać ani nie ugryzie mnie, wzięłam do ręki pierwszą krewetkę. Ucięłam jej łebek, wygrzebałam wszystko co wydawało mi się obleśne (jeszcze bardziej obleśne niż sama krewetka), ściągnęłam pancerzyk z ogonka i przytrzymując nożykiem pancerzyk i odnóża z jednej strony pociągnęłam odwłok. Przede mną leżał biało-różowy środek krewetki, przypominający trochę grubszą dżdżownicę. 1:0 dla Eve w obieraniu krewetek! Ani się obejrzałam miseczka zapełniła się oczyszczonymi krewetkami.

Potem zamarynowałam je w oliwie, soku z cytryny, czosnku i przyprawach (sól czosnkowa, pieprz cayenne, imbir, goździki, cynamon i kurkuma). Ugotowałam do nich ryż „po seczuańsku” – ugotowany ryż podsmaża się z rozbełtanym jajkiem, pokrojonym porem, marchewką i groszkiem - oraz sosik warzywny (cebulka, papryka, mrożona marchewka, groszek i kukurydza, pokrojony por, seler naciowy, ananas z puszki, zalane to rozcieńczonym z wodą koncentratem pomidorowym i zagęszczone łyżeczką mąki ziemniaczanej – przyprawy wedle uznania).

Muszę przyznać, że krewetki wyszły mi rewelacyjne! Były tak dobre, że chyba częściej będziemy je przyrządzać. Nawet obieranie tych stworów daje sporo zabawy. Myślę, że oczyszczanie krewetek dodam jako obowiązkowy punkt do repertuaru atrakcji, jakie będziemy mieli dla wszystkich naszych gości z Polski :) Na liście jest już kanapka z brunostem i dżemem – ale o tym, co to jest i dlaczego jest takie dobre kiedy indziej :)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Kilka słów o tym, co można robić w Norwegii


Ostatnio rozmawialiśmy z Bobem o Norwegii, o tym, jakie to się może wydawać dziwne dla ludzi, którzy nas nie znają, że o to pewnego dnia spakowaliśmy dorobek naszego wspólnego życia i przeprowadziliśmy się „na daleką północ spać z niedźwiedziami polarnymi”. Na tym blogu Bob zdążył się już rozprawić z mitami dotyczącymi kraju wikingów, nie napisał jednak, dlaczego tutaj warto przyjechać.

Po pierwsze przemawiają za tym rankingi - według WHO Norwegia jest najlepszym krajem do mieszkania. Ale co innego suche rankingi, a co innego życie

W sobotę spędziliśmy przesympatyczny dzień. W południe wybraliśmy się do miasteczka na targi łodzi. Pogoda była super - słońce świeciło, wiał lekki, nieinwazyjny wiaterek, więc aura sprzyjała spacerom. Zeszliśmy na nabrzeże, a tam dzikie tłumy. W tygodniu poprzedzającym targi zainstalowane zostały specjalne pomosty, przy których w sobotę zaparkowały nowiusieńkie łodzie, motorówki, katamarany. Część nabrzeża została odgrodzona płotkiem, wzdłuż niego ustawiono namioty z jedzeniem, a środek wypełniły stoły. Jak tam pachniało – krewetki, pieczone ziemniaki, ryby, mięsa, sałatki, hot dogi – do wyboru do koloru. Płaciło się specjalnymi kuponami, które kupowało się przy wejściu. W centralnym miejscu znajdowała się scena, na której występowała orkiestra.

Jednak targi nie ograniczały się tylko do jedzenia. Większość sklepów w miasteczku z tej okazji zorganizowała specjalne promocje – buty damskie do 30% taniej, DVD – 20%, pelargonie 19,99 kr, odzież damska za pół ceny itd. W różnych miejscach w miasteczku – dziedziniec ratusza, park przy kościele, scena obok portowej kawiarni – dało się słyszeć muzykę. Fani rocka mogli pod kościołem usłyszeć Nirvanę, wielbiciele Abby pod ratuszem tupali w rytm „Mamma Mia!”, w kawiarence blond nastolatka przy akompaniamencie gitary śpiewała największe hity ostatnich lat. Całe miasteczko spotkało się w porcie, były rozmowy, śmiechy, degustacje wina, rejsy specjalnym statkiem po okolicy, wszystko w przesympatycznej atmosferze jarmarku rodzinnego. Z Bobem spędziliśmy chyba kilka godzin obserwując tutejszych mieszkańców.

Następnego dnia zdecydowaliśmy się zainaugurować sezon grillowy – w tym roku bez kaszanki, ale z łososiem i wienerpølser. Bob wypatrzył jakąś plażę przy pobliskim fiordzie i tam właśnie postanowiliśmy się wybrać. Aby tam dojść musieliśmy maszerować przez jakieś 40 minut. Początkowo drogą wzdłuż domów, a potem przez lasek, minęliśmy stadko zaskoczonych naszą obecnością krów i dotarliśmy na miejsce. Nie było tam żywej duszy! Na początku czułam się trochę nieswojo, że jak to tak samemu, a jak coś się stanie? Oczywiście nic się nie stało, a my wreszcie mieliśmy czas, żeby poczytać książki, poopalać się trochę i odpocząć od miasteczka.

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że w Norwegii są tysiące takich miejsc. Jesteś tam jedynym człowiekiem w promieniu kilku kilometrów, nikt nie zakłóca twojego spokoju, spędzasz czas na łonie natury i masz do tego całkowite prawo. Co weekend możesz jechać w inne miejsce i zawsze możesz być pewien, że zastaniesz tam ciszę i spokój. Dlatego warto tutaj przyjechać. Tu nikt się nie śpieszy, tu na wszystko jest czas. Idąc w gości zawsze możesz być pewien kieliszka wina, gofrów ze śmietaną i kubka gorącej czarnej kawy. Tutaj weekendy spędzasz na łonie natury. Jak akurat gdzieś w pobliżu miejsca, gdzie mieszkasz organizowany jest jakiś festyn, jedziesz tam, spotykasz znajomych, zjesz coś, może uda ci się kupić okazyjnie jakieś roślinki do ogródka?

Właśnie. Ogródek. Tutaj wszyscy mają ogródek, a jak go nie mają, to wystawiają przed mieszkanie wielkie donice, albo ozdabiają swój balkon przeróżnymi roślinami. Dałam się ponieść modzie na uprawę roślinek i… mam bazylię! Dla niektórych, znających moje podejście do roślin (pozdrowienia dla pewnego biura we Wrocławiu), może być to szok. A jednak! Od dwóch tygodni mieszka z nami bazylia, na początku myślałam, że podzieli los kupionej tego samego dnia natki pietruszki (zdechła po 2 dniach), ale nie. Bazylia trzyma się dzielnie, rozwija się, ma piękne liście, cudownie pachnie i nawet nie zapominam jej podlać codziennie. Dzisiaj kupiliśmy dla niej nową doniczkę (Bob mówi, że w tej co ma teraz może jej korzeniom być ciasno), na balkonie mam 50 kg ziemi (bardzo trudno tutaj o mniejsze paczki) i zielone rękawice ogrodowe. Jutro będę przesadzać bazylię i sadzić nowe ziółka, które przywiozłam w torebeczkach z Polski :) Jeszcze nie wiem, jak się sadzi roślinki, ale już się nie mogę tego doczekać.

PS: Wreszcie uruchomiliśmy galerię zdjęć (link na górze w menu lub kliknij tutaj). Będziemy też publikować kolejne albumy - bardziej tematyczne:)

sobota, 5 czerwca 2010

Historia pewnych wycieczek rowerowych



W minionym tygodniu pogoda u nas wciąż była bardzo ładna, dlatego aż dwukrotnie wybraliśmy się (dałam się namówić) na wycieczkę rowerową. Miasteczko, w którym mieszkamy położone jest na wysuniętym w morze półwyspie, dlatego wiatr jest tu na porządku dziennym i chcąc pojeździć na rowerze najlepiej wybrać dzień, kiedy wiatr jest słabszy. Dotyczy to szczególnie osób (mnie!), których kondycja jest "ograniczona".

W poniedziałek wybraliśmy się na ponad 30-kilometrową wycieczkę. Ten z pozoru niewielki dystans jak na wyprawę rowerową, w terenie górskim jest jednak nie lada wyczynem. Zwłaszcza dla mnie to naprawdę dużo kilometrów! Ostatnio wykręciłam tyle na rowerze jeszcze w czasach podstawówki. Wtedy trenowałam pływanie, więc byłam w formie; nie to co teraz. Trasa była przepiękna i polegała na okrążeniu sporej góry, w której wnętrzu dziś przebiega tunel dla aut. My jechaliśmy oczywiście "górą" -po zawieszonej nad fiordem półce skalnej. Widoki wręcz zapierały dech w piersiach - błyszcząca woda i wystające z niej małe zielone wysepki, gdzieniegdzie biała łódeczka, cisza i spokój.
Gdy podjazd okazywał się zbyt stromy po prostu prowadziłam rower, więc wszystko było w porządku. Wracając oczywiście musieliśmy zjechać z tej góry. To niesamowite uczucie sunąć w dół na rozpędzonym rowerze z taką prędkością! Mój licznik na rowerze zarejestrował maksymalną prędkość 49,7 km/h! Ale hamowałam, więc pewnie jakbym tego nie robiła, byłoby około 60 na godzinę.
Wycieczka była naprawdę super i następnego dnia nawet tak bardzo nie narzekałam na ból mięśni.

Druga z naszych wycieczek nie była już tak udana. Chcieliśmy okrążyć bardzo ładnie położone pobliskie jezioro. Rower wydawał nam się doskonałym środkiem przemieszczania się, bo jeziorko oddalone jest od nas o jakieś 2,5 km. Dojechaliśmy na miejsce; początek trasy nie zapowiadał katastrofy. Jechaliśmy po dróżkach, słońce świeciło, widok na jeziorko super. Wypatrzyliśmy kilka miejsc na grilla, zrobiliśmy kilka fotek. Poruszaliśmy się wzdłuż wyznaczonego na tej drodze szlaku. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, że szlaki w Norwegii nie są tak dokładnie oznakowane jak w Polsce, o czym przekonaliśmy się gubiąc się dwa razy. Po pierwszym zboczeniu z trasy zaczęły się nasze problemy. Trasa była absolutnie nieprzystosowana do jazdy na rowerze! Śmiem twierdzić, że w ogóle nie była przystosowana do jakiejkolwiek formy przemieszczania się! Szlak, pożal się Boże oznakowany, prowadził o metr od wody, tuż przy zboczu pagórka porośniętego lasem, przez ogrodzenie pod napięciem (Bob się o tym przekonał na własnej skórze). Po 3 km marszu z rowerami miałam serdecznie dość jezior, wycieczek rowerowych, szlaków turystycznych w Norwegii. Jednym słowem wszystkiego. W domu okazało się, że nasz „wypad nad jeziorko” zakończył się dla mnie 2 kleszczami na nogach (moje pierwsze kleszcze w życiu, strasznie panikowałam jak Bob mi je wyciągał; oznak boreliozy brak – na razie) i przynajmniej 5 łażącymi po mnie i szukającymi miejsca, gdzie by tu się wbić.

Na poprawę humoru zrobiłam nam gofry. Nieskromnie pochwalę się, że osiągnęłam perfekcję w ich przyrządzaniu – musiałam, bo w Norwegii gofry (właściwie wafle) to - obok naleśników z parówką - danie narodowe. W moim przepisie łączę mąkę, mleko, jajko, roztopione masło, odrobinę cukru pudru i proszku do pieczenia w proporcjach takich, aby osiągnąć konsystencję gęstego jogurtu - czyli ok. pół szklanki mleka na ¾ szklanki mąki. Wychodzą akurat cztery goferki. Zrobiłam do nich bitą śmietanę. Trzeba przyznać, że mają tutaj cudowną śmietanę, nawet minuty jej nie ubijałam, a już była gotowa. W Polsce zwykle zajmowało mi to kilka minut.

Po takiej kolacji od razu lepiej się poczuliśmy. Na wszelki wypadek zapowiedziałam, że przez jakiś czas wolałabym unikać lasów i jezior;)

środa, 2 czerwca 2010

Zamiast pracować – gotuję!


Wczoraj z Bobem wybraliśmy się do biblioteki, zapytać o moje praktyki. Biblioteka jest bardzo duża, dwupoziomowa. Ma rozbudowany dział z literaturą piękną w obcych językach, specjalny dział dla dzieciaczków i dla młodzieży. Wszystko czyściutkie i nowiutkie. Niestety najwcześniej na praktyki będę mogła do nich przyjść za 3 miesiące, bo w tej chwili już mają kogoś.

Tak więc ciągle pozostaję bez pracy, szukam intensywnie w ofertach, które tutaj mają no i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Żeby nie siedzieć bezczynnie przed kompem, zaczęłam szaleć w kuchni i robić wywiad gospodarczy w sklepach. Chodzę po tutejszych marketach – sprawdzam co się gdzie opłaca najbardziej kupić, robię małe zakupy (duże robimy średnio raz na dwa tygodnie), wracam do domu i tworzę w kuchni. Właśnie do piekarnika włożyłam muffinki truskawkowe. Muffiny to cudowny i szybki deser. Miesza się mąkę z cukrem i proszkiem do pieczenia w jednym naczyniu, w drugim mleko, olej (lub roztopione masło) i jajka. Potem się to łączy, wrzuca jakieś dodatki nalewa do foremki, do piekarnika na 25 minutek i już mamy deser. A jak pięknie pachnie! Cały dom mam w truskawkach! W tym tygodniu zmierzę się też z kapuśniakiem – w Polsce nigdy go nie robiłam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz;) zwłaszcza, że kupiłam taką piękna kapustę. Robiłam też ciasto drożdżowe z kruszonką – całkiem niezłe, mam patent na dobrą kruszonkę trzeba do niej dodać pół łyżeczki cynamonu, wtedy jest o wiele lepsza.

Co do marketów, to jest ich w naszej najbliższej okolicy cztery: Rema 1000, Spar, Coop Mega i Kiwi. Kiwi i Spar to odpowiedniki takiej polskiej Biedronki – dyskonty, w których można kupić dosłownie wszystko, przy czym Kiwi jest lepiej zaopatrzone niż Spar i w rywalizacji cenowej zdecydowanie wygrywa. Te same produkty zwykle są 2-3 koronki tańsze, dodatkowo w Kiwi można kupić warzywa i owoce bez podatku. Rema 1000 to taki polski Real albo Tesco. Daje większy wybór produktów, ale nie ma w przeciwieństwie do Kiwi i Spar, a także polskich hipermarketów, swojej własnej taniej linii produktów. Powoduje to, że Rema jest z jednej strony droższa, z drugiej można tam trafić na naprawdę korzystne promocje i okazje – ja na razie zaobserwowałam najciekawsze promocje na dziale spożywczym. Ostatni jest Coop Mega. Prowadzą oni swoją linię artykułów X-tra, ale obok nich mają bardzo szeroki wybór wszystkich dostępnych na rynku produktów. Ceny tam są oczywiście najwyższe. Dla porównania wczoraj wybrałam się na poszukiwania bazylii w doniczce: Rema 1000 – 15 kr, Kiwi - 11,32 kr, Spar – brak, Coop – 29 kr. Żeby było zabawniej wszystkie były tej samej firmy!

Co do zaopatrzenia sklepów to nie znajdzie się tutaj korzenia pietruszki, niezwykle trudno też o wędzony boczek, mały pęczek koperku kosztuje tyle, co 400 gram mięsa mielonego, drożdże pakowane są po 5 sztuk w pudełeczku. Są za to barwniki do jedzenia, mielony cukier waniliowy w 175 gramowych kubeczkach, kilkanaście rodzajów sałat, mnóstwo gotowych produktów do meksykańskich nachos, tacos i tortilli, przyprawy i sosy do dań chińskich, pełen zestaw sosów i makaronów do dań włoskich. Przeważa tutaj ryż jaśminowy, który można kupić w 2 kg workach. Oczywiście jest bardzo szeroki wybór ryb – mrożonych, świeżych, wędzonych, przyprawionych lub nie. Wśród wędlin w zasadzie jest tylko gotowana szynka. Mięso i wędlinę kupimy tylko od razu zapakowaną, nie ma stoisk mięsnych, gdzie można poprosić panią, żeby nam dała „Kurczaka do kilo pięćdziesiąt”.

Jeszcze jedna znacząca cecha zaopatrzenia tutejszych sklepów – monopol wybranych firm na niektóre produkty. W polskim markecie mamy cały regał długi na 10 metrów z różnymi rodzajami mąki, kolejny z makaronami, następny z przyprawami, jeszcze jeden z płatkami śniadaniowymi itd. Tutaj ma się do wyboru jeden dwa produkty tego samego rodzaju. Firma Freia ma w zasadzie nieograniczony monopol na słodycze – wyroby czekoladowe, Idum specjalizuje się w musztardach, ketchupach, artykułach do pieczenia – drożdże, ekstrakty do ciast, Hindu – to przyprawy, Eldorado – mrożonki, warzywa konserwowe, a także orzechy, Gilde – mięso i wędliny, a Tine – przetwory mleczne od mleka 0,1% przez jogurty, kefiry po śmietanę. Najtańszą linią produktów dostępnych w Norwegii są te oznaczone jako First Price – można je znaleźć w Spar, Kiwi i Bunnpris.

Nawet będąc bezrobotną mogę robić coś pożytecznego – czyli zaznajamiać się z tutejszym rynkiem, umiejętność robienia rozsądnych zakupów w takim kraju jak Norwegia jest naprawdę przydatna ;)