Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 29 maja 2010

Tropem niemieckich żołnierzy


Sprawdziliśmy wczoraj na yr.no (chyba najlepsza i najdokładniejsza prognoza pogody dla Norwegii i nie tylko, korzystaliśmy z niej na długo zanim się tu wyprowadziliśmy), że w weekend pogoda będzie ładna tylko w sobotę. Dlatego postanowiliśmy się wybrać, nowym świeckim zwyczajem, na wycieczkę.

Obraliśmy kierunek na latarnię morską, a stamtąd postanowiliśmy iść do fortu niemieckiego. Jak pisałam ostatnio w naszej okolicy jest mnóstwo „pamiątek” po czasach II wojny światowej. Niemcy w obawie przed atakiem aliantów z morza od zachodu, pobudowali rozległą linię obronną w postaci bunkrów i olbrzymich fortyfikacji. Ciągną się one w zasadzie przez całe wybrzeże, pierwszy raz widziałam je w zeszłym roku w Molde.

Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy jedzonko na drogę, pojechaliśmy do księgarni po mapę i do latarni. Cała droga zajęła nam niespełna pół godzinki. Pierwszy raz w życiu byłam na latarni morskiej, więc wywarła na mnie spore wrażenie. Z samej góry roztaczał się widok na morze i fortyfikacje mające bronić latarni przed atakiem od strony wody. Po zejściu przeszliśmy się wzdłuż nich i weszliśmy do jednego bunkra. Musieliśmy sobie oświetlać drogę lampą błyskową z aparatu, bo było tak ciemno. Sama pewnie bałabym się tam wejść, w obawie, że mogą tam być jakieś szczury, ale na szczęście Bob trzymał mnie za rękę więc czułam się pewniej.

Tuż obok latarni zaczynał się sześciokilometrowy szlak prowadzący do fortu. Zabraliśmy plecak z samochodu i wyruszyliśmy. Było super, część trasy poprowadzona była przez lasek sosnowy, gdzieniegdzie były tajemnicze schodki prowadzące do kolejnych bunkrów i schronów. Nie wchodziliśmy tam, bo nie mieliśmy latarek. Po lesie szło się cudownie, podłoże było miękkie od igiełek, które zasypały całą wytyczoną ścieżkę. Pachniało iglakami, nie było wiatru, jednak las nie był na tyle gęsty, aby nie docierało do nas idących słońce. Potem trasa prowadziła przez takie pole wzdłuż morza, potem znów przez las i tak w kółko.

Sam fort również robił wrażenie. Przeszliśmy się kawałkiem takiego wału otaczającego wzgórze; miejsca, gdzie kiedyś stały ciężkie działa, już pordzewiały, ale otwory przez które obserwowany był brzeg ciągle były zachowane. Na szczycie wzgórza były kolejne fortyfikacje idealnie wtapiające się w kamienne podłoże, natomiast poniżej były drewniane żołnierskie baraki, przerobione teraz na muzeum.

Kiedy dotarliśmy z powrotem do samochodu, nie potrafiliśmy określić, które ze wzgórz było fortem (chociaż z fortu parking widzieliśmy świetnie!)– to się nazywa kamuflaż ;]

Teraz już siedzimy w domu, zaraz ma rozpocząć się finałowy koncert konkursu Eurowizji, w tym roku organizowany właśnie przez Norwegów, więc jest to temat numer jeden od ponad tygodnia. Postanowiliśmy obejrzeć, bo finał transmitowany będzie przez NRK (norweska TVP) w Internecie (w końcu będzie okazja sprawdzić to magiczne łącze 10 Mbps). Oczywiście wiemy, że polski artysta nie zakwalifikował się do dzisiejszego konkursu. W sumie to się nie dziwię, też bym nie głosowała na faceta, który występuje z tancerkami w strojach ludowych, wkładającymi sobie jabłka do ust, a potem składającymi ręce do modlitwy…

Niedziela, godz. 12
PS.: Łącze dało rade! Idealnej jakości przekaz na żywo, bez żadnych zacięć. Mam nadzieję obejrzeć również mecze MŚ w RPA w necie.

piątek, 28 maja 2010

Na jednej z dzikich plaż


Jesteśmy już tutaj u siebie dwa tygodnie, a w ogóle w Norwegii już cztery! Dzisiaj nastąpił ten cudowny dzień, w którym przywieźli nam łóżko! Przez dwa tygodnie spaliśmy na podłodze, według właścicielki mieszkania jakiejś zajebistej podłodze, ale jednak to tylko podłoga. Jako córka stolarza nie odkryłam żadnych jej wyjątkowych właściwości, ot jakieś deski i tyle.

Ale oto właśnie dzisiaj kończymy z twardą podłogą na rzecz trochę mniej twardego materaca i w ten sposób zakończymy proces wyposażania mieszkania. Teraz czujemy się tutaj w pełni jak u siebie. W zeszłym tygodniu przywieźliśmy jeszcze szafkę do kuchni, na której teraz dumnie stoi ekspres do kawy – zdecydowanie ulubione urządzenie Boba w kuchni :)

Dzisiaj zrobiliśmy sobie super spacer na pobliską plażę. Jeszcze rano było pochmurno, a ja ze sklepu wróciłam totalnie przemoknięta. Ale jak Bob wrócił z pracy, okazało się, że pogoda jest piękna i naprawdę trzeba ją wykorzystać w pełni. Wybraliśmy się na plażę.

W minionym tygodniu byliśmy na niej kilka razy, ale dziś postanowiliśmy, że zwiedzimy znajdujący się tutaj rezerwat. Chociaż ta nazwa nie jest do końca odpowiednia dla tego miejsca. Jest to rozległy teren niedaleko miasteczka, znajdujący się na cypelku półwyspu. Otoczony jest skałami, plaże tworzą się w swoistego rodzaju zatoczkach, na każdej z nich piasek ma inny kolor i różne jest natężenie występowania muszelek – a tych jest tutaj bez liku. Morze na brzeg wyrzuca także cząstki innych żyjątek morskich – dzisiaj widzieliśmy wielkie odnóża kraba. Tak czystą wodę jak jest tutaj w morzu do tej pory widziałam tylko w kuchni (i to zanim wytrąciła kamień). Widać piasek na dnie i wszystkie roślinki, a nawet muszelki i meduzy unoszące się na wodzie. Z daleka ma ona kolor intensywnie niebieski (odbija się w niej błękit nieba), czasem zielony w zależności od tego, czy na dnie żyją jakieś roślinki czy nie. W zatoczkach na terenie rezerwatu prawie w ogóle nie ma wiatru bo brzeg otoczony jest wielkimi skałami, na które można się bez trudu wdrapać w tenisówkach. Na samej ich górze wiatr jest mocny, ale czuć zapach morza. Na niektórych skałach są jeszcze w całkiem dobrym stanie wybudowane przez Niemców w czasie wojny bunkry. Niektóre z nich są naprawdę dobrze „zbunkrowane” - tak, że ciężko je dostrzec.

Widzieliśmy też dzisiaj sarenkę, chociaż myślałam, że to lama (słońce świeciło mi w oczy;]). Biegała sobie po terenie rezerwatu i w ogóle się nie bała kiedy do niej podchodziłam. Nie podeszłam na tyle blisko, żeby ją dotknąć – nie chciałam jej płoszyć, ale i tak udało mi się pstryknąć niezłą fotkę. Zwierzę wygląda jakby mi pozowało, w tle skały, zielona trawka, błękitne niebo…

Wracając z plaży wstąpiliśmy do sklepu – rzutem na taśmę udało nam się kupić piwo. W Norwegii obowiązuje absolutny zakaz sprzedaży piwa (i wszelkiego alkoholu) po 20:00. W sklepach regały z piwem zasłaniane są kotarką i tak do następnego dnia rano, kiedy otwierają sklep i odsłaniają alkohol dla spragnionego ludu.

niedziela, 23 maja 2010

Kjerag, czyli nasza pierwsza wyprawa w góry


Podczas zeszłorocznych wakacji mieliśmy w planach wejść na Kjerag – szczyt, z którego rozciąga się piękny widok na położony 1000 metrów niżej Lysefjord. Plan nie wypalił, bo byliśmy całkowicie przemoczeni po wyprawie na Preikestolen (inny szczyt nad tym samym fiordem), a poza tym nie mieliśmy odpowiednich butów ani kurtek, żeby zdobyć Kjerag w tak fatalną pogodę. Niezrealizowany punkt zeszłorocznych wakacji postanowiliśmy zaliczyć w sobotę - podczas ostatniego w Norwegii długiego weekendu w tym roku.

Zapakowaliśmy jedzenie do plecaka (w Norwegii nikt nie rusza się na wycieczkę bez „matpakke”) i wsiedliśmy do samochodu. Od nas z domu do Øygardstøl (początek trasy na Kjerag) jest jakieś 150 km – czyli trzy godziny jazdy w warunkach norweskich.

Pogoda była piękna - w sam raz na wyprawę w góry; świeciło słońce i wiał lekki wiatr. Trasa na Kjerag jest trudna i wymagająca. Aby wejść na właściwą górę, trzeba tak naprawdę najpierw wspiąć się i zejść na dwie inne góry, zanim rozpocznie się podejście na Kjerag. Szlak oznaczony jest dużo skromniej niż w Polsce i właściwie nie prowadzi żadnymi uformowanymi ścieżkami. Tu nie ma dróg, nie ma drzew, a jedynie skały i łańcuchy ułatwiające wspinaczkę. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu terenem i bardzo żałowałam, że nie wzięłam swoich rękawiczek rowerowych.
Przejście trasy w jedną stronę zajęło nam jakieś dwie i pół godziny. W połowie trasy pogoda się trochę popsuła, pokropiło, a na samym szczycie zaczęło wiać. W wyższych partiach gór leżał jeszcze śnieg; na szczęście były w nim wydeptane przez innych turystów ścieżki, więc nie musieliśmy brodzić po kolana w białej masie. Sam Kjerag to po prostu góra, nic specjalnego; pewnie dlatego prawie w ogóle nie ma w necie zdjęć stamtąd. Sieć jest za to pełna zdjęć z Kjeragbolten - zawieszonego między dwoma ścianami skalnymi jakieś 1000 m nad fiordem okrągłego głazu; największej atrakcji Kjeragu. Wszyscy (jak widzicie na zdjęciu - także Bob) robią sobie tam pamiątkowe zdjęcia. Ja nie odważyłam się wejść na kulisty głaz – mój lęk przestrzeni mnie pokonał. Jedna norweska rodzina też na to weszła, ale zabezpieczyła się specjalnymi linami do wspinaczki.

Cała wycieczka była super! Na szczycie zjedliśmy nasze jedzenie zabrane z domu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zejście zajęło nam mniej czasu – jakieś 2 godziny. Jednak moje stawy kolanowe jęczały z wysiłku i prosiły o łaskawszy wyrok:). Ale naprawdę warto było się tam wybrać. Po drodze spotkaliśmy wielu rodaków. Generalnie było tam sporo ludzi, mimo że sezon się jeszcze nie zaczął, a sam Kjerag nie jest taki popularny wśród turystów (być może dlatego, że niemiecki emeryt nie wjedzie tam swoim kamperem?).

Co do samych gór, to krajobraz kojarzył mi się bardzo z „Dwiema Wieżami”. Okazało się, że moje skojarzenia nie są bezpodstawne. Otóż Norwegia, podobnie jak Nowa Zelandia, gdzie realizowano „Władcę Pierścieni” oraz kilka innych państw (Szkocja i Islandia) zostały utworzone w wyniku takiego samego procesu geologicznego. Nic więc dziwnego, że będąc 2 lata temu na Wyspach, krajobraz tak bardzo przypominał mi ten znany z „Drużyny Pierścienia”, a będąc tutaj w górach widoki przypominały te z „Dwóch Wież”. Nie pamiętam za bardzo „Powrotu Króla” więc nie wiem za bardzo z czym ma mi się kojarzyć ;]

czwartek, 20 maja 2010

Normalne życie na emigracji


Po wakacjach w Oslo, zmaganiach z śrubokrętami, wkrętami, kołkami i 30 kartonami, przeprawach z urzędnikami nie znającymi swojego własnego prawa – zaczynamy normalne życie w Ojczyźnie Wikingów.

Nasze dni zaczynają być podobne jeden do drugiego. Rano jadamy razem śniadania, potem Bob idzie do pracy. Kiedy go nie ma, ja porządkuję mieszkanie, załatwiam jakieś sprawunki na mieście, szukam pracy, opalam się (pogoda jest wprost wymarzona, a leżak na balkonie zachęca do tego typu „aktywności”;]), szukam nowych przepisów kulinarnych, gotuję, uczę się norweskiego, piszę maile i wyżywam się twórczo pisząc nowe teksty na smakiwrocławia.

Po powrocie Boba z pracy jemy obiad, a potem idziemy zwiedzać okolicę. Pieszo lub na rowerach, których nareszcie nie musimy wnosić na trzecie piętro, co jeszcze bardziej zachęca do przemieszczania się na nich. Niestety teren tutaj jest bardzo pagórkowaty, a podjazd pod górkę to prawdziwe wyzwanie dla takiego mięczaka jak ja, który kondycji ma tyle, co nic. No ale wczoraj nadludzkim wysiłkiem z mojej strony udało nam się objechać całe miasto na około. Teraz trochę cierpią niektóre części mojego ciała, ale jak widzieliście na zdjęciach warto było pocierpieć dla takich widoczków. W weekend planujemy gdzieś wybyć; będzie to ostatni długi weekend w Norwegii przed Świętami Bożego Narodzenia. Wszystko z okazji Zielonych Świątków.

Zaopatrzenie sklepów w Norwegii nieco różni się od tego jakie znamy z Polski, ale już się powoli przestawiłam na tutejszy asortyment i teraz eksperymentuję w kuchni. Dzisiaj wypróbowałam specyfik znany jako fiskekaker, a wyglądający jak nasze racuchy. Trochę się bałam, że one mogą być słodkie (w końcu w Polsce racuchy robi się na słodko), ale okazały się bardzo smaczne. Do tego ryż, podduszone warzywka (cebulka, papryka, kukurydza i seler naciowy) i wyszedł całkiem przyzwoity obiad. Generalnie od przyjazdu tutaj jemy bardzo dużo ryb – ich wybór jest powalający, co bardzo mnie cieszy. Zbieram też ulotki z norweskimi przepisami; w każdym sklepie spożywczym są takie karteczki, oczywiście składniki na przyrządzenie dania znajdziesz w sklepie – taki sprytny sposób na promocję.

Zwiedziłam też aptekę. Nieco różni się ona od tych w Polsce. Po pierwsze przy wejściu stoi maszyna do wydawania numerków, które następnie wyświetlają się nad stanowiskiem farmaceuty. Numerki są tylko dla osób z receptami, reszta robi zakupy wybierając produkty z półek. W przeciwieństwie do Polski są tam nie tylko kosmetyki, ale także lekarstwa dostępne bez recepty. Taki klient apteki wybiera sobie, co chce i idzie do specjalnej kasy która obsługuje tylko osoby nie realizujące recept.

Co do mojej sytuacji z pracą, to mój wniosek o wydanie tymczasowego (6-miesięcznego) numeru personalnego (tzw. D-nummer) trafił już do odpowiedniego urzędu i za jakieś 3 tygodnie powinnam dostać numer, który pozwoli mi się zarejestrować w NAV (urząd pracy i dobrobytu). Do tego czasu będę szukała czegoś na własną rękę oraz spróbuję z praktykami w bibliotece. Może się uda – trzymajcie kciuki.

poniedziałek, 17 maja 2010

Norweski folklor



Kartony wyniesione do komórki, książki rozpakowane, nowe mebelki zakupione i skręcone. W końcu możemy powiedzieć, że mieszkamy w Norwegii. Finisz naszej przeprowadzki został okraszony bólem mięśni i pleców, odciskami na rękach i spuchniętymi palcami. Miniony weekend spędziliśmy na montowaniu mebli, rozpakowywaniu bagaży i układaniu wszystkiego. Warto było poświęcić te dwa dni, bo efekt jest naprawdę powalający, a jak do tego dołożymy śniadania na tarasie, to można powiedzieć, że do szczęścia nic więcej nie potrzeba...

Dzisiaj jest ostatni dzień Boba w domu, od jutra rusza na front norweskiej pracy. Jego wolne wynika z tego, że dzisiaj w Norwegii obchodzone jest Grunnlovsdag, czyli Święto Konstytucji ustanowionej 186 lat temu. Ważność tego święta tutaj można porównać do Świąt Bożego Narodzenia; wszyscy obchodzą je bardzo uroczyście. Rano odświętnie ubrani Norwegowie, bardzo często w bunadach (bunad to taki norweski narodowy strój, który porównać można w Polsce do stroju krakowskiego), ruszają na rynek i biorą udział w specjalnym pochodzie dzieci. Również maluchy ubrane są w stroje narodowe. W miejscowości, w której jesteśmy pochód odbywa się również po południu. Biorą w nim udział również tegoroczni maturzyści. Trzeba przyznać, że w zawodach na najbardziej kreatywnych maturzystów Norwegowie wygrywają z Polakami w przedbiegach.

Wygląda to tak, że w ostatniej klasie liceum dzieciaki kupują specjalne stroje „russ”. Są to czerwone (rzadziej czarne lub granatowe) ogrodniczki z kolorowymi napisami. Maj to czas, kiedy spotkać można w Norwegii bardzo wielu „Russów”. W połowie miesiąca zaczynają im się egzaminy; do tego czasu jednak imprezują ostro. Inną tradycją „Russów” są russebiler - pomalowane na czerwono auta wyklejane napisami. Norwescy licealiści zrzucają się na taki pojazd w kilka osób tylko po to, żeby się nim „powozić”. Dzisiaj podczas popołudniowego pochodu brali w nim udział także „russi”. Ustawiono ich na końcu kolumny, jechali w swoich autkach, puszczali muzykę z głośników, gwizdali i ewidentnie mieli swoją własną imprezę. Bardzo śmiesznie to wyglądało. Wszyscy, którzy obserwowali pochód bili im brawo i machali flagami narodowymi.

Muszę przyznać, że Norwegia jest pierwszym krajem, w którym tak dużą wagę przywiązuje się do flagi. Myślicie, że po śmierci Kaczyńskiego w Polsce pojawiło się mnóstwo flag? Tutaj jest ich wywieszone tyle na co dzień! A dzisiaj było ich prawdziwe zatrzęsienie. Wszyscy mieli malutkie chorągiewki, wstążki w kolorach narodowych albo kotyliony. Zarówno kobiety jak i mężczyźni ubrani byli w kolorowe bunady, których widzieliśmy przynajmniej kilkanaście rodzajów. Od jasnokremowych przez błękitne, zielone po czarne. Bunad składa się ze spódnicy oraz takiego specjalnego haftowanego gorsetu (tzw. stanik) zakładanego na białą koszulę. Do spódnicy przywieszona jest specjalna torebka-sakiewka. Bunady często ozdobione są srebrnymi wisiorami. Tradycyjne obuwie do bunadu przypomina mokasyny na lekkim obcasiku z klamerką. Czasami kobiety mają na głowach białe czepki. Strój męski składa się marynarki, spodni do kolan, specjalnych wysokich do kolan skarpet, białej koszuli i bogato zdobionego pasa. Na głowie Norwegowie noszą kapelusze. Jednak dzisiaj wśród tłumu przeważały zdecydowanie kobiece bunady; mężczyzn w tradycyjnych strojach było bardzo niewielu.

Po pochodzie wszyscy spotykają się w gronie rodzinnym na odświętny obiad, zakończony tortem. Większość tego dnia spędza się jednak na świeżym powietrzu, panuje atmosfera rodzinnego pikniku. Posilić się można na stoiskach przygotowanych przez orkiestry szkolne, które sprzedając naleśniki i gofry zbierają w ten sposób pieniądze na nowe instrumenty.

Bardzo fajne przeżycie, uczestniczyć w czymś tak kolorowym i radosnym.

Galeria zdjęć z 17 maja 2010.

piątek, 14 maja 2010

Na „własnych” śmieciach


Z internetem poszło nam szybciej niż myśleliśmy, więc znów jesteśmy w sieci :). Wystarczyło 20 minut rozmowy z działem obsługi klienta w elektrowni ;] i mamy łączność ze światem! Po prostu aktywowaliśmy poprzednią umowę zawieszoną przez właścicielkę naszego zacnego lokum.

Generalnie tutaj bardzo dużo rzeczy się robi bez obsługi. Taki licznik zużycia prądu. Masz swój login i hasło na serwisie dostawcy i sobie możesz w każdej chwili wpisać bieżący stan licznika – pozwala to na lepsze zdiagnozowanie Twojego zużycia energii na przeszły rok. Nikt nie wywiesza tutaj wielkich kartek z napisem „Jutro od 10:00 odczyt”, co za tym idzie - do lamusa odchodzi wkładanie karteczek w drzwi z bieżącym stanem licznika. Jakież to jest proste!

Za nami pierwszy dzień tutaj i jak to zwykle bywa na początku - jest ciężko. Trzeba się przestawić na norweskie realia (nie chcę nawet liczyć ile wydaliśmy dzisiaj w markecie na jedzenie), że tutaj już tak normalnie będziemy mieszkać, gotować sprzątać, myć się, a nie tak tylko na chwilę i zaraz wracamy. Oznacza to też zaakceptowanie nowego mieszkania. Dzięki zdjęciom w internetowym ogłoszeniu najmu wiedzieliśmy jak ono będzie wyglądało. W dzień. Nie wiedzieliśmy natomiast, że nie ma tu w ogóle światła (dzięki poświacie z komputera jestem najjaśniejszym punktem w pokoju :) ). Już drugi wieczór siedzimy sobie w mrokach i czekamy na dostawę naszych bagaży z Polski. Wśród nich są na szczęście lampy.

Czeka nas kupno paru niezbędnych rzeczy, ale będziemy robić to rozsądnie i raczej będzie to proces długoterminowy – niesztuką jest kupić wszystko na raz i pozbyć się oszczędności. Jak pisałam ostatnio – zaczynamy od łóżka.

Jestem już po rozmowie z urzędem pracy. Okazało się, że w Norwegii sami nie znają swojego prawa – nowa ustawa o imigrantach weszła w życie w styczniu tego roku, mamy maj i dzisiaj w urzędzie musieliśmy uświadamiać dwie pracujące tutaj panie o zmianach... Generalnie przed zarejestrowaniem się w tutejszym urzędzie pracy potrzebuję D-numer (coś jak pesel), czyli muszę się wybrać do urzędu podatkowego, a jak to nie pomoże, to do pobliskiego miasteczka 20 km stąd. Zobaczymy jak będzie.

Teraz pozytywy: widok z okna jest zabójczy! Rano obudziliśmy się i bez podnoszenia się z łóżka mamy widok na całą zatokę (zdjęcie możecie sami ocenić) – śpimy w salonie stąd ten niesamowity widok tuż po przebudzeniu. Są też tutaj plaże – takie prawdziwe prawdziwe z białym piaskiem, wydmami. Mały minusik stanowi tylko wiatr, ale komu przeszkadzałby wiatr, kiedy za oknem świeci tak pięknie słońce i jest się w Norwegii!

środa, 12 maja 2010

Back on the Road


Po dwóch tygodniach spędzonych w hotelu ruszamy w dalszą drogę po Norwegii – cel Sørlandet (południe), a więc plaże, słońce, riwiera i żagle :). Przed nami ponad 400-kilometrowa podróż - najpierw wzdłuż Oslofiordu, potem wybrzeżem Morza Północnego. Czeka nas 6 godzin w samochodzie i 4 bomstasjon – czyli opłaty za przejazd drogą.

Dwa tygodnie w hotelu spędziliśmy bardzo miło i pożytecznie. Ja miałam okazję pouczyć się norweskiego, chodziliśmy na wycieczki po okolicy, przeżyliśmy śnieg w maju i generalnie mieliśmy bardzo fajny bądź co bądź urlop. Udało nam się też w końcu dokończyć oglądać pierwszy sezon „Drużyny A”:)

Teraz czeka nas urządzanie nowego mieszkania i przystosowywanie go do naszych potrzeb – np. czeka nas kupno łóżka. Jutro spotkamy się z właścicielką mieszkania, o której na razie wiemy tylko tyle, że dba o uzębienie (kiedyś przez dwa dni nie odbierała komórki tłumacząc to wizytą u dentysty) i cierpi na bezsenność (wysyła smsy po północy).

Na miejscu minie jeszcze kilka dni zanim Bob zacznie pracę, bo tak szczęśliwie się składa, że Norwegowie mają właśnie kolejny długi weekend. Jutro w dzień naszego wyjazdu przypada Wniebowstąpienie – niezwykle ważne święto dla protestantów, a co za tym idzie dzień wolny od pracy. Piątek jest normalnym dniem pracy, ale wielu ludzi robi sobie wolne. Potem jest weekend i poniedziałek 17. maja (czyli taki nasz 3 maja). 17 maja 1814 została uchwalona norweska konstytucja. Tego dnia dzieciaki ze wszystkich szkół idą we wspólnym pochodzie, śpiewają pieśni patriotyczne i machają czerwono-granatowymi flagami. Rodziny natomiast spotykają się na uroczystych obiadach, na których po prostu nie może zabraknąć tortu i innych specjalnych dań – ryb, ziemniaków, galaret.

Norwegowie wykorzystują „długi weekend” na podróże, często zagraniczne. Niestety w tym roku raczej nie polatają, bo lotniska w umiłowanej przez nich Europie Południowej co i rusz są zamykane z powodu chmury popiołu.

Maj jest w ogóle ważny w Norwegii – to pierwszy ciepły miesiąc, więc wszyscy sprzątają wokół domów (widzieliśmy wczoraj na spacerze), w maju zaczynają się spotkania towarzyskie przy grillu, maj to miesiąc ślubów, chrztów, bierzmowania (norweskie konfirmasjon), w maju licealiści zdają swoje egzaminy. Wszyscy norwescy maturzyści chodzą w takich czerwonych ogrodniczkach z napisem „russ”. Tutejsza zacna młodzież organizuje wielkie imprezy, kupują specjalne samochody (russebil), lansują się nimi po okolicy. To właśnie w ich wnętrzu odbywają się narkotykowo-alkoholowe libacje. Samochody podobnie jak ogrodniczki też są czerwone z różnymi napisami. Potem taki pojazd sprzedawany jest kolejnemu pokoleniu norweskiej młodzieży.

Chyba tak naprawdę to, że przeprowadziliśmy się tutaj poczujemy 18 maja, kiedy już będziemy rozpakowani, Bob pójdzie do pracy, plecy zaczną nas boleć od spania na karimatach (przez długi weekend pewnie nie kupimy łóżka), a moje spotkanie z tutejszym urzędem pracy (NAV) będzie coraz bliższe… :)

sobota, 8 maja 2010

Bygdøy w pełnym słońcu


Cały weekend mamy wolny. Wcześniej zwiedziliśmy już najważniejsze miejsca w Oslo - spacerowaliśmy po pełnym naturalistycznych rzeźb Parku Vigelanda, po tętniącej życiem w dzień i w nocy Karl Johans Gate; widzieliśmy Instytut Noblowski, parlament (Stortinget), Pałac Królewski i Teatr Narodowy. Zjedliśmy nawet lody na modnym Aker Brygge, skąd chcąc nie chcąc rzuciliśmy okiem na paskudny Ratusz. "Zaliczyliśmy" też nowoczesną operę i jeszcze bardziej nowoczesną nową skocznię Holmenkollen. Zostało nam jeszcze tylko Bygdøy.

Bygdøy to niewielki półwysep mieszczący się w granicach Oslo, który słynie z największego zagęszczenia muzeów na metr kwadratowy. Z najpopularniejszych należy wymienić: Norsk Folkemuseum (Norweskie Muzeum Ludowe), Vikingskiphuset (Muzeum Łodzi Wikingów), Frammuseet (Muzeum Okrętu "Fram") oraz Kon-Tiki Museet (poświęcone podróżnikowi i naukowcowi Thorowi Heyerdahlowi). Wszystkie te muzea leżą stosunkowo blisko od siebie, jednak jeśli ktoś planuje zobaczyć je w jeden dzień - zdecydowanie odradzamy. My wybraliśmy się do dwóch z nich: Norsk Folkemuseum i Frammuseet.

Pierwsze z nich to Norweskie Muzeum Ludowe, które znajduje się na otwartej przestrzeni i mozna powiedzieć że jest podzielone na dwie części. Pierwsza to zachowane z XIX wieku budynki architektury norweskiej - można zwiedzić XIX wieczną aptekę, odwiedzić sklep kolonialny, pójść na stację benzynową, do sklepu monopolowego, zobaczyć jak wyposażone były mieszkania różnych klas społecznych na przestrzeni ostatniego 100 lecia. Druga część to skansen. Na jego teren sprowadzono zachowane domki z róznych regionów Norwegii od Sørlandet (południe) po Trøndelag. Jest też pochodzący prawdopodbnie z XI wieku kościół typu stav i szereg wystaw czasowych, ale te w naszym odczuciu były strasznie nudne;]

Z folkemuseum udaliśmy się do Frammuseet, czyli Muzeum Okrętu Fram. Łódź ta jest tak ważna dla Norwegów, jak "Pan Tadeusz" dla Polaków;). Zbudowana została pod koniec XIX w. i uczestniczyła w największych wyprawach polarnych Norwegów. To właśnie nią Roald Amundsen dopłynął do Antarktydy i jako pierwszy zdobył Biegun Południowy w 1911 roku. Największą atrakcją tego muzeum nie jest jednak historia podboju Antarktydy, ale oryginalny zachowany statek Fram, na którego pokład można wejść, pstryknąć sobie fotkę przy sterze, zejśc pod pokład, zobaczyć kabiny statku, maszynownię, kuchnię - jednym słowem wszystko!

Na inne muzea zabrakło nam czasu. Chcieliśmy jesczez zobaczyć Kon-Tiki. Może jutro? Kto wie;]

Pogoda w dalszym ciągu jest tak piękna, że choć to dopiero początek maja, znacznie się już opaliliśmy. Po zwiedzaniu muzeów, poszliśmy na spacer po Bygdøy. A jest tu co oglądać. W tej części miasta nie mieszkają zwykli ludzie; tu każdy ma prawdziwy pałac i - co jest nowością dla mnie w Norwegii - każde podwórko ogrodzone jest wysokim płotem. A jakie fury tam jeżdżą...!

wtorek, 4 maja 2010

Norweskie "lato"

W niedzielę, korzystajac z letniej pogody, pojechaliśmy do Oslo na pół dnia. Pochodziliśmy z dwie godziny po terenach nowego kompleksu Holmenkollen (w tamtym roku byl tam tylko plac budowy, teraz stoi juz wypasiona skocznia!), potem pojechaliśmy do centrum miasta, poopalaliśmy się na nabrzezu, zjedlismy lody na Aker Brygge (jedno z najmodniejszych i najbardziej cyniarskich miejsc stolicy:D), pochodzilismy po centrum... Kupilismy tez norweskie telefony

W poniedzialek rano po śniadaniu poznalismy dwojkę Niemców, którzy również postanowili przeprowadzić sie do Norwegii. Sa specyficzni, jak na Niemców! Jezdza 20-letnim starym Golfem, rozklekotanym totalnie. On ma 55 lat, caly czas czyta komiksy z kaczorem donaldem i pamieta jeszcze czasy dziadka Donalda Tuska. Ona jest 20 lat mlodsza, dobrze mowi po norwesku. Są parą...

Z hotelu pojechaliśmy razem z Niemcami do centrum Oslo pozałatwiać sprawy w urzędach (pozwolenia, karta podatkowa, wpis do rejestru ludnosci). Wszytsko poszlo dobrze, potem pojechalismy wszyscy na wycieczke integracyjna do parku Vigelanda i na jedzenie; zintegrowaliśmy sie z Niemcami, bo maja podobne poglady na zycie tu i mozna bylo z nimi po norwesku pogadac bez problemow:) Potem jescze pochodzilismy, poopalalismy sie i wrocilismy autobusem do hotelu.

We wtorek rano skonczylo sie lato w Oslo (w tym roku trwało 2 dni) i... spadl snieg. W tej chwili jest juz jedna wielka ciapa za oknem, bo caly ten snieg szybko topnieje. Spoko, mówię Wam - jutro będą upały :) Póki co siedzimy w hotelu. A wlasnie. Hotel. Jest ok, choc nie jestem przyzwyczajona do tego, ze ktos mi codziennie zmienia posciel, sprzata itp. Ogolnie zawsze cenilam prywatnosc swojego pokoju, a tu dzien za dniem przychodzi jakis koreaniec czy inna chinka, wbija jak do siebie i sprzata, myje kubki, kieliszki, wymienia reczniki i nie gasi za soba swiatla :). Zero kultury.

niedziela, 2 maja 2010

no i dojechaliśmy


Bez żadnych problemów dotarliśmy na miejsce do Oslo; wszystko zgodnie z planem - czyli w sobotę koło 19 byliśmy już w hotelu.

Wcześniej (po drodze) zatrzymaliśmy się na cały dzień (piątek) w Berlinie. Nie spadła tam ani kropla wody, nie było też żadnej zapowiadanej burzy, czyli prognozy okazały się fałszywe. Mieliśmy super wycieczkę po mieście i około 22.30 wyjechaliśmy z Berlina w dalszą drogę. Całą noc jechaliśmy (w międzyczasie wymieniliśmy też żarówkę i zastanawialiśmy się jak zapłacić za paliwo w Niemczech, skoro tamtejsze Shelle akceptują tylko EuroCheki i MasterCard, a nie żadną z naszych Vis; euro w gotówce brak:)). Rozwiązaniem okazała się pewna duża stacja, którą poznaliśmy kiedyś z Olkiem, w pewną piękną noc, kiedy pod duńską granicą szukaliśmy auto-gazu żeby napoić Leganzę :D. Potem w Danii zjechaliśmy na parking kimnąć się z godzinkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. W sobotę koło 8 rano byliśmy we Frederikshavn, na północy Półwyspu Jutlandzkiego. O 9 wjechaliśmy na prom, pół godziny później prom odpłynął. O 10 wbiliśmy do naszej wypasionej kabiny i poszliśmy w kimę. I tak minął dzień:). Koło 16 wstaliśmy, wykąpaliśmy się w pokojowym prysznicu, poszliśmy na pokład na dwór na słoneczko. Na promie było mnóstwo pijanych Norwegów, którzy wykorzystują to, że można tam alko nabyć połowę taniej niż w kraju, wsiadają i płyną w tą i z powrotem - taka dwudniowa biba :). Klimat był więc swojski, taki znajomy, że czuliśmy się jak u siebie, zupełnie jakby się swoich rodaków widziało w świnoujściu :D

O 18.30 dopłynęliśmy do Oslo, potem krótka rozmowa z celnikami - ile macie alkoholu :D, na jaki czas jest pobyt, po co, w którym hotelu mieszkamy... i można jechać dalej. Do hotelu jest 15 min jazdy, sam hotel super. Wygodny, cichy, z tv i netem w pokojach. Właśnie ze śniadania wróciliśmy. Mnóstwo pysznego żarcia. Już się ruszać nie możemy :). Teraz mamy dzień wolny. A jutro jedziemy do urzędów w Oslo pozałatwiać różne formalności.