Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 28 listopada 2010

Weekend w "wielkim" mieście, czyli odwiedzamy Sandnes

W miniony weekend opuściliśmy naszą 10-tysięczną kommune na dłużej. Bob miał zawodową konferencję w Oslo i stwierdziliśmy, że najlepsze połączenie lotnicze będzie ze Stavanger. Dodatkowo w Sandnes (czyli niemal zaraz obok Stavanger) mieszka kolega Boba ze studiów, więc postanowiliśmy sobie zrobić „mały” długi weekend i zatrzymać się u niego.

Wyjechaliśmy w czwartek popołudniu, bo piątek Bob miał spędzić w Oslo. Po nieco ponad dwóch godzinach drogi byliśmy na miejscu. Niestety za długo posiedzieliśmy wieczorem i rano, kiedy przyszło do wstawania i odwożenia Boba na lotnisko, cała nasza trójka była nieprzytomna z niewyspania.  

Strasznie się cieszyłam na ten wyjazd. Marzyły mi się jakieś wielkie zakupy, chodzenie po galeriach handlowych i wszystko to, do czego przywykłam podczas sześciu lat mieszkania w dużym mieście, a czego nie miałam mieszkając w 10-tysięcznym miasteczku na prowincji. Tymczasem, kiedy weszłam do galerii handlowej tylko się zirytowałam. Nieprzebrane tabuny ludzi, wszyscy przynajmniej z trzema reklamówkami… to nie dla mnie. W centrum handlowym spędziłam może godzinę. W domu czekała na mnie właśnie zaczęta książka (druga część trylogii „Mrocznych Materii” pt. „Magiczny nóż” Philipa Pullmana), więc wróciłam do domu, zrobiłam sobie kubek herbaty i przeczytałam pół książki

Myślałam, że to może zmęczenie odebrało mi ochotę do chodzenia po sklepach, więc na następny dzień wybraliśmy się z Bobem do centrum handlowego… I to samo! Za to zachwycił nas deptak w Sandnes, który mieści się przy Langgata. Droga jest zamknięta dla ruchu pojazdów i mieści się przy niej wiele uroczych sklepików często usytuowanych w drewnianych domkach, więc widok znany nam z naszego miasteczka. Stamtąd wybraliśmy się do dużego centrum handlowego pomiędzy Stavanger i Sandnes, czyli do Kvadratu. Pochodziliśmy po sklepach… w zasadzie to wchodziliśmy tylko do każdej księgarni. Skusiliśmy się na obiad w Ikei. Po raz pierwszy w życiu jadłam kuskus i falafele, bardzo nam smakowały. Udało nam się też znaleźć w sklepie z żywnością wschodnią ciecierzycę. Mam nadzieję, że w sklepie azjatyckim w naszym miasteczku też będzie, bo mam wielką ochotę sama zrobić falafele. A potem całe to chodzenie po sklepach nam się znudziło i wróciliśmy do domu.

Czy jest możliwe stanie się małomiasteczkową po nieco ponad pół roku mieszkania na prowincji? Jeśli tak, to ja uległam takiemu procesowi. W Sandnes wszędzie były tłumy, wielki ruch, mnóstwo aut… Odwykłam od tego! Zaczęłam sobie cenić spokój. Pewnie, że mieszkanie w mieście ma swoje duże plusy… ja jednak wolałabym chyba w przyszłości osiąść gdzieś na przedmieściach albo w jakieś małej odległości od miasta i tylko dojeżdżać do niego do pracy i na zakupy. No ale chcieć to jedno, a móc to drugie :]

Sam wyjazd bardzo nam się podobał, fajnie było wyrwać się na kilka dni z domu, korzystając z okazji udało mi się kupić foremkę do wycinania pierniczków w kształcie serduszka :] Czyli mogę przystąpić do akcji „pierniczki”.

Na koniec należy się Wam tylko wyjaśnienie, że wbrew tytułowi posta, Sandnes to żadne wielkie miasto. Ma bowiem zaledwie ok. 65 tys mieszkańców, co w warunkach norweskich oznacza jednak całkiem dużo i plasuje Sandnes na 8 miejscu wśród najbardziej zaludnionych miast w kraju.

2 komentarze:

  1. oooch spaniałe Sandnes! Cudowne Stavanger! Mieszkalismy tam kilka miesięcy, nasz synek sie tam urodził! Bajkowa kraina! Przepieknie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie to jest w Bournemouth w Anglii, jak pierwszy raz zobaczyłem Stavanger to mój komentarz brzmiał ' port z domkami?' ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń