Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

wtorek, 26 października 2010

Poczuj magię „tych” świąt! Jul i Norge

Październik w Polsce kojarzy mi się zawsze ze… zniczami. Wielka akcja w marketach „kup znicz, chryzantemy gratis” doprowadzała mnie co roku do smutnej refleksji nad konsumenckością Wszystkich Świętych.

W Norwegii Wszystkich Świętych ani Zaduszki nie są obchodzone, ale to nie znaczy, że wystawy sklepowe i asortyment w marketach mimo października są „szare” i nijakie. Wszyscy w Polsce wiedzą, że drugiego, najpóźniej trzeciego listopada w sklepach pojawia się wielki czerwony mikołaj, renifery, kalendarze adwentowe, bombki, choineczki, gwiazdki i śnieg w sprayu. Cóż, w Norwegii jak wspomniałam nie ma sezonu na znicze, więc od mniej więcej połowy października w sklepach panuje już klimat… bożonarodzeniowy:].

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy jakiś czas temu wybraliśmy się z Bobem na zakupy. Wchodzimy do sklepu i na „dzień dobry” wita nas „julebrus” – butelka ze świąteczną oranżadą (jul – nor. święta Bożego Narodzenia); idziemy kawałek dalej, a tam wielka wystawka z… pierniczkami (pepperkaker). Gwiazdeczki, kwiatuszki, serduszka – wybór należy do ciebie.
W innym sklepie (mającym w swojej ofercie wszystko od wkrętarki poprzez widelczyki deserowe, zasłony do sypialni, sztalugi do malowania, na krewetkach, owocach i ptasim mleczku z Polski kończąc), zapoznaliśmy się z ofertą świeczek, aniołków, bombek, łańcuchów, skarpet na prezenty i świątecznych papierów ozdobnych. Był także spory wybór foremek do wycinania pierniczków.
Po powrocie do domu, dzięki reklamom w lokalnej gazecie, zapoznaliśmy się z szeroką ofertą ribbe (żeberek, w niektórych regionach Norwegii tradycyjnej potrawy świątecznej), które zastąpiły do niedawna królującą we wszystkich promocjach baraninę.


Jakby tego było mało, w pierwszym tygodniu listopada (!) Bob będzie uczestniczył w czymś co się nazywa julebord, czyli coś na kształt firmowego spotkania opłatkowego (tyle że bez opłatka, ale z tańcami i muzyką Abby). Nie ważne, że do świąt, ba, do grudnia jeszcze prawie miesiąc;]

Abstrahując jednak od konsumpcyjnego wymiaru Świąt i tego całego mikołajkowo-choinkowego szaleństwa, cieszę się na grudzień. Od dzisiaj jestem szczęśliwą posiadaczką foremki do wycinania pierniczków w kształcie reniferka, aniołka i gwiazdki. Nie ważne, że do Świąt jeszcze dwa miesiące, ja już planuję stworzenie piernikowego zaprzęgu Świętego Mikołaja – jak mi wyjdzie, pochwalę się na blogu ;]

I jeszcze a propos Świąt. W Bergen, na słynnym Bryggen, w jednym z chronionych przez UNESCO budynków znajduje się sklep oferujący akcesoria świąteczne przez okrągły rok! Salonik nosi wdzięczną i mocno sugerującą nazwę Julehuset (Dom Świąt) :]

3 komentarze:

  1. Przeczytalam waszego bloga od samego poczatku i zostaje u Was na dluzej bo ladnie tu. Juz teraz nie czuje sie jak gosc, bede zagladac regularnie bo bardzo ciekawie opisujesz co widzisz dookola. Zapraszam z rewizyta do mnie:
    http://atanerblog.blogspot.com/
    Pozdrawiam bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja właśnie w tym Julehuset już we wrześniu zaopatrzyłam się w reniferkową foremkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To nie magia, to zwykla komercja. Kazdy wie, co sie wtedy w sklepach dzieje.

    OdpowiedzUsuń