Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

poniedziałek, 6 września 2010

Dyreparken czyli norweskie „zoo”


Dyreparken to po norwesku park ze zwierzętami. Ten, który my odwiedziliśmy, mieści się w Kristiansandzie. Niech Was jednak nie zwiedzie to mocno sugerujące główną atrakcję słowo „zwierzęta”. Jeśli jesteście fanami słoni, niedźwiadków, pum lub fok, nie zajdziecie ich w tej największej atrakcji turystycznej południa Norwegii. Zoo w Kristiansandzie to tylko z pozoru park ze zwierzętami; znacznie większy nacisk kładzie się tam na bardzo szeroko pojętą rozrywkę.

Do zoo wybraliśmy się przez przypadek. Bob dostał informacje od firmy dostarczającej nam Internet i prąd, że oto dnia 5 września wszyscy klienci firmy będą mogli za darmo wejść na teren Dyreparken i korzystać ze wszystkich atrakcji. Stwierdziliśmy, że jak będzie ładna pogoda, można się wybrać. Pogoda oczywiście była super, więc my z plecakiem jedzenia wyruszyliśmy w niedzielę rano na podbój norweskiego zoo.

Po drodze słuchaliśmy pewnej norweskiej bajki pt. „Kardemmome By”, napisanej i skomponowanej przez Thornbjørna Egnera, który jest tym dla norweskich dzieci, czym Jan Brzechwa i Julian Tuwim dla polskich. Jest to niespełna godzinne słuchowisko przedstawiające mieszkańców pewnego miasteczka – Kardamonowego Miasteczka – w którym wszyscy muszą być grzeczni i mili dla siebie. Płytę z bajką dostałam jeszcze w Polsce na kursie norweskiego. Słuchaliśmy jej jadąc do zoo, ponieważ w Dyreparken odtworzone zostało Kardemmome By i stanowiło ono jedną z jego atrakcji. Bob nie znał Kardemomme By, więc jadąc do Kristiansandu musiał przejść godzinny proces wtajemniczenia :]

Przed samym zoo, a w zasadzie przy zjeździe z autostrady na parking przywitał nas korek - w sumie żadna niespodzianka, bo w tamtym miejscu droga blokuje się prawie każdego dnia. Kilkunastu pracowników z Dyreparku zajmowało się upychaniem aut na parkingu. Trzeba przyznać, że wykonywali swoją pracę niezwykle sprawnie. Zostało nam jeszcze przedostać się specjalnym podziemnym przejściem na drugą stronę autostrady, minąć hotel w kształcie łodzi o wdzięcznej nazwie „Arka Noego” i oto zoo stało przed nami otworem.

Zaopatrzeni w mapki terenu ruszyliśmy! Najpierw widzieliśmy port piracki, niestety tylko z zewnątrz, bo całość była zamknięta z powodu kręcenia tam filmu (niestety, nie kolejnej części Piratów z Karaibów z moim ulubionym Johnnym Deppem). Potem był wielki plac z różnego rodzaju strzelnicami. Nagrodami były wielkie maskotki. Potem była cała baza gastronomiczna, rejsy statkami, sporo zieleni... i żadnych zwierząt!  "Zaledwie" godzinę po wejściu na teren zoo dotarliśmy do Kardemmome by i tam właśnie zobaczyliśmy pierwsze zwierzaczki – papugi. W Miasteczku Kardamonowym było super. Domki wyglądały tak jak w książeczce Egnera, jeździł tramwaj, była wieża, domek trójki Złodziejaszków i była piekarenka, z której wydobywał się piękny zapach cynamonu i świeżego pieczywa, wyczuwalny w całym Kardemomme By. Kawę i cynamonowe bułeczki podawano na specjalnej „zastawie” z postaciami i tekstami piosenek z bajki.

Obok Kardemomme By znajdował się wybieg dla wielbłądów. Stamtąd udaliśmy się na część nazwaną „Park Dzikich Zwierząt”, zamieszkaną przez watahę wilków, łosie, lisy polarne (moi absolutni ulubieńcy), rosomaki i coś co przypominało rysia (ale nie z tego "Klanu";]). Potem dotarliśmy na Wzgórze Krów, gdzie dzieciaki mogły do woli głaskać i karmić owieczki, krowy, kucyki, kozy i króliki. Wszystko pomalowane było na jasne kolory i stylizowane na wiejskie gospodarstwo. Podobnie jak w całym zoo, również w krowim miasteczku mnóstwo było miejsc, gdzie można było usiąść i zjeść lunch; był też obowiązkowy sklepik.

Kolejną godzinę spędziliśmy w kolejce do jednej z atrakcji zoo – toru wodnego z łódkami w kształcie kłód, które spadają z wysokości 13 metrów. Zabawa była świetna, szkoda tylko, że tak krótko trwała.

W stylizowanej na afrykańskie safari osadzie można było pogłaskać małe koziczki, zjeść coś w kawiarence oraz przede wszystkim kupić pamiątki, wszystkie sygnowane logo „Dyreparken”. W części "sawanna" na jednym wybiegu chodziły zebry, strusie, antylopy i żyrafy. Osobno przebywały lwy i moje ulubione surykatki (Timon z "Króla Lwa"). Kawałek dalej odwiedziliśmy tygrysa syberyjskiego (fajny kotek), małpy i jakieś obślizgłe gady i płazy. Widzieliśmy zdołowane lemury i huśtające się na linach orangutany.

Na koniec wróciliśmy jeszcze raz do Kardemmome By i tam w pełnym, popołudniowym słońcu zjedliśmy bułeczkę cynamonową i lody (będąc w Kardamonowym Miasteczku po prostu nie można nie zjeść świeżej, jeszcze gorącej bułeczki z cynamonem!).

* * *

Dyrepark może w 1/3 jest prawdziwym ogrodem zoologicznym. Pozostałe 2/3 to po prostu park rozrywki. W słoneczną niedzielę kolejek nie było w zasadzie tylko do zwierząt i toalet. W każdym innym miejscu, czy to do wyciągu bobslejowego, czy budki z lodami, czy też sklepiku z pamiątkami, należało odstać swoje. Miejsce stworzone jest z myślą o dzieciakach - w piaskownicach stoją koparki, którymi mały operator może kopać dołki, obracać się i przesuwać, po alejkach jeżdżą samochodziki napędzane akumulatorami, którymi można wjechać na prom i przepłynąć na drugi brzeg jeziorka (do zainscenizowanej tam "Danii"). Oprócz tego jest mnóstwo placów zabaw, zjeżdżalni, karuzel. Gdybym była dzieciakiem, pewnie nie chciałabym wychodzić z takiego miejsca.

Bardzo cieszyłam się na naszą wycieczkę do zoo, właśnie dlatego, że mogłam poznać specyfikę skandynawskiego parku zoologicznego. Połączenie części rozrywkowej z zoo i aquaparkiem (tak! Dyreparken posiada też własny aquapark) to naprawdę fantastyczne rozwiązanie, niestety ciągle nie spotykane w Polsce.

Jednocześnie po wycieczce stwierdziliśmy, że na miesiąc mamy dość wszelkich dzieci. Za dużo ich było jak na te kilka niedzielnych godzin, które spędziliśmy w zoo ;]

Galerię z zoo możecie zobaczyć TUTAJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz