Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

wtorek, 17 sierpnia 2010

„Takiej ciemności to ja w życiu na oczy nie widziałam”


Na kilka dni przyjechał do nas Marcin. Zdecydowaliśmy, że tym razem nie będziemy powtarzać w kółko utartego repertuaru atrakcji i postawiliśmy na coś nowego. Tą nowością okazały się drezyny.

Tutaj małe wtrącenie, w celu wytłumaczenia czym drezyny są. Chyba każdy w swoim życiu zaliczył przy najmniej jeden western w telewizji. Drezyny to pojazdy szynowe, które napędzane były siłą mięśni rąk. Drezyny można było też zobaczyć w bajkach, kiedy to bohaterowie uciekali na nich i przestawiali zwrotnice aby pozbyć się pościgu.

A wracając do głównego wątku... Nasze drezyny przypominały bardziej rower na szynach, napędzane były bowiem siłą naszych mięśni nóg. Na południu Norwegii wypożyczyć można drezynę w miejscowości Flekkefjord. Kiedyś dojeżdżała tam kolej, ale w związku z tym, że jej utrzymywanie stało się nierentowne, pociągi przestały tam jeździć, ale zostały szyny. Zmyślni Norwegowie postanowili zrobić z nich atrakcję turystyczną i tak za 250 kr można wynająć drezynę i przemieszczać się nią na 20-kilometrowej trasie (w jedną stronę), obfitującej w widoki, tunele i stare stacyjki.

My na drezyny wybraliśmy się w sobotę. Pogoda była wspaniała, słonce świeciło, ale nie było gorąco, w sam raz na pedałowanie po torach. Ponieważ byliśmy we trójkę, dostaliśmy jedną dodatkową drezynę, którą mieliśmy dostarczyć jakiemuś panu, mniej więcej na połowie trasy. Tam też zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i drożdżówki, które upiekłam dzień wcześniej. Po przejechaniu trasy, zostawiliśmy naszą drezynę na torach i ruszyliśmy w piękne miejsce nad wodą. W cieniu wypiliśmy piwko i zjedliśmy matpakke. Pokrzepieni takim posiłkiem ruszyliśmy w drogę powrotną.

Drezyna ma dwa miejsca do pedałowania i jedną ławeczkę. Ławeczkę zajmowałam ja, a do moich zadań należało oświetlanie tuneli. Właśnie. Tunele. Zdecydowanie największa atrakcja wycieczki drezyną. Jak wspomniałam wcześniej, po torach, którymi się przemieszczaliśmy, kiedyś jeździły regularne pociągi. Oznacza to, że na trasie były normalne, regularne tunele. Jedne krótsze, inne długie, niektóre zimne i wilgotne, węższe lub szersze. Ale wszystkie zupełnie ciemne! Największą frajdę dawała jazda w najdłuższych tunelach, były tak długie, że absolutnie nic nie było w nich widać. Miało się wrażenie, że unosi się w jakiejś nieprzebranej ciemności. Grozy dodawał unoszący się w powietrzu i odbijający echem odgłos tarcia kół drezyny o szyny. Po przejeździe pierwszym z takich tuneli, stwierdziłam, że „panowała tam taka ciemność, jakiej nigdy w życiu na oczy nie widziałam”. Bob z Marcinem, jak tylko skończyłam moją wyjątkowo błyskotliwą uwagę, zaczęli się pokładać ze śmiechu i dusić jedzonymi drożdżówkami. Przeżyli :)

O kolei flekkefjordskiej i wynajęciu drezyn możecie przeczytać na stronie http://flekkefjordbanen.org/dresin1.html

1 komentarz:

  1. rzeczywiście ta uwaga o ciemności była błyskotliwa ;) sama o mało nie udusiłam się kawą :)
    pozdrowienia
    Paula

    OdpowiedzUsuń