Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

O pewnej makreli


Mylicie się jeśli myśleliście, że po przeprowadzce do Norwegii najgorsze, co Was może spotkać to obieranie różowych, wąsatych krewetek z oczkami jak czarne paciorki albo zetknięcie z tutejszą niekompetentną kadrą urzędniczą, tudzież konieczność przeprowadzki po 2 miesiącach wynajmowania mieszkania, bo jego właścicielka zdecydowała się je sprzedać. Jeśli tak myśleliście, to znaczy, że nigdy nie przyszło Wam się zmierzyć z rybą. Makrelą. Świeżą makrelą.

Ze świeżymi rybami miałam do czynienia jako dziecko przy okazji Wigilii. Mama kupowała karpia, wpuszczała go do wanny, a my z bratem traktowaliśmy go jak nasze domowe zwierzątko i nazywaliśmy go „Zenek” albo „Stefan”. Potem „Zenek” znikał z naszej łazienki, a my znów mogliśmy się kąpać w wannie. Oczywiście mama informowała nas co z karpiem się stało, ale nigdy nie wolno nam było uczestniczyć w procesie, któremu ulegała ryba pomiędzy wanną, a patelnią. Z tego co pamiętam nigdy też nie mieliśmy większych problemów ze zjedzeniem „Zenka”/ „Stefana”. Z czasem w naszej łazience pojawił się prysznic, w związku z czym „hodowanie rybki” straciło sens, poza tym nasze psy źle reagowały na karpia w wannie. Wtedy to też karpia zastąpił pstrąg. Zgodnie z całą rodziną uznaliśmy, że karp jest obleśny i śmierdzi mułem, a pstrąg jest pyszny. To by było na tyle z moich doświadczeń ze świeżymi rybami.

W Norwegii do tej pory kupowaliśmy ryby mrożone (błogosławieństwo dużego zamrażalnika) – nie trzeba ich jeść od razu a i są tańsze od tych świeżych. Taki stan rzeczy utrzymywał się do soboty. Wybraliśmy się z Bobem na zakupy i w jednym z marketów zobaczyliśmy, że mają w naprawdę atrakcyjnych cenach świeże ryby. Makrele. Swojską makrelkę znam i lubię szczególnie wędzoną; świeżej nigdy nie jadłam. Ale co tam! Żyje się raz, a skoro się tu przeprowadziłam to trzeba i makreli spróbować. Poza tym to podobno tutejszy smakołyk. Za kilka koronek nabyliśmy naszą makrelkę (zdecydowaliśmy się na jedną, jakby nam nie posmakowała). W domu znalazłam całkiem przystępny przepis, trochę go urozmaiciłam i zapowiedziałam, że w poniedziałek na obiad makrela.

Dziś właśnie poniedziałek. Od rana nie mogłam się doczekać mojej pieczonej w folii makreli. Zerknęłam w przepis: „natrzyj rybę solą”. Szukam znajomego nacięcia na brzuszku i… odwróciłam rybę kilka razy, ale żadnego najmniejszego choćby nacięcia nie było. Ryba ślizgała mi się w rękach, a ja rozpaczliwie szukałam nacięcia na brzuszku. Nie ma. No to teraz przyszło mi się zdać na moją intuicję. Sięgnęłam po nóż. [uwaga od tego miejsca może być trochę drastycznie] Odłupałam łebek, polała się krew. Odcięłam ogonek. Nacięłam brzuszek i wyleciało całe jej wnętrze…

Do tej pory mój obraz przekroju ryby pokrywał się w 100% z tym zawartym w podręczniku do biologii z piątej lub szóstej klasy. Obrazek był kolorowy, pokazywał prymitywny układ krwionośny ryby i jakieś tam inne jej organy wewnętrzne. Był przejrzysty i przyjemnie się z niego uczyło.

…wnętrze które wylało się z środka ryby nie było kolorowe, dominowała krwista czerwień i generalnie było obrzydliwe. Dalej zdana na swoją własną kuchenną intuicję opłukałam pod bieżącą zimną wodą makrelę, wyciągnęłam ości i opłukałam rybę jeszcze raz. Główkę z oczkami, ogonek i wnętrzności spakowałam do papierowej torebki i do foliowej torebki i zamknęłam szczelnie, a potem wyniosłam na śmietnik. Ciekawe, czy zapewniłam w ten sposób ucztę jakiemuś głodnemu kotu…?

Koniec końców natarłam rybę solą, nałożyłam na nią marynatę, przykryłam folią i wpakowałam do lodówki.

Nie pamiętam, czy w Polsce można kupić aż tak świeże, bo nie wypatroszone, ryby w marketach. Tutaj takie są przysmakiem i zwykle kosztują kilka razy więcej niż mrożone. Norweskie panie domu kupują je i przyrządzają na różne sposoby…Cóż nikt nie powiedział, że zderzenie z kulturą kulinarną Norwegii nie będzie wyzwaniem;]

PS. Zaoszczędziłam Wam i sobie zdjęcia głowy makreli, w zamian za to jest zdjęcie „po”. Nie możecie tego spróbować, ale powiem Wam, że było warto trochę się pomęczyć, bo wyszła naprawdę smaczna, zwłaszcza z ciepłymi bagietkami z masłem czosnkowym, pomidorkiem i świeżą, domową bazylką;]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz