Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

środa, 4 sierpnia 2010

Mój pierwszy sernik

Wyjazd do Norwegii postawił przede mną nowe wyzwania, z którymi do tej pory nie miałam okazji się zmierzyć. Po raz pierwszy naprawdę szukam pracy (wierzcie lub nie, ale wcześniejsze moje zajęcia „same mnie znajdywały"), nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z obieraniem krewetek, po raz pierwszy w wynajmowanym mieszkaniu mam wielką lodówkę do której wszystko się mieści. Po raz pierwszy w życiu przyszło mi się zmierzyć z sernikiem…

Moje doświadczenie w pieczeniu ciast nie jest specjalnie wielkie. Przez 24 lata swojego spokojnego życia uważałam, że nie umiem piec. W tym czasie „stworzyłam” jedno ciasto, które było tak twarde, że nawet ptaki nie chciały go jeść (ostatecznie wylądowało na śmietniku). Moja ciocia, kiedy zobaczyła moje "Dzieło" powiedziała, że jak już koniecznie muszę mieć pieczone ciasto, to zawsze (ale to zawsze) mam do niej zadzwonić i ona mi upiecze co będę chciała. Miałam wtedy 18 lat.

Pojechałam na studia do Wrocławia. Tam odkryłam ciekawy substytut „domowego ciasta”. Kupowałam gotowy spód, nasączałam go, dawałam owoce i całość pokrywałam własnoręcznie (w sensie mikserem) ubitą śmietaną. Wszyscy byli zachwyceni, a moje dzieło towarzyszyło kilku imprezom urodzinowym, paru spotkaniom wigilijnym i niezliczonym wieczorkom filmowym.

Potem w moim życiu (a także mieszkaniu) pojawił się pewien Bob i bardzo chciałam mu zaimponować moimi umiejętnościami kulinarnymi (w tym pieczeniem). No i stało się. Powoli zaczęłam próbować się z różnymi ciastami. Na swoim koncie mam już karpatkę, jabłecznik, drożdżowe z owocami i kruszonką, brownies, pleśniaka, tort kawowy i wszelkiego rodzaju bułeczki. Nigdy jednak nie miałam do czynienia z sernikiem i jakoś nie bardzo garnęłam się do tego ciasta. Po pierwsze jest dość kosztowne. Po drugie, za każdym razem gdy chciałam zrobić sernik, stawała mi przed oczami mama, która kilka godzin spędzała nad sernikiem, który koniec końców i tak zawsze „siadał”.

I tak w moim cukierniczym CV nie było sernika aż do wczoraj. Zapytacie skąd miałam twaróg na sernik w Norwegii? Odpowiedź: Mama Boba. Przywiozła nam chyba ze 3 kilogramy polskiego twarogu (miał być na pierogi ruskie; gdyby powstały pierogi ruskie z takiej ilości sera prawdopodobnie jedlibyśmy je codziennie do Bożego Narodzenia;]). Ostatecznie zostało go nieco ponad pół kilo, niestety termin ważności zbliżał się niebezpiecznie do końca. Nie było rady - musiałam się zmierzyć z sernikiem (naleśniki z serem były już dwukrotnie, a co za dużo to niezdrowo). Wybraliśmy na moim ulubionym blogu z wypiekami sernik. Niestety w podanym przepisie były wiśnie. Zgodziliśmy się z Bobem, że zastąpimy je malinami, których, jak wiecie, w Norwegii jest pod dostatkiem.

Postępując zgodnie ze wskazówkami w przepisie, punkt po punkcie, tworzyliśmy z Bobem nasz pierwszy, wspólny sernik. Wynik naszej pracy możecie podziwiać na zdjęciu. Smakuje jeszcze lepiej niż wygląda. Jestem z siebie szalenie dumna, że oto w nowym mieszkaniu, w piekarniku, którego nie znałam wyszło mi takie smakowite serowe cudeńko. Dlatego też do moich nowo nabytych umiejętności kulinarnych oficjalnie dołączam „sernik” ;]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz