Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

środa, 21 lipca 2010

W drodze na lotnisko…


Spokojnie, spokojnie, nigdzie nie jedziemy, pojechaliśmy na lotnisko odebrać mamę i brata Boba, którzy od dzisiaj goszczą u nas. Cały dzień spędziliśmy w drodze na i z lotniska, nazwanego przez nas polską bramą do Norwegii, ale po kolei.

Godzina 10:40, znak informacyjny "wjazd na autostradę 500 m". A tu korek. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego na autostradach jest korek. W Norwegii autostrad jest jak na lekarstwo, dlatego tym bardziej mnie to zdziwiło. Moja konsternacja wzrosła, ponieważ lewy pas posuwał się do przodu, natomiast prawy stał. W każdej normalnej sytuacji, samochody ze „stojącego” pasa włączyliby lewy kierunkowskaz i za wszelką cenę próbowaliby się wcisnąć na lewy pas. Ale przed oczami rozegrała się sytuacja totalnie odwrotna. Samochody na lewym pasie zablokowały go, żeby dostać się do kolejki na prawym pasie. Dziwne? 200 metrów później zagadka się rozwiązała. Sørlandsparken. Największe centrum handlowe w tej części Norwegii. Czasami sobie myślę, że Norwegom po prostu wystarczy dać możliwość do wydawania pieniędzy, aby ustawiali się w wężyku i czekali na swoją kolej. Korek przed centrum handlowym oceniam na 2 godziny stania w pełnym słońcu. Ale czym są dwie godziny w porównaniu do szansy wydania fury pieniędzy na salgach (wyprzedażach)??

Minęliśmy Kristiansand i pognaliśmy dalej E18. Zdecydowanie nie lubimy tej trasy w województwie Telemark. Jak na polskiej trasie Wrocław – Warszawa. Fotoradar na fotoradarze. Na korzyść Telemarku przemawiają jednak pięknie usytuowane pobocza z miejscami do zjedzenia, położonymi nad oczkiem wodnym, z porządnymi toaletami. Oczywiście zjedliśmy tam nasz mały lunch. I dalej w drogę.

Po pięciu godzinach w samochodzie (Bob dzielnie znosił „wyśpiewane” przeze mnie piosenki Roxette i „Mr Brightside” The Killers), dotarliśmy na lotnisko.

Oslo Sandefjord Torp. Jakbyśmy się na chwilę przenieśli do Polski. Rodaków więcej niż kiedykolwiek w jakimkolwiek miejscu w Norwegii udało nam się spotkać. To tutaj przylatują Polacy chcący zarobić i ewentualnie osiedlić się w kraju fiordów. Stąd też najwięcej Polaków podróżuje do ojczyzny. Dowód? Informacje dla podróżnych podawane są w trzech językach: angielskim (normalka), norweskim (w końcu to mimo wszystko norweskiego lotnisko) i… polskim. Zaliczyłam już parę lotnisk w swoim życiu – w Hiszpanii, Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii (co prawda nie w Londynie, ale w Glasgow), i poza Krakowem i Katowicami, nigdzie nie usłyszałam języka polskiego. Byłam pod wrażeniem ;)

2 komentarze:

  1. Hello, jestem fanem Waszego bloga! Pozdrowienia i... kopę lat Bobie! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. heh, komunikaty dotyczą tylko jednego: nie zostawiać bagażu bez opieki, pozostawiony zostanie zniszczony.

    więc raczej dotyczą konkretnego zachowania, a szkoda

    OdpowiedzUsuń