Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 11 lipca 2010

Najbardziej południowe południe Norwegii


Od niespełna dwóch miesięcy mieszkamy w regionie Sørlandet w Norwegii (Sørlandet, czyli ziemie południowe). Klimat, szczególnie latem, jest tu niezwykle przyjazny. Nie jest ani za gorąco, ani za deszczowo, czasem przeszkadza tylko wiatr, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić ;] Wykorzystując właśnie taką sprzyjającą pogodę wybraliśmy się na najbardziej południowe południe Norwegii. Lindesnes. To właśnie w tym miejscu pojawiła się pierwsza latarnia morska w Norwegii (roku pańskiego 1656 kiedy to Polacy byli w trakcie potopu szwedzkiego) z inicjatywy ówczesnego króla duńsko-norweskiego Fryderyka III.

Obecna latarnię z tamtą łączy tylko miejsce, w który się znajduje. Wokół z niej zbudowane jest całe centrum turystyczne z obowiązkowym sklepikiem pamiątkarskim, kafejką, muzeum… ale po kolei.

Przy wjeździe do Lindesnes powitał nas znak „Lindesnes”, a pod nim informacja wskazująca odległość do Nordkapp (najbardziej północnej północy Norwegii, czyli najdalej na północ wysuniętego punktu na norweskim lądzie). Z Lindesnes do Nordkapp jest bagatela, 2518… kilometrów! Czyli ponad czterokrotna odległość z Helu na Giewont. Nordkapp jest znacznie popularniejszy turystycznie. Znajduje się już za kołem podbiegunowym i serwuje takie atrakcje jak noc polarna, zorza polarna, dzień polarny. Najpopularniejszym widokiem stamtąd jest charakterystyczny globus, przy którym każdy musi mieć obowiązkową fotkę.

Wróćmy jednak na znacznie cieplejsze południe, do Lindesnes. Powitani przez charakterystyczny znak informacyjny, poszliśmy kupić bilety wstępu na teren Lindesnes. Zauważyliśmy też ciekawą norweską właściwość. Jeśli wstęp gdzieś w Norwegii jest bezpłatny – np. na Preikestolen czy lodowiec Briksdalsbreen – należy zapłacić sporo kasy za parking. Jeśli natomiast wstęp na jakiś atrakcyjny turystycznie teren jest płaty, w bonusie otrzymuje się bezpłatny i nieograniczony czas postoju pojazdu – zbawienie dla popularnych na norweskich drogach camperów.

W ramach biletu wstępu na terenie Lindesnes zapoznaliśmy się z wystawą dotyczącą regionu. Całość podzielona została tematycznie na „Latarnię”, „Morze”, „Pogodę” (na Lindesnes znajduje się stacja meteorologiczna) i „Ratownictwo morskie”. Potem obejrzeliśmy w muzealnym kinie dwa filmy poświęcone latarni w Lindesnes, a także ogólnie latarniom morskim na południowym wybrzeżu Norwegii. Z niemałym zdziwieniem odkryliśmy, że zwiedziliśmy całkiem sporo latarni morskich w naszej okolicy. Z kina udaliśmy się na latarnię. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze dwie stałe ekspozycje. Jedna poświęcona była historii latarni morskich w Lindesnes, a druga przedstawiała jakąś kompletnie niezrozumiałą dla nas sztukę współczesną. Zanim weszliśmy do latarni, przeszliśmy się okopem. Dokładnie tak, okopem. Jak już wielokrotnie wspominałam, Niemcy w czasie wojny mieli dziwną manię „wyposażania” norweskiego wybrzeża w różne bunkry, jaskinie, okopy, stanowiska ostrzału itd. Oczywiście nigdy z tego nie skorzystali, dzięki czemu, ku uciesze dzieciaków i miłośników militariów, pozostały one nienaruszone po dziś dzień. Okop poprowadził nas do wielkiej groty, w której… znajdowała się wystawa zdjęć latarni morskich na południowym wybrzeżu. Pomysł na przygotowanie wystawy w takim miejscu wydał nam się wprost genialny, a i same zdjęcia też ładne. Idąc dalej okopem dotarliśmy do latarni. Okazało się, że okop zbudowany jest wokół całego wzniesienia z latarnią, połączony jest z trzema stanowiskami, gdzie w czasie wojny stały jakieś wypasione i groźne działka, do tego należy dodać kilka bunkrów. Plac zabaw dla dzieci jest już w takim miejscu zupełnie zbyteczny.

Pod latarnią ustawiony był specjalny kompas, pokazujący kierunki dużych miast, jak Kopenhaga, Londyn, Rio de Janeiro, Lizbona i oczywiście Nordkapp:)

Weszliśmy na szczyt latarni, która obecny wygląd zachowuje niezmiennie od 95 lat, pochodziliśmy wokół i posłuchaliśmy polskiego języka (jak zwykle w ciekawych turystycznie miejscach spotkaliśmy kilka rodzin polskich).

Potem zdecydowaliśmy się na pieszą wycieczkę wyznaczonymi w pobliżu Lindesnes szlakami. Dzięki kupionej w sklepiku pamiątkarskim za 10 kr mapie dowiedzieliśmy się o czymś w rodzaju norweskiego szlaku orlich gniazd. Tutaj w Norwegii służył on jako system wczesnego ostrzegania o nadciągających niebezpieczeństwach. Kiedy obserwatorzy zobaczyli nadpływających wrogów wspinali się na najwyższą górę w okolicy, która zwieńczona była specjalnym kamiennym kominem wypełnionym drewnem. W przypadku zagrożenia drewno podpalano. Widząc dym, podpalane były stosy na kolejnych wysokich górach w okolicy, dzięki czemu ludność i wojaków informowano o zagrożeniu. Ci ostatni stawali zwarci i gotowi do walki w umówionych miejscach i wyruszali na swoich drakkarach naprzeciw wrogowi. Dzięki mapie dowiedzieliśmy się, że w niespełna tydzień odwiedziliśmy trzy takie wzniesienia kamiennymi kominami w naszej okolicy.

Zanim wróciliśmy do domu, zjedliśmy jeszcze nasze zabrane z domu matpakke. Nie ma to jak jedzenie na dworze; wszystko wtedy smakuje lepiej.

Galerię z Lindesnes już możecie oglądać na naszym blogu :)

1 komentarz:

  1. Od razu skojarzyły mi się te alarmowe płonące stosy z Powrotem Króla Tolkiena. Tam mieli ten sam system, uruchomili go podczas ataku orków na Gondor ;)
    Pozdrawiam,
    Ela

    OdpowiedzUsuń