Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 10 lipca 2010

Na jagody

Pamiętacie tę książkę Konopnickiej? W mojej były przepiękne obrazki, które dzisiaj pamiętam bardziej niż treść. Ale od czego jest Internet? Teraz wpisując w Google frazę „Na jagody” można przeczytać bajkę z dziecięcych czasów, niestety obrazków nic nie zastąpi.

Książka Konopnickiej przypomniała mi się podczas jednego z naszych popołudniowych spacerów w minionym tygodniu. Wybraliśmy się na kilkukilometrowy spacer na jedno z pobliskich wzniesień. Tradycyjnie już na tego typu wycieczki wzięliśmy ze sobą tylko wodę (byliśmy po wielkim pysznym obiedzie, więc zabieranie jedzenia mijało się z celem).

Wchodzimy do lasu, a tam aż niebiesko od jagód! Nie wyobrażacie sobie, jak żałowałam, że nie wzięłam choćby najmniejszego pojemniczka na nie. Całą drogę na górę i z powrotem (przez co nawet nie wiem, kiedy mi ona minęła) snułam plany co mogłabym z tych jagód zrobić. Muffiny, biszkopt, naleśniki, gofry, racuchy, koktajle… W drodze powrotnej wymyśliłam, że wybiorę się na jagody. Jednak przez następne dni padało i na jagody pojechaliśmy dopiero dzisiaj.

Mieliśmy niewiele czasu, bo zaplanowaliśmy też na dzisiaj długą wycieczkę na najbardziej południowe południe Norwegii, czyli do Lindesnes (o tym napiszemy jutro i oczywiście wrzucimy nowe foty). Jagód nie zebraliśmy jakoś specjalnie dużo, ale na muffiny i naleśniki jutro starczy :)

Gwoli wyjaśnienia, nie jestem zwolenniczką zbierania owoców – wręcz nie cierpię tego. Nienawidziłam jeździć na grzyby, a na jagodach ostatni raz byłam we wczesnej podstawówce. Moją motywacją do wybrania się do lasu była książka Marleny de Blasi „Tysiąc dni w Toskanii”. Kiedy czytałam o wyprawach głównych bohaterów na trufle, o zbiorach oliwek, gruszek czy świeżych ziół, też chciałam gdzieś się wybrać i coś sama zebrać. No i padło na te nieszczęsne jagody.

Najbardziej żal mi Boba, któremu zupełnie nie chciało się wstawać w sobotę o 7:30 tylko po to, żeby klęczeć przy jakimś krzaku i szukać owoców. Na szczęście obeszło się bez kleszczy, no i perspektywa tych naleśników wszystko mu zrekompensuje ;]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz