Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

czwartek, 17 czerwca 2010

Uroczy Flekkefjord i jego okolice

Nietypowo dla nas, bo w środku tygodnia, postanowiliśmy się udać na „dalszą wycieczkę”. W naszym słowniku oznacza to mniej więcej jazdę samochodem na odległość większą niż 10 km :).

Bob myślał nad pojechaniem tam już od jakiegoś czasu, a wiejący dzisiaj u nas silny wiatr (dochodzący do 10 m/s) i bardzo ładna bezwietrzna pogoda we Flekkefjord przekonała również mnie do odwiedzenia tego miasteczka.

Pogoda tradycyjnie już była piękna, słońce świeciło, przez co kolory mijanych przez nas domów, lasów i wód były jeszcze intensywniejsze. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęła nam droga.

Zaparkowaliśmy autko tuż nad wodą i ruszyliśmy najpierw do informacji turystycznej po mapę, a potem do marketu po dodatkowe jedzenie (owoce). W związku z planowanym wyjazdem dzisiaj miałam odebrać Boba prosto z pracy, tak żebyśmy nie tracili czasu na jego powrót do domu i jedzenie obiadu. Ten ostatni miały zastąpić usmażone przeze mnie w domu naleśniki, spożyte gdzieś nad wodą. Niestety z braku większej ilości mleka, wyszło mi tylko 5 naleśniczków... Ale były przepyszne!

W centrum miasteczka mieliśmy wątpliwą przyjemność zobaczyć prawdziwy asylmottak. Jest to takie miejsce, gdzie mieszkają i przebywają obcokrajowcy czekający na azyl w Norwegii oraz ci, którzy azyl już dostali, a teraz czekają na mieszkanie od państwa :]. Przed budynkiem siedzi grupa ciemnoskórych mężczyzn bliżej nieokreślonej narodowości i kopci papierosy. W środku widać stół bilardowy... Ciekawe czy piłkarzyki też mieli... Nieważne. Minęliśmy asylmottak i wkroczyliśmy w świat uroczych drewnianych domków i… księgarni. W norweskich księgarniach, oprócz książek można też kupić przybory papiernicze, plakaty, segregatory, a także pamiątki. Bob poszedł oglądać kalendarze, ja skupiłam się na książkach o Norwegii. Wśród nich było także kilka pozycji o kuchni norweskiej… oczywiście nie mogłam wyjść z tej księgarni bez książki kucharskiej. Skusiłam się na uroczą książeczkę (niestety w języku angielskim, a nie norweskim) „Word Cuisine: Scandinavia”. Zapytałam oczywiście panią w księgarni, czy nie mają tego po norwesku i tutaj spotkała mnie niespodzianka :) Pani stwierdziła, że jestem Norweżką! Jestem z siebie dumna i z mojego norweskiego też, trochę ponad miesiąc temu w hotelu w Oslo o wszystko pytałam po angielsku, a teraz znacznie łatwiej przychodzi mi artykułowanie moich pytań i wątpliwości w języku norweskim.

Z księgarni udaliśmy się na punkt widokowy i zwiedziliśmy też "holenderskie miasteczko" (Hollenderbyen). Jest to najstarsza część Flekkefjord, którą tworzą zachowane z XVIII wieku drewniane domki w swojej architekturze przypominające te w Holandii – niska, ciasna zabudowa. Mieszkańcy Flekkefjordu przez kilkaset lat (XVI - XVII wiek) prowadzili intensywną wymianę handlową z Holendrami, stąd też nieco egzotyczne holenderskie miasteczko w środku Norwegii.

Flekkefjord zrobił na mnie wielkie wrażenie; podobnie jak Mandal jest uroczym i kameralnym miasteczkiem, pełnym kafejek, knajpek i ładnej zabudowy. Jadący samochodem Norweg zatrzymuje się tutaj na środku skrzyżowania, żeby pogadać z przechadzającym się znajomym, a jadący za nim nie trąbią, ale grzecznie go omijają, tak aby nie przeszkadzać w konwersacji. Staruszka pracująca w ogrodzie ostrzega nas - turystów, abyśmy skorzystali z innej drogi na punkt widokowy, bo ta jest niebezpieczna z powodu obsuwających się kamieni. Dzieciaki na podwórku widząc parę idącą z mapą (kolejne nasze wcielenie) zagadują po angielsku, bo jak wołają „because we love speak English”.

Powoli wchłaniam tę norweską atmosferę i zaczynam się czuć tutaj jak w domu!

Galeria zdjęć z Flekkefjordu >>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz