Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

niedziela, 20 czerwca 2010

Niedziela, 15:00 - śniadanie nad fiordem


W ten weekend, wyjątkowo jak na nas, nie mieliśmy sprecyzowanych wcześniej planów wyjazdowych.

Sobota do wczesnego po południa minęła nam na domowych porządkach i nauce norweskiego. Potem zjedliśmy szybki obiad i postanowiliśmy pozwiedzać miejsca w okolicy, które do tej pory znaliśmy tylko z mapy.

Wycieczka była jak zwykle super; nie dojechaliśmy co prawda do najdalej na południe wysuniętego miejsca w Norwegii (Lindesnes Fyr), ale byliśmy w jego pobliżu - w Korshamn. Tam zjedliśmy kolację, posiedzieliśmy na nabrzeżu i patrzyliśmy na chylące się ku zachodowi słońce.

Potem pojechaliśmy w głąb lądu, na wzniesienia, skąd chcieliśmy obejrzeć zachód słońca. Niestety po raz kolejny zwiodło nas norweskie oznaczenie szlaków turystycznych i w rzeczywistości doszliśmy tylko pod górę, która skutecznie zasłoniła nam zachodzące słońce:). Na szczęście śliczne widoki na trasie rekompensowały brak możliwości zobaczenia prawdziwego zachodu słońca. Postanowiliśmy natomiast, że pojedziemy go zobaczyć nad otwarte morze jeszcze w tym tygodniu.

Po powrocie do miasteczka wybraliśmy się na nocny spacer – sobota wieczór, więc miasto nawet po północy żyje - zwłaszcza, że to prawie najdłuższa noc w roku! Na miejskim nabrzeżu do 2 w nocy odbywała się impreza taneczna na wolnym powietrzu, przy muzyce na żywo. Dominowali na niej jednak ludzie w wieku średnim, natomiast ci młodsi "wysypywali się" z lokali w centrum albo po prostu bawili się na ulicach. My przeszliśmy się po okolicy i wróciliśmy do domu.

Muszę przyznać, że już dawno nie kładłam się tak późno spać. Nic więc dziwnego, że dzisiaj zwlekłam się z łóżka o… 11! Nie pamiętam kiedy tak długo spałam… Zamiast śniadania wypiliśmy kawę i zagryzaliśmy ją upieczonymi przeze mnie w piątek drożdżowymi oponkami.

Potem otworzyłam w naszej łazience zakład fryzjerski :) moim klientem oczywiście był Bob, którego włosy rosną w Norwegii w zastraszającym tempie i już drugi raz od naszego przyjazdu tutaj trzeba je było obcinać! Muszę się pochwalić, że z obcinania na obcinanie moje zdolności fryzjerskie rosną, a włosy Boba po mojej ingerencji wyglądają coraz lepiej.

Po „fryzjerze” stwierdziliśmy, że wypadałoby zjeść śniadanie. Pogoda była jednak zbyt ładna, żeby jeść je w domu, więc wybraliśmy się nad pobliski fiord. Wszystko smakuje lepiej, kiedy je się to na dworze. Wierni tej zasadzie zapakowaliśmy kanapki, termos z kakao, owoce, słodkie bułki i jogurty. Niemal wszystko pochłonęliśmy nad fiordem.

Stamtąd udaliśmy się na podbój kolejnych fortyfikacji zostawionych w spadku Norwegom przez „wdzięczny za gościnę podczas II Wojny Światowej” Naród Niemiecki. Po raz pierwszy w forcie było prawdziwe działo! Pochodziliśmy trochę po okolicy i okazało się, że niemal cała została ufortyfikowana. W każdej grupie skał kryły się bunkry, stanowiska do ostrzału, schrony. Znaleźliśmy nawet pokaźnych rozmiarów tunel pod skałami, do którego swobodnie wjechałaby ciężarówka. I pomyśleć, że tyle pracy fanatyków spod znaku swastyki poszło na nic... fort nigdy nie został użyty podczas działań wojennych :). My do wielu instalacji nie odważyliśmy się wejść; poszliśmy jednak do pobliskiej małej latarni morskiej. Wyglądała na odwiedzaną tylko przez dzikie zwierzęta...

Kiedy znów wsiedliśmy do samochodu okazało się, że już jest po 18, a nasze żołądki jak na komendę zaczęły się domagać obiadu. Wspólnymi siłami wyrobiliśmy się z posiłkiem w pół godziny, co jest naszym swoistym sukcesem.

Po obiedzie po raz kolejny obejrzeliśmy „Mamma Mia!”. Całą drogę do fiordu i z powrotem słuchaliśmy w aucie soundtracku z tego filmu a ja tradycyjnie śpiewałam… i stwierdziłam, że dziś jest dobry dzień na mój absolutnie ulubiony musical.

Właśnie skończyliśmy oglądać film, Bob bohatersko znosił piosenki ABBY na trzeźwo do 80 minuty filmu, potem skapitulował i musiał się ratować Johnnym Walkerem ;)

I tak minął nam kolejny weekend tu w Norwegii.

1 komentarz:

  1. piękne zdanie- "Bob bohatersko znosił piosenki ABBY na trzeźwo do 80 minuty filmu, potem skapitulował i musiał się ratować Johnnym Walkerem ;)
    heeheh, biedny Bob:-))))
    Pozdrowienia!!!

    OdpowiedzUsuń