Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 5 czerwca 2010

Historia pewnych wycieczek rowerowych



W minionym tygodniu pogoda u nas wciąż była bardzo ładna, dlatego aż dwukrotnie wybraliśmy się (dałam się namówić) na wycieczkę rowerową. Miasteczko, w którym mieszkamy położone jest na wysuniętym w morze półwyspie, dlatego wiatr jest tu na porządku dziennym i chcąc pojeździć na rowerze najlepiej wybrać dzień, kiedy wiatr jest słabszy. Dotyczy to szczególnie osób (mnie!), których kondycja jest "ograniczona".

W poniedziałek wybraliśmy się na ponad 30-kilometrową wycieczkę. Ten z pozoru niewielki dystans jak na wyprawę rowerową, w terenie górskim jest jednak nie lada wyczynem. Zwłaszcza dla mnie to naprawdę dużo kilometrów! Ostatnio wykręciłam tyle na rowerze jeszcze w czasach podstawówki. Wtedy trenowałam pływanie, więc byłam w formie; nie to co teraz. Trasa była przepiękna i polegała na okrążeniu sporej góry, w której wnętrzu dziś przebiega tunel dla aut. My jechaliśmy oczywiście "górą" -po zawieszonej nad fiordem półce skalnej. Widoki wręcz zapierały dech w piersiach - błyszcząca woda i wystające z niej małe zielone wysepki, gdzieniegdzie biała łódeczka, cisza i spokój.
Gdy podjazd okazywał się zbyt stromy po prostu prowadziłam rower, więc wszystko było w porządku. Wracając oczywiście musieliśmy zjechać z tej góry. To niesamowite uczucie sunąć w dół na rozpędzonym rowerze z taką prędkością! Mój licznik na rowerze zarejestrował maksymalną prędkość 49,7 km/h! Ale hamowałam, więc pewnie jakbym tego nie robiła, byłoby około 60 na godzinę.
Wycieczka była naprawdę super i następnego dnia nawet tak bardzo nie narzekałam na ból mięśni.

Druga z naszych wycieczek nie była już tak udana. Chcieliśmy okrążyć bardzo ładnie położone pobliskie jezioro. Rower wydawał nam się doskonałym środkiem przemieszczania się, bo jeziorko oddalone jest od nas o jakieś 2,5 km. Dojechaliśmy na miejsce; początek trasy nie zapowiadał katastrofy. Jechaliśmy po dróżkach, słońce świeciło, widok na jeziorko super. Wypatrzyliśmy kilka miejsc na grilla, zrobiliśmy kilka fotek. Poruszaliśmy się wzdłuż wyznaczonego na tej drodze szlaku. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, że szlaki w Norwegii nie są tak dokładnie oznakowane jak w Polsce, o czym przekonaliśmy się gubiąc się dwa razy. Po pierwszym zboczeniu z trasy zaczęły się nasze problemy. Trasa była absolutnie nieprzystosowana do jazdy na rowerze! Śmiem twierdzić, że w ogóle nie była przystosowana do jakiejkolwiek formy przemieszczania się! Szlak, pożal się Boże oznakowany, prowadził o metr od wody, tuż przy zboczu pagórka porośniętego lasem, przez ogrodzenie pod napięciem (Bob się o tym przekonał na własnej skórze). Po 3 km marszu z rowerami miałam serdecznie dość jezior, wycieczek rowerowych, szlaków turystycznych w Norwegii. Jednym słowem wszystkiego. W domu okazało się, że nasz „wypad nad jeziorko” zakończył się dla mnie 2 kleszczami na nogach (moje pierwsze kleszcze w życiu, strasznie panikowałam jak Bob mi je wyciągał; oznak boreliozy brak – na razie) i przynajmniej 5 łażącymi po mnie i szukającymi miejsca, gdzie by tu się wbić.

Na poprawę humoru zrobiłam nam gofry. Nieskromnie pochwalę się, że osiągnęłam perfekcję w ich przyrządzaniu – musiałam, bo w Norwegii gofry (właściwie wafle) to - obok naleśników z parówką - danie narodowe. W moim przepisie łączę mąkę, mleko, jajko, roztopione masło, odrobinę cukru pudru i proszku do pieczenia w proporcjach takich, aby osiągnąć konsystencję gęstego jogurtu - czyli ok. pół szklanki mleka na ¾ szklanki mąki. Wychodzą akurat cztery goferki. Zrobiłam do nich bitą śmietanę. Trzeba przyznać, że mają tutaj cudowną śmietanę, nawet minuty jej nie ubijałam, a już była gotowa. W Polsce zwykle zajmowało mi to kilka minut.

Po takiej kolacji od razu lepiej się poczuliśmy. Na wszelki wypadek zapowiedziałam, że przez jakiś czas wolałabym unikać lasów i jezior;)

1 komentarz:

  1. Eve wszystko fajnie, ale gdzie są zdjęcia z tymi przepięknymi widokami? Byłoby fajnie pomarzyć o takim miejscu podczas sesji ;)

    OdpowiedzUsuń