Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

sobota, 29 maja 2010

Tropem niemieckich żołnierzy


Sprawdziliśmy wczoraj na yr.no (chyba najlepsza i najdokładniejsza prognoza pogody dla Norwegii i nie tylko, korzystaliśmy z niej na długo zanim się tu wyprowadziliśmy), że w weekend pogoda będzie ładna tylko w sobotę. Dlatego postanowiliśmy się wybrać, nowym świeckim zwyczajem, na wycieczkę.

Obraliśmy kierunek na latarnię morską, a stamtąd postanowiliśmy iść do fortu niemieckiego. Jak pisałam ostatnio w naszej okolicy jest mnóstwo „pamiątek” po czasach II wojny światowej. Niemcy w obawie przed atakiem aliantów z morza od zachodu, pobudowali rozległą linię obronną w postaci bunkrów i olbrzymich fortyfikacji. Ciągną się one w zasadzie przez całe wybrzeże, pierwszy raz widziałam je w zeszłym roku w Molde.

Zaraz po śniadaniu spakowaliśmy jedzonko na drogę, pojechaliśmy do księgarni po mapę i do latarni. Cała droga zajęła nam niespełna pół godzinki. Pierwszy raz w życiu byłam na latarni morskiej, więc wywarła na mnie spore wrażenie. Z samej góry roztaczał się widok na morze i fortyfikacje mające bronić latarni przed atakiem od strony wody. Po zejściu przeszliśmy się wzdłuż nich i weszliśmy do jednego bunkra. Musieliśmy sobie oświetlać drogę lampą błyskową z aparatu, bo było tak ciemno. Sama pewnie bałabym się tam wejść, w obawie, że mogą tam być jakieś szczury, ale na szczęście Bob trzymał mnie za rękę więc czułam się pewniej.

Tuż obok latarni zaczynał się sześciokilometrowy szlak prowadzący do fortu. Zabraliśmy plecak z samochodu i wyruszyliśmy. Było super, część trasy poprowadzona była przez lasek sosnowy, gdzieniegdzie były tajemnicze schodki prowadzące do kolejnych bunkrów i schronów. Nie wchodziliśmy tam, bo nie mieliśmy latarek. Po lesie szło się cudownie, podłoże było miękkie od igiełek, które zasypały całą wytyczoną ścieżkę. Pachniało iglakami, nie było wiatru, jednak las nie był na tyle gęsty, aby nie docierało do nas idących słońce. Potem trasa prowadziła przez takie pole wzdłuż morza, potem znów przez las i tak w kółko.

Sam fort również robił wrażenie. Przeszliśmy się kawałkiem takiego wału otaczającego wzgórze; miejsca, gdzie kiedyś stały ciężkie działa, już pordzewiały, ale otwory przez które obserwowany był brzeg ciągle były zachowane. Na szczycie wzgórza były kolejne fortyfikacje idealnie wtapiające się w kamienne podłoże, natomiast poniżej były drewniane żołnierskie baraki, przerobione teraz na muzeum.

Kiedy dotarliśmy z powrotem do samochodu, nie potrafiliśmy określić, które ze wzgórz było fortem (chociaż z fortu parking widzieliśmy świetnie!)– to się nazywa kamuflaż ;]

Teraz już siedzimy w domu, zaraz ma rozpocząć się finałowy koncert konkursu Eurowizji, w tym roku organizowany właśnie przez Norwegów, więc jest to temat numer jeden od ponad tygodnia. Postanowiliśmy obejrzeć, bo finał transmitowany będzie przez NRK (norweska TVP) w Internecie (w końcu będzie okazja sprawdzić to magiczne łącze 10 Mbps). Oczywiście wiemy, że polski artysta nie zakwalifikował się do dzisiejszego konkursu. W sumie to się nie dziwię, też bym nie głosowała na faceta, który występuje z tancerkami w strojach ludowych, wkładającymi sobie jabłka do ust, a potem składającymi ręce do modlitwy…

Niedziela, godz. 12
PS.: Łącze dało rade! Idealnej jakości przekaz na żywo, bez żadnych zacięć. Mam nadzieję obejrzeć również mecze MŚ w RPA w necie.

1 komentarz:

  1. zadziwiająca konsekwencja w unikaniu jakichkolwiek nazw miejscowości ;-)

    OdpowiedzUsuń