Jesteśmy na urlopie rodzicielskim

Jesteśmy na urlopie rodzicielskim! Jak tylko ogarniemy się z naszym maluszkiem, powrócimy do aktualizacji bloga! Tymczasem życzymy wszystkim czytelnikom samych sukcesów w 2017 roku!

wtorek, 21 grudnia 2010

Wesołych Świąt

W związku z naszym kilkudniowym wyjazdem już teraz składamy wszystkim najlepsze życzenia świąteczne!

Życzymy Wam, abyście te Święta spędzili w otoczeniu bliskich Wam i ważnych dla Was ludzi. Aby całe święta upłynęły w atmosferze zgody i radości. I aby właśnie taki – radosny – był dla Was nadchodzący rok 2011. Oby był jeszcze lepszy niż ten, który się właśnie kończy.

Złe wieści dotarły także do Norwegii – co to za święta bez „Kevina” w telewizji? Mam nadzieję, że uda Wam się jakoś przetrwać tę tragedię. Na pocieszenie do życzeń dołączamy zdjęcie naszej „osobliwej” choinki.

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku lub jakby to powiedzieli Norwegowie: God jul og godt nytt år!

Eve&Bob

środa, 15 grudnia 2010

Pepperkaker - norweskie pierniczki

Pozostajemy w klimacie świątecznym. Tym razem będzie o norweskich pepperkakerach, które podobnie jak w Polsce pierniczki stanowią nieodłączny element każdych Świąt Bożego Narodzenia.

Nazwa „pepperkake” oznacza dosłownie pieprzne ciastko. Gdzieś w Internecie przeczytałam ostatnio, że polska nazwa piernik wywodzi się ze staropolskiego słowa „pierny”, co oznacza „pieprzny”. Wygląda więc na to, że etymologia nazwy popularnego świątecznego ciasta wszędzie jest taka sama.

O ile jednak w Polsce dominują pierniki-ciasta, o tyle norweskie pierniki to zwykle dekorowane ciastka. Rozmawiając z paniami z biblioteki o pierniczkach miałam nie lada problem, żeby wytłumaczyć im różnice między polskimi, a norweskimi pepperkakerami. Na szczęście udało się i nawet zrozumiały dlaczego polski piernik staropolski piecze się na kilka tygodni przed Świętami ;]

Ja pierników nigdy nie piekłam. Do wczoraj. Tak, tak wczoraj był sądny dzień, w którym z Bobem poświęciliśmy 2 godziny na wyrabianie ciasta piernikowego, wałkowanie i wycinanie pierniczków – efekt naszej pracy możecie zobaczyć na zdjęciu. Wyszły nam trzy duże pudełka ciastek. I o ile ja jestem przekonana, że taka ilość powinna nam wystarczyć do Świąt, o tyle Bob skutecznie realizuje się w przekonywaniu mnie, jak błędny jest mój pogląd:]

Wracając jednak do norweskich pepperkakerów - ich wykonanie, o czym sama się przekonałam, jest banalnie proste (w sklepach można nawet dostać gotową masę na pierniki). W zasadzie jest ono tak proste, że dzieci same bawią się w kuchni tworząc zastępy pierniczkowych reniferków, aniołków, choinek i bałwanków. Z pierniczkami w Norwegii wiąże się jeszcze jedna tradycja, a mianowicie pepperkakehus. Co to takiego? Jest to nic innego jak popularne także w Niemczech chatki z piernika. Wydaję mi się, że tradycja piernikowych domków przywędrowała do Norwegii właśnie z niemieckimi kupcami w XVI w. Robienie piernikowych chatek jest szczególnie popularne wśród dzieci, które w okresie przedświątecznym budują je w przedszkolach. Poszczególne ściany domku piernikowego przyozdabiane są lukrem, kolorowymi żelkami, cukierkami, czekoladą, jednym słowem inwencję w ozdabianiu ogranicza tylko dziecięca wyobraźnia. Wykonane przez dzieciaki piernikowe chatki trafiają na wystawy. W naszym regionie takie wystawki są organizowane w bibliotekach. Towarzyszy im konkurs na „najładniejszy pepperkakehus”. Trzeba przyznać, że pomysłowość dzieci nie zna granic. W naszej bibliotece na wystawce znalazł się „piernikowy domek” w kształcie boiska do piłki nożnej z piernikowymi zawodnikami (jedną z drużyn jest FC Liverpool), piernikową piłką nożną, piernikowymi kibicami… cała biblioteka była pod wrażeniem pomysłu i wykonania :]

Chociaż pepperkakery można kupić w norweskich marketach od połowy października i kosztują grosze, to zachęcam do własnoręcznego ich stworzenia. Od wczoraj nasze mieszkanko pięknie pachnie korzennymi przyprawami wprowadzając nas w iście świąteczny nastrój. Jakby ktoś był zainteresowany to podaję oryginalne norweskie przepisy na pepperkaker i peppernøtter

Pepperkaker
150 g cukru
250 g lys sirup (w Polsce będzie to sztuczny miód)
3 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka kardamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
½ łyżeczki zmiażdżonych goździków
1 i ½ łyżeczki sody oczyszczonej
150 g miękkiego masła
550 g mąki
1 jajko

Zagotuj cukier, sirup i przyprawy, tak aby cukier się rozpuścił, a następnie dodaj sodę i wymieszaj aby całość była klarowna. Masło włóż do miski i zalej ciepłym syropem z przyprawami. Dodaj jajko i wyrabiaj ciasto dodając po trochu mąki. Po uzyskaniu jednolitej masy włóż ciasto na ok. pół godziny do lodówki. Na mocno posypanym mąką blacie rozwałkuj ciasto (grubość ok. 3-5 mm), za pomocą foremek wytnij pierniczki i układaj ja na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Piecz pierniczki ok. 8 minut w temperaturze 180 stopni.

Kiedy ostygną można je udekorować lukrem lub czekoladą.

Peppernøtter
250 ml śmietany
250 ml lys sirup (podobnie jak w przypadku pepperkakerów sztuczny miód załatwi sprawę)
250 g masła
500 g cukru pudru
1 i ½ łyżeczki mielonego imbiru
1 i ½ łyżeczki sody oczyszczonej
1 kg mąki
20 g olejku cytrynowego (w Norwegii do nabycia w aptekach, ale myślę, że wystarczy łyżeczka soku z cytryny)

Wymieszaj masło z cukrem. Letni sirup wymieszaj ze śmietaną i dodaj do masła. Następnie dodaj mąkę wymieszaną z imbirem, sodą i olejkiem (sokiem) cytrynowym. Zagnieć ciasto, a następnie odstaw je do lodówki na godzinę. Twórz z ciasta małe kuleczki i piecz w 180 stopniach ok. 12 minut na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

piątek, 10 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia w Norwegii

Leżę sobie chora w łóżku, patrzę w kalendarz, a tam 10 grudnia. Postanowiłam więc wykorzystać ten czas na od dawna zapowiadany tekst o tym, jak Norwegowie obchodzą Święta Bożego Narodzenia.

Jak już wspominałam na blogu temat Świąt Bożego Narodzenia pojawia się w Norwegii już w połowie października (szczęśliwy lud północy nie lansuje na tak szeroką skalę Wszystkich Świętych). W sklepach pojawiają się ozdoby choinkowe, świeczki, lampki, serwetki oraz produkty świąteczne (julebrus – świąteczna oranżada, juleøl – świąteczne piwo, pepperkaker – pierniczki i cała gama artykułów posiadająca w nazwie magiczne słówko jul, czyli święta). W listopadzie atmosfera świąteczna powoli gęstnieje - coraz więcej „jule-produktów”, w sklepach kampanie świąteczne, w mediach reklamy, pierwsze spotkania świąteczne w pracy (tzw. julebord). Grudzień w Norwegii jest podobny do grudnia w Polsce, czyli podsumowując to jednym zdaniem – rozprzestrzenia się świąteczna histeria.

Wraz z nastaniem grudnia norweskie domy na przedmieściach i w małych miasteczkach zostają pięknie przyozdobione: kolorowe lampeczki na przydomowych drzewkach, światełka w oknach, figurki mikołajków, zapach palonego w kominkach drewna. Centra miast, podobnie jak w Polsce również zostają pięknie przyozdobione. W tym roku dodatkowo spadł i utrzymuje się śnieg tutaj na południu, więc cała ta magiczna atmosfera została dodatkowo spotęgowana i wszystko wygląda jak ze świątecznych reklam coca-coli.

Norweskie dzieci odwiedza julenisse – świąteczny krasnalek, który przynosi prezenty i zostawia je w skarpetach. Dla mikołajka trzeba zostawić kaszkę (julegrøt), żeby się ogrzał i posilił. Sygnałem do rozpoczęcia przygotowań świątecznych jest adwent. Zarówno dzieci, jak i dorośli kultywują tradycję kalendarza adwentowego. Tutaj w Norwegii przyjmują one bardzo róże – komercyjne – formy: kalendarz adwentowy z żelkami Haribo, klockami lego, w postaci lalki w której ubranku są 24 kieszonki itd. W Polsce pamiętam swojego czasu też były te kalendarze popularne.

W połowie grudnia, dokładnie trzynastego, obchodzony jest dzień św. Łucji (wspomnienie św. Łucji z Syrakuzów). Święto to jest znacznie popularniejsze w Szwecji, ale tutaj w Norwegii również się je obchodzi. Związane jest ono ze światłem; w miasteczkach organizowane są pochody na których czele idzie dziewczyna przebrana za Łucję w długiej białej szacie z wiankiem ze świec na głowie (statystykami na temat potencjalnych samozapaleń w tym dniu nie dysponuję). Tego dnia dzieci budzą rodziców i przygotowują tradycyjne śniadanie kawę i lussekatter (bułeczki drożdżowe z szafranem i rodzynkami).

Po święcie Łucji zaczynają się przygotowania do Bożego Narodzenia „na serio”. Chodzi oczywiście o potrawy, a tych na norweskim stole nie brakuje. Podobnie jak Polacy, także Norwegowie zajadają się kilkoma (jeśli nie kilkunastoma) rodzajami śledzia, z mięs najważniejsza jest juleskinke (czyli specjalna szynka świąteczna), oprócz tego pieczony lub wędzony udziec jagnięcy, pieczona wołowina, rolady i pasztety, julepølse (specjalna kiełbasa świąteczna), a także sałatki. Wszystko to stanowi tzw. „kaldtbord” (czyli zimny stół, znany w Polsce jako szwedzki). Do tego dochodzą łakocie (migdały w karmelu, pralinki i trufle), domowe chleby, ciasta i ciastka: pepperkaker (pierniczki), peppernøtter (pierniczki z orzeszkami), wszelkiej maści kruche ciasteczka, smultringer (przypominają oponki), a także dostępne w Polsce (m.in. na Jarmarku Bożonarodzeniowym we Wrocławiu) kransekaker (kruche ciastka o smaku migdałowym w kształcie pierścieni tworzących piramidę). W ogóle migdały są tym dla świąt Bożego Narodzenia w Norwegii, czym mak w Polsce (wyobraża sobie ktoś Święta Bożego Narodzenia bez makowca?). Innymi produktami typowo świątecznymi są przyprawy: imbir, cynamon, anyż, goździki i kardamon, a także rodzynki, orzechy i skórka pomarańczowa; owoce: jabłka, mandarynki i pomarańcze. Tradycyjnym napojem świątecznym (prócz wspomnianej świątecznej oranżady julebrus i piwa juleøl) jest gløgg. Jest to grzane wino z przyprawami (kardamonem, cynamonem, imbirem, goździkami oraz z migdałami, rodzynkami). Wersja dla dzieci zawiera także przyprawy, jednak zamiast wina podaje się sok porzeczkowy.

Bardzo ważnym elementem Świąt Bożego Narodzenia jest dekorowanie. Stół na którym postawione zostaną potrawy musi być pięknie przybrany, podobnie jak choinka, kominek, domowy ganek, czy ogródek. W świątecznych dekoracjach Norwegowie wykorzystują kwiaty – głównie tulipany i azalie, a także gałązki choinki, szyszki, jemiołę, wstążki itp. Bardzo ważne są także świece, których nie może zabraknąć na świątecznym stole. Tradycją jest zapalanie świec w oknie domu, tak aby zbłąkany wędrowiec mógł znaleźć drogę i ogrzać się w cieple.

Na koniec typowe norweskie potrawy świąteczne. Norwegowie podczas wigilijnej wieczerzy mogą dokonać wyboru pomiędzy potrawami mięsnymi a rybnymi. Zacznijmy od tych drugich. Główną rybą norweskich Świąt Bożego Narodzenia jest dorsz. Zwykle jest on gotowany w wodze i podawany z jasnym sosem i sałatką ogórkową. Druga wersja podania dorsza to potrawa zwana lutefisk. Co się kryje pod tą tajemniczo brzmiącą nazwą? Otóż jest to również dorsz, jednak suszony, a następnie moczony w sodzie kaustycznej (według książki, którą się podpieram pisząc ten tekst z 1 kg suszonego dorsza powstaje 5 kg lutefisk). Jeśli ktoś zdecyduje się na lutefisk, to podaje się go z puree z zielonego groszku z sosem musztardowym i ze skwarkami boczku. Przejdźmy teraz do dań mięsnych. Na początek pieczony indyk, do którego podaje się sos śmietanowy oraz obowiązkowe ziemniaki. Ziemniaki podaje się także do pinnekjøtt (niegdyś tradycyjne danie Zachodniej Norwegii, obecnie popularne w całym kraju – są to suszone, solone baranie żeberka z kością). Ostatnim daniem typowo świątecznym w Norwegii są ribbe, czyli żeberka wieprzowe. Są one niezwykle tłuste i dlatego przygotowuje się je na specjalnych (dostępnych od października w każdym markecie) rusztach. Podaje się je z ziemniakami i kwaśną kapustą (białą lub czerwoną).

Święta Bożego Narodzenia upływają Norwegom na biesiadowaniu w gronie najbliższych przyjaciół i rodziny. My spędzimy je w ten sam sposób, ale w Polsce.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Urodziny Boba

W miniony weekend oprócz śniegu, mieliśmy też małą uroczystość, a mianowicie urodziny Boba (kto nie wiedział ten usprawiedliwiony;])

Co prawda Bob urodziny miał w sobotę, ale cała mała "impreza" z tym związana odbyła się w niedzielę. Oprócz znajomego z Sandnes, który spędzał u nas cały weekend, przyjechali też znajomi z okolic Stavanger. Także było nas sztuk pięć i było bardzo fajnie. Ale najpierw sobota.

Rano przywitał nas śnieg. Co ciekawe nie stopniał on od razu, więc zaliczyliśmy tego dnia dwa spacery (w ciągu dnia i wieczorny). Bob oberwał honorową śnieżką ode mnie (ale śnieg się nie lepił za bardzo, więc szkód żadnych nie odnotował), porobiliśmy zdjęcia zaśnieżonej okolicy i pochodziliśmy trochę po mieście, które udekorowane jest już świątecznie. Wieczorem chłopaki obejrzeli film z jednego ze studenckich wyjazdów sprzed lat, a ja w tym czasie piekłam ciasto. Potem piwkiem wznieśliśmy toast za zdrowie Boba.

W niedzielę od rana wrzała praca w kuchni. Musiałam przygotować tort (na który kompletnie nie miałam pomysłu; ostatecznie jedną warstwę stanowiły gruszki polane czekoladą, a drugą bita śmietana; górę udekorowałam bitą śmietaną i pokrojonymi w plasterki gruszkami). Wyszedł bardzo dobry, ale sporo się nad nim naprzeklinałam. Nasz biedny gość, za każdym razem jak słyszał mój siarczysty bluzg przybiegał z pytaniem "co się stało"... Bob już przywykł do mojego „kuchennego wyrażania emocji” ;]. Potem przygotowałam masełko czosnkowe i pokroiłam pomidorki na grzanki, Bob zajął się sałatką, więc kiedy przyjechali kolejni goście, wszystko było gotowe.

Czekając na nich martwiliśmy się, jak sobie poradzą w tych trudnych śniegowych warunkach (dzień wcześniej mieliśmy okazję przekonać się, że nawet Norwegowie sobie nie radzą ze śniegiem). Na szczęście dojechali bez problemów, zjedliśmy obiad, a potem zapaliłam świeczki na torcie i nawet zaśpiewaliśmy Bobowi „Sto lat” :]

Niestety to co dobre szybko się kończy. O 16 zrobiło się ciemno, a goście mieli do domu prawie 200 km... Na szczęście szczęśliwie dojechali! Jeszcze raz dziękujemy im za wizytę.

Ja po ich wyjściu doceniłam fakt posiadania zmywarki w domu. Pamiętam z Polski jaką katorgą było po każdej wizycie znajomych przynajmniej pół godzinne stanie przy zlewie i zmywanie naczyń. Tutaj w pół godziny zrobiła to za mnie zmywarka. Najlepsze jest to, że zmywarka w norweskim domu to nie jakiś tam luksus. To urządzenie tak podstawowe jak kuchenka, czy lodówka. Prędzej w norweskim mieszkaniu, które się chce wynająć, nie będzie pralki, niż zmywarki :]

PS. Zdjęcia tortu nie zamieszczamy, bo właśnie zjedliśmy ostatni kawałek ;]

niedziela, 5 grudnia 2010

Zima w Norwegii vs jesień w Polsce

Podczas gdy w Polsce temperatury osiągają minus 20 stopni a warstwę śniegu można mierzyć w metrach, to Norwegowie są zaskoczeni pogodą na przełomie listopada i grudnia. Norweska "jesień" była w tym roku wyjątkowo zimowa i zwłaszcza w ostatnich dniach zdominowała tematy w mediach. Pewnie myślicie, że temperatura spadła do minus 50 stopni, a para wodna zamarzała w powietrzu? Nic z tych rzeczy! Na zamieszkiwanym przez nas półwyspie Lister na Sørlandet ogłoszono, że listopad był  najzimniejszy od 91 lat (od 1919 roku), bo... najniższa zanotowana temperatura wyniosła minus 9 stopni, a średnia miesięczna leżała odrobinkę poniżej zera! Tak tak, dla tubylców to już baaaardzo zimno i rzeczywiście chłodniej niż standardowe temperatury mierzone w poprzednich dziesięcioleciach. Trzeba bowiem wspomnieć, że nawet zimą średnie temperatury w Farsund na południu kraju są dodatnie (ocieplający wpływ prądów morskich).


Zimową panikę podkręcił w ostatnich dniach śnieg. Tak! 3 grudnia spadł śnieg, a przecież według miejscowych nie powinien pojawić się przed Świętami (sic!). Nikomu nie pomaga, gdy wspomnę, że znajomi w Polsce w tym samym czasie odkopują auta z metrowych zasp na 20-stopniowym mrozie. Słyszę tylko "...bo wy Polacy jesteście przyzwyczajeni do zimy, ale my tu na południu nie...". Halooo... czy ja mieszkam w Hiszpanii czy w Norwegii? ;)

No nic. Oswoiliśmy się z szokiem Norwegów i atmosferą sensacji i korzystając z pierwszego śniegu (który pokrył się z odwiedzinami znajomego), wyruszyliśmy na biały spacer. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji porobić zdjęć zaśnieżonej Norwegii (zapraszamy do galerii)! Spacer obfitował nie tylko w widoki piękne dla obiektywu aparatu fotograficznego, ale także w sceny ciekawe dla nas "Polaków, przyzwyczajonych do śniegu i zimy". Widzieliśmy np ulicę zamkniętą dla ruchu tylko po to, aby dzieciaki mogły skorzystać z leżącego śniegu i pojeździć na sankach. Wpychaliśmy też pod górę norweskie bmw, którego kierowca ewidentnie nie radził sobie z jazdą po lodzie i operowaniem gazem w warunkach zimowych. Swoją drogą dziwne, że nie miał opon na kolcach, tak popularnych w tym kraju? A może nie dziwne, w końcu kto by się spodziewał zimy w Norwegii na początku grudnia?!

niedziela, 28 listopada 2010

Weekend w "wielkim" mieście, czyli odwiedzamy Sandnes

W miniony weekend opuściliśmy naszą 10-tysięczną kommune na dłużej. Bob miał zawodową konferencję w Oslo i stwierdziliśmy, że najlepsze połączenie lotnicze będzie ze Stavanger. Dodatkowo w Sandnes (czyli niemal zaraz obok Stavanger) mieszka kolega Boba ze studiów, więc postanowiliśmy sobie zrobić „mały” długi weekend i zatrzymać się u niego.

Wyjechaliśmy w czwartek popołudniu, bo piątek Bob miał spędzić w Oslo. Po nieco ponad dwóch godzinach drogi byliśmy na miejscu. Niestety za długo posiedzieliśmy wieczorem i rano, kiedy przyszło do wstawania i odwożenia Boba na lotnisko, cała nasza trójka była nieprzytomna z niewyspania.  

Strasznie się cieszyłam na ten wyjazd. Marzyły mi się jakieś wielkie zakupy, chodzenie po galeriach handlowych i wszystko to, do czego przywykłam podczas sześciu lat mieszkania w dużym mieście, a czego nie miałam mieszkając w 10-tysięcznym miasteczku na prowincji. Tymczasem, kiedy weszłam do galerii handlowej tylko się zirytowałam. Nieprzebrane tabuny ludzi, wszyscy przynajmniej z trzema reklamówkami… to nie dla mnie. W centrum handlowym spędziłam może godzinę. W domu czekała na mnie właśnie zaczęta książka (druga część trylogii „Mrocznych Materii” pt. „Magiczny nóż” Philipa Pullmana), więc wróciłam do domu, zrobiłam sobie kubek herbaty i przeczytałam pół książki

Myślałam, że to może zmęczenie odebrało mi ochotę do chodzenia po sklepach, więc na następny dzień wybraliśmy się z Bobem do centrum handlowego… I to samo! Za to zachwycił nas deptak w Sandnes, który mieści się przy Langgata. Droga jest zamknięta dla ruchu pojazdów i mieści się przy niej wiele uroczych sklepików często usytuowanych w drewnianych domkach, więc widok znany nam z naszego miasteczka. Stamtąd wybraliśmy się do dużego centrum handlowego pomiędzy Stavanger i Sandnes, czyli do Kvadratu. Pochodziliśmy po sklepach… w zasadzie to wchodziliśmy tylko do każdej księgarni. Skusiliśmy się na obiad w Ikei. Po raz pierwszy w życiu jadłam kuskus i falafele, bardzo nam smakowały. Udało nam się też znaleźć w sklepie z żywnością wschodnią ciecierzycę. Mam nadzieję, że w sklepie azjatyckim w naszym miasteczku też będzie, bo mam wielką ochotę sama zrobić falafele. A potem całe to chodzenie po sklepach nam się znudziło i wróciliśmy do domu.

Czy jest możliwe stanie się małomiasteczkową po nieco ponad pół roku mieszkania na prowincji? Jeśli tak, to ja uległam takiemu procesowi. W Sandnes wszędzie były tłumy, wielki ruch, mnóstwo aut… Odwykłam od tego! Zaczęłam sobie cenić spokój. Pewnie, że mieszkanie w mieście ma swoje duże plusy… ja jednak wolałabym chyba w przyszłości osiąść gdzieś na przedmieściach albo w jakieś małej odległości od miasta i tylko dojeżdżać do niego do pracy i na zakupy. No ale chcieć to jedno, a móc to drugie :]

Sam wyjazd bardzo nam się podobał, fajnie było wyrwać się na kilka dni z domu, korzystając z okazji udało mi się kupić foremkę do wycinania pierniczków w kształcie serduszka :] Czyli mogę przystąpić do akcji „pierniczki”.

Na koniec należy się Wam tylko wyjaśnienie, że wbrew tytułowi posta, Sandnes to żadne wielkie miasto. Ma bowiem zaledwie ok. 65 tys mieszkańców, co w warunkach norweskich oznacza jednak całkiem dużo i plasuje Sandnes na 8 miejscu wśród najbardziej zaludnionych miast w kraju.

wtorek, 23 listopada 2010

Praktyki w bibliotece

Bez owijania w bawełnę i zbędnych ceregieli. Od wczoraj zaczęłam praktyki w tutejszej bibliotece :) I mimo, że po sześciu godzinach tam spędzonych byłam zmęczona jakbym przerzuciła tonę węgla, a nie tylko układała książki na półkach, to jestem szczęśliwa.

Zresztą nie tylko ja, Bobowi też spadł kamień z serca, że wreszcie udało się gdzieś zaczepić.

Organizacja tego była trochę niesamowita. Dokładnie tydzień temu sprawdzałam swoją pocztę, a tu mail od kierowniczki biblioteki. Chciałabym ze mną pogadać o mojej bezpłatnej pracy dla nich, bo właśnie przyszedł list z moimi dokumentami z komuny (zaniosłam je tam chyba w połowie września, nevermind ;]). Oczywiście poszłam i oczywiście nie obiecywałam sobie zbyt wiele… chyba pierwszy raz cieszyłam się tak bardzo, że ktoś mi oferuję pracę za darmo ;] no a wczoraj był mój pierwszy dzień w bibliotece. Na razie zapoznaję się z biblioteką, czyli układam książki na półkach. Tak pewnie będzie przez pierwszy tydzień, może dwa. Potem będę powoli wypożyczała książki, zapoznawała się z systemem.

W ogóle byłam głęboko przekonana, że absolutnie nic nie pamiętam z czasów studiów i sobie nie poradzę… ale okazało się, że jak tylko dostałam książkę w rączkę wszystko wróciło. Włącznie z klasyfikacją Deweya :), która zwykle była dla mnie wyjątkowo problematyczna. Biblioteka jest niesamowita i pewnie powstanie o niej osobny wpis na blogu.

Przerwę na lunch spędziłam z kierowniczką, wreszcie miałam okazję porozmawiać z kimś po norwesku! Mamy taki układ, że jak ja coś mówię niepoprawnie, to ona mnie poprawia. Poza tym ona nie jest stąd, pochodzi z Oslo, więc mówi bardzo poprawnie bez naleciałości lokalnych (tutejszy dialekt jest naprawdę daleki od tego, czego uczyliśmy się w Polsce).

No ale praktyki to nie tylko możliwość ćwiczenia języka. Za moją darmową pracę otrzymam referencje, co jest niezwykle ważne podczas poszukiwań pracy. Przestanę być białą kartką dla potencjalnych norweskich pracodawców, będą mogli zadzwonić do biblioteki i dowiedzieć się czegoś o mnie.

Na koniec zdobędę doświadczenie zawodowe z norweskiej biblioteki, co jest niezwykle cenne. Martwiłam się, że nawet jakby mnie gdzieś przyjęli do pracy, to ja sobie nie dam rady. Po studiach w gruncie rzeczy nie pracowałam w zawodzie. Teraz mam szansę zdobyć jakieś doświadczenie, poznać norweskich autorów, system, poćwiczyć norweski.

Jednym słowem: jest super.

Z nowinek i dobrych wieści – już oficjalnie zdaliśmy oboje z Bobem część ustną naszego egzaminu z norweskiego! To oznacza jedno – maszyna do popcornu jest coraz bliżej ;] Wyniki z części pisemnej, jako, że są sprawdzane oceniane w centrali, a nie tak jak egzaminy ustne w ośrodku, w którym się zdawało, przyjdą dopiero na początku grudnia… Aha i w końcu już oficjalnie uznano mój dyplom. Dostałam norweską autoryzację mojego wykształcenia do oznacza, że posiadam wykształcenie wyższe pełne równorzędne z norweskim wykształceniem. Trochę na to zaświadczenie czekałam (bagatelka pół roku), no ale w końcu jest.

No i to już chyba wszystkie dobre wieści na tę chwilę… i tak jest ich sporo, prawda? ;]

poniedziałek, 15 listopada 2010

Kim są Saamowie?

We współczesnej Norwegii nam – Polakom – może wydawać się, że jesteśmy najważniejszą i dominującą grupą mniejszościową. No – ewentualnie za Szwedami. W rzeczywistości palma pierwszeństwa należy się Saamom. Czyli właściwie komu?

Saamowie to mniejszość etniczna zamieszkująca geograficznie północną część Półwyspu Skandynawskiego, a politycznie - aż cztery państwa: Rosję (ok. 2.000 Saamów), Szwecję (ok. 20.000, Finlandię (ok. 7.000) i Norwegię (ok. 40.000, a więc zdecydowanie najwięcej). Polacy słyszeli nie raz i nie dwa razy o tym ludzie Północy; znają ich jednak pod inną nazwą – Lapończycy. Saamowie uważają ją za obraźliwą.

Są najstarszymi mieszkańcami Półwyspu Skandynawskiego, posługują się językiem lapońskim (z grupy języków ugrofińskich). Ludność saamską podzielić można na dwie grupy: Saamów zamieszkujących wybrzeże, trudniących się myślistwem i rybołówstwem oraz Saamów wędrujących wraz ze stadami reniferów. Jesienią i zimą renifery wyruszały na płaskowyże, gdzie łatwiej było im zdobyć pożywienie. Wiosną wracały na wybrzeże, gdzie spędzały również lato. Saamowie wędrowali wraz rodzinami i całym dobytkiem, za reniferami, mieszkali w namiotach ze skór reniferów (zw. lavvo).

Obecnie wypasem reniferów zajmuje się tylko ok. 10% wszystkich Saamów. Reszta rozprzestrzeniła się na całą Norwegię i aktualnie najwięcej mieszka w Oslo i okolicy stolicy.

Przełom XIX i XX wieku był bardzo trudny dla Saamów. Norwegowie osiedlali się w północnych województwach, a mieszkający tam Saamowie byli traktowani jak ludność drugiej kategorii. Według prawa norweskiego tylko ci z nich, którzy potrafili czytać i pisać po norwesku, mieli możliwość kupienia lub posiadania ziemi; dodatkowo zabroniono wypasania stad reniferów. Saamom nie pozostawało nic innego, jak ukrywać swoją przynależność etniczną. Podobnie jak Polacy kiedyś, również Saamowie nie mogli w szkole posługiwać się swoim własnym językiem. Przez wiele lat saamskie dzieci uczyły się w szkole w języku norweskim (de facto nie wiedząc, co się do nich mówi). Powodowało to, że dzieci nie potrafiły pisać i czytać ani po norwesku ani po lapońsku. Dopiero w 1959 r. wprowadzono nauczanie w języku Saamów w szkołach, jednocześnie państwo postanowiło zadośćuczynić Saamom, którzy z powodu systemu i prawa byli analfabetami.

W latach 70 XX wieku świat zwrócił uwagę na zamieszkujących w Norwegii Saamów, wszystko za sprawą budowy tamy wodnej na rzece Alta w północnej części kraju. Budowa tamy mogła spowodować zniszczenie terenów, na których wypasały się renifery. Do protestujących pod Stortingiem Saamów dołączyli ekolodzy. Przez wiele tygodni przed budynkiem norweskiego parlamentu koczowali w swoich tradycyjnych namiotach Saamowie ubrani w tradycyjne stroje ludowe. Ostatecznie tama została wybudowana, ale dzięki protestowi Saamowie zostali dostrzeżeni i miało to duży wpływ na zmianę ich sytuacji. Dziesięć lat później, w 1989 roku otwarto pierwsze obrady Sametinget, czyli saamskiego parlamentu (budynek na zdjęciu). Jest to organ reprezentujący Saamów zamieszkujących w Norwegii. Wybory, podobnie jak do Stortingu (parlamentu Norwegii), odbywają się co 4 lata. Sprawy, którymi zajmuje się Sametinget dotyczą w głównej mierze kultury i szkolnictwa oraz rozwoju gospodarczego w rejonach zamieszkałych przez Saamów. Jednak parlament saamski nie ma realnej władzy, a jedynie funkcję konsultacyjną.  

Aby głosować w wyborach do Sametinget wystarczy mieć skończone 18 lat i być Saamem. Jak to udowodnić? Wystarczy, że ktoś czuje się Saamem i przynajmniej jeden z dziadków posługiwał się językiem saamskim. Jednocześnie nie trzeba wcale posługiwać się tym językiem. Jednak pomimo, że szacuje się, iż w Norwegii mieszka 40.000 Saamów, w 2007 zarejestrowanych jako Saamowie było tylko 12.000.

Saamowie - jako uznana przez parlament mniejszość etniczna - mają swoją flagę: niebiesko-czerwone koło na fladze symbolizuje słońce (czerwień) i księżyc (niebieski). Cztery kolory stanowiące tło (niebieski, żółty, zielony i czerwony) to kolory występujące na saamskich strojach ludowych i symbolizują 4 kraje w których Saamowie mieszkają (Norwegię, Szwecję, Rosję i Finlandię). Saamom, mimo wielu lat asymilacji, udało zachować się swoją własną wyjątkową kulturę. Należą do nich tradycyjne stroje (dominuje na nich kolor niebieski i czerwony), tradycyjne śpiewy zwane joikowaniem, połów ryb w przerębli oraz charakterystyczne zdobnictwo w rogach, drewnie i kościach.

W 1988 r. film oparty na legendach saamskich „Veiviseren” (pol. „Tropiciel”) był nominowany do Oscara w kategorii film nieanglojęzyczny. Orędowniczką kultury saamskiej jest znana na całym świecie Mari Boine, która w swojej twórczości korzysta z folkloru saamskiego.

Z kulturą saamską można zapoznać się m.in. w Norsk Folkemuseum w Oslo.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Mój pierwszy śnieg w Norwegii

No i się doigrałam! A wraz ze mną całe południe Norwegii. Moje nieustanne klepanie i marudzenie, że nie mogę doczekać się zimy i śniegu wreszcie się spełniło…

Generalnie nic na to nie wskazywało. Podobno wczoraj w radiu mówili o możliwości wystąpienia opadów śniegu wzdłuż południowego wybrzeża. Ja tego jednak nie zarejestrowałam. Zajęta byłam książką (polecam - „Ulisses z Bagdadu”). Wcześniej z kolei wybraliśmy się na niedzielny spacer. Słońce świeciło i chociaż na leśnych ścieżkach liście były pokryte szronem, to i tak było ciepło i przyjemnie. Do głowy by mi nie przyszło, że następnego dnia powita mnie śnieg.

Wstaję dzisiaj rano. Siłą woli doczłapałam się do kuchni i już czuję, że coś jest nie tak. Przez okno balkonowe - jedyne, które nie ma żaluzji - widzę, że woda jest dziwnie wzburzona i ciemna jak nigdy. Odsłaniam żaluzję i… „O cholera! Śnieg!”. Biały puch prószy sobie w najlepsze, co gorsza nie topnieje tylko osiada na naszych tarasowych mebelkach. No to super… Otrząsnęłam się z szoku, bo musiałam śniadanie zrobić. W końcu po to wstałam. Przez kuchenne okienko widziałam, jak ośnieżone pojazdy osiągają zawrotną prędkość 20 km/h. Dość asekuracyjnie, biorąc pod uwagę, że opony każdego z tych pojazdów uzbrojone są w specjalne kolce. W całej Europie kontynentalnej zakazana jest jazda na tego typu oponach, ale nie w Norwegii.

W czasie śniadania śnieg nie przestawał padać. Wypogodziło się w momencie, gdy Bob wychodził do pracy. On ma zawsze takie szczęście, bez względu na to, jak parszywa pogoda byłaby przez cały dzień, jak on idzie do pracy lub z niej wraca, zawsze przestaje padać. Ja mimo, że siedzę w domu mam znacznie większego pecha do pogody. Zawsze jak zapowiadają na dany dzień deszcz to zacznie on padać jak jestem w połowie drogi do sklepu, albo właśnie z niego wychodzę. Może meteopaci tak mają, że przyciągają deszczowe chmury nad swoją głowę?;]

Śniegu nie spadło jakoś zawrotnie dużo. Na mojego pierwszego norweskiego bałwana nie starczyło. Z takiej ilości wyszedłby może mały bałwanek. A teraz to śniegu już prawie w ogóle nie ma. Oczywiście jak wyszłam do sklepu, to padał ;) Ale teraz wszystko już stopniało, słońce wyszło i generalnie jest bardzo przyjemnie.

Przy okazji śniegowego opadu, zrobiło się tak jakby bardziej świątecznie. W sumie w ten weekend Bob zaliczył swój pierwszy julebord, także sezon na święta uznajemy za otwarty. Bardzo mnie ciekawiło, dlaczego spotkanie bożonarodzeniowe u Boba w pracy odbywa się w pierwszym tygodniu listopada. Bob zapytał się o to w sobotę, podczas rzeczonego julebord. Odpowiedź, jak zwykle u Norwegów okazała się niezwykle praktyczna – „nikt na to nie ma czasu w grudniu”. I w tym miejscu muszę się zgodzić z pragmatycznymi Norwegami. Kto ma czas w grudniu, kiedy na głowie ma prezenty, potrawy wigilijne, sprzątanie domu, zjazdy rodzinne, zakupy, na spotkanie się z kolegami i koleżankami z pracy, tylko po to, żeby na koszt firmy zjeść kolację, pobawić się trochę w rytm muzyki na żywo i w niektórych przypadkach napić się nie za swoje? A że Norwedzy mają mocne głowy, to syndrom „dzień po” ich nie omija ;) Także faktycznie lepszym rozwiązaniem jest spotkanie się w listopadzie i bawienie się na całego, bez myślenia o konsekwencjach:]

Obiecałam sobie w tym tygodniu wybrać się do biblioteki i poszukać czegoś o norweskiej tradycji świątecznej. Jak coś znajdę to obowiązkowo podzielę się z Wami na blogu. Co prawda my w tym roku święta jeszcze w Polsce spędzamy, ale nigdy nie wiadomo co będzie za rok ;)

Zobacz także: Pogoda i klimat w Norwegii

piątek, 5 listopada 2010

Mandaty w Norwegii czyli czemu nie opłaca się spieszyć

Prawie każdy kierowca słyszał o niesamowicie wysokich mandatach za przekroczenie prędkości w Skandynawii. Krążą plotki, że są one uzależnione od dochodów złapanego na speedowaniu. Niektórzy twierdzą zaś, że w ogóle nie ma się czym przejmować, bo przecież kto będzie szukał w Polsce człowieka, którego ukarała za prędkość norweska policja? Spieszymy, żeby wyjaśnić jak sytuacja wygląda w rzeczywistości...

W Norwegii mandaty za prędkość wcale nie są uzależnione od dochodów kierowcy, ale wystawiane zgodnie z taryfikatorem. Kary należą do najwyższych w Europie, a taryfikator określa sztywne kwoty, a nie "widełki". W dodatku mandat przewidziany jest za KAŻDE przekroczenie dozwolonej prędkości - za jazdę o 1 km/h (słownie jeden) szybciej niż dozwolone w danym miejscu, przewidziana jest kara w wysokości 300 złotych! Policja jest bezwzględna w swoich kontrolach i w żadnym razie nie wolno liczyć na taryfę ulgową. Dyskutowanie z funkcjonariuszami, targowanie się, tłumaczenie, że to pierwszy raz albo że żona właśnie rodzi, jest wręcz niedopuszczalne i bardzo źle widziane. Nie przyniesie oczywiście też żadnego pozytywnego rezultatu, bo Norwegowie szanują obowiązujące prawo i nie robią w tym względzie żadnych wyjątków. Proponowanie "załatwienia sprawy w inny sposób" prawie na pewno skończy się doniesieniem do sądu. Nie radzimy sprawdzać :).

Nie ma również co liczyć na to, że z wypisanym mandatem pojedziemy do Polski i słuch o nas zaginie. Podobnie jak w wielu krajach, także w Norwegii, obcokrajowcy zameldowani poza Norwegią muszą zapłacić karę na miejscu przy pomocy karty kredytowej (radiowozy wyposażone są w mobilne terminale).

Ile kosztuje ciężka noga...  
(stan na listopad 2010), 1 kr w przybliżeniu 0,5 zł
W miejscu, gdzie dozwolona prędkość wynosi 60 km/h lub mniej, zapłacimy za przekroczenie prędkości
a) do 5 km/h - 600 kr
b) od 6 do 10 km/h - 1.600 kr
c) od 11 do 15 km/h - 2.900 kr
d) od 16 do 20 km/h - 4.200 kr
e) od 21 do 25 km/h - 6.500 kr
f) powyżej 25 km/h - UTRATA PRAWA JAZDY


W miejscu, gdzie dozwolona prędkość wynosi 70 km/h lub więcej, zapłacimy za przekroczenie prędkości
a) do 5 km/h - 600 kr
b) od 6 do 10 km/h - 1.600 kr
c) od 11 do 15 km/h - 2.600 kr
d) od 16 do 20 km/h - 3.600 kr
e) od 21 do 25 km/h - 4.900 kr
f) od 26 do 30 km/h - 6.500 kr
g) od 31 do 35 km/h - 7.800 kr
h) powyżej 35 km/h - UTRATA PRAWA JAZDY

Na autostradach i drogach o dozwolonej szybkości ponad 90 km/h i więcej
Obowiązują stawki takie jak na drogach o dozwolonej prędkości 70 km/h i więcej, z tym że za przekroczenie prędkości od 36 do 40 km/h zapłacimy 9.000 koron, a prawo jazdy stracimy przekraczając dozwoloną prędkość o ponad 40.


Okres na który tracimy prawko uzależniony jest oczywiście od tego jak bardzo złamaliśmy przepisy.
Oprócz mandatów za prędkość, kierowcy zarabiają także punkty karne, ale o tym nie będziemy pisać.

W Norwegii mandaty są rzecz jasna nie tylko za prędkość. Na naszym blogu zajęliśmy się jednak tylko tymi, ze względu na ich "spektakularność" i fakt, że dotyczą największej grupy kierowców. Policja ma prawo ukarać za prawie wszystko, a zainteresowanych odsyłamy do źródła.
Wybierający się do Norwegii samochodem muszą - oprócz prędkościomierza w aucie - bacznie obserwować przejścia dla pieszych. Tu pieszy ma bezwzględnie pierwszeństwo i nie ustąpienie mu go może się bardzo źle skończyć. Fakt, że nie było obok policji niewiele zmienia, bo w Norwegii powszechne jest życzliwe zgłaszanie władzy drogowych wykroczeń innych kierowców :). Szerokiej drogi! (marzenia...)

PS: Ta krowa nie przekroczyła prędkości.

Zobacz także:  
Jak najlepiej dojechać autem do Norwegii
Samochodem po Norwegii - AutoPass, opłaty i mandaty 

środa, 3 listopada 2010

Norskprøve - już za nami :)

I po egzaminach! Na początek dziękuję za wszystkie smsy, wiadomości na gadu i maile z życzeniami „Powodzenia!”. Nawet nie wiecie jakie to miłe, kiedy oddaleni o ponad 1000 km znajomi pamiętają o takim wydarzeniu jak egzamin z języka norweskiego.

Jako że smsy, wiadomości na gadu i maile nie ustały także po egzaminie (tym razem z pytaniem „Jak poszło?) stwierdziłam, że najwygodniej i najskuteczniej będzie odpowiedzieć na blogu na pytanie „Jak było”.

W poniedziałek egzamin miałam ja (Norskprøve 2), a dzień później Bob (Norskprøve 3). W Sørlandet (południe Norwegii) egzaminy odbywały się tylko w Arendal, Kristiansand i Mandal. My wybraliśmy to trzecie miasto i właśnie tam spędziliśmy dwa pierwsze dni listopada.
Generalnie przed egzaminem byłam bardziej przerażona nie poziomem swojej wiedzy (który to poziom oceniałam bardzo źle), a stanem zdrowia Boba, który trochę się był pochorował. Oczami wyobraźni widziałam siebie jadącą samą autem do Mandal po tych krętych (a o tej porze roku jeszcze mokrych) drogach i zastanawiałam się: „Po co ci dziewczyno ten egzamin”. Na szczęście samopoczucie Boba poprawiło się na tyle, że na solidnej bombie lekowej zdecydował się prowadzić :). Ja mogłam się zatem stresować już tylko czekającym mnie egzaminem.

Na przesłanym nam zaproszeniu figurowała godzina 10 jako czas rozpoczęcia. Oczywiście dojechaliśmy przed czasem, bo trzeba się przecież jeszcze zarejestrować. Przekonana, że egzamin zacznie się o 10:00 poszłam do sali, znalazłam przydzielony mi stoliczek i czekam. Czekam. Ciągle czekam. O 10:20 wchodzi kobieta, która mówi, że egzamin mam dopiero o 11:00, więc mogę iść napić się kawy. W całej Norwegii egzamin zaczyna się o tej samej godzinie, czyli o 11:00.

O 11 rozpoczęła się pierwsza część egzaminu, tzw. lytteprøve. Polega na tym, że pani włącza płytkę CD na której nagrane jest ok. 25 scenek. Zdający egzamin dostaje arkusz z pytaniami. Do każdej scenki jest jedno pytanie. Udzielenie odpowiedzi przy połowie pytań polega na zaznaczeniu jednej z trzech opcji, przy drugiej połowie pytań należy oddzielić krótkiej odpowiedzi pisząc samemu. Po rozpoczęciu odtwarzania płyty, nie można przerwać nagrania, zatrzymać go, ani powtórzyć żadnego fragmentu. Na szczęście każda scenka na płycie nagrana jest po dwa razy. Odpowiedzi udzielić trzeba bezpośrednio po wysłuchaniu każdej sytuacji. Całość trwa ok. 30 minut.

Zaraz po tej części przeprowadzana jest Leseprøve - test zrozumienia języka pisanego. Zdający otrzymuje arkusz z kilkoma tekstami, głównie artykuły z prasy norweskiej, ale też np ogłoszenia czy opisy książek. Do każdego tekstu jest kilka pytań. Zadanie polega na przeczytaniu tekstów i udzieleniu odpowiedzi na pytania. Ma się na to 60 minut.

Po tej części mieliśmy przerwę, a po niej część trzecią - Skriveprøve (a więc egzamin z umiejętności poprawnego pisania). W ciągu 45 minut należało napisać dwa teksty. Jeden krótszy, informacyjny – np. list do szefa z uzasadnieniem, dlaczego potrzebujesz tygodnia wolnego. Drugi dłuższy na jakiś ogólny temat – np. opisz pory roku w swoim kraju.

Ta część zamykała Skriftlig Norskprøve, czyli ogólnie egzamin pisemny. Druga oceniana osobno część to Muntlig Norskprøve, czyli egzamin ustny. Podczas tej próby wchodzi się parami (z innym zdającym) i rozmawia. Na Norskprøve 2 zadawane są trzy tematy wypowiedzi – spośród nich dwa referuje się samemu (w tym jeden pewniak – opowiedz coś o sobie), na trzeci temat należy przeprowadzić rozmowę z osobą z pary. Ja trafiłam cudowny temat – jedzenie(!!!). Niestety moja partnerka z Brazylii, nie była zbyt wygadana i generalnie musiałam ją ciągnąć za język, a na koniec do rozmowy włączyła się moderatorka, co normalnie nie powinno mieć miejsca… Na szczęście kiedy miałam mówić sama, to oczywiście wykazywałam się, jak tylko umiałam :]

Czym różnił się mój egzamin (Norskprøve 2) od egzaminu Boba (Norskprøve 3) oprócz tego, że poziomem? Dwójka to poziom A2, a trójka B1. Skriveprøve na Norskprøve 3 trwa 90 minut i uczestnik może wybrać temat wypracowania – Bob w tym roku mógł wybrać pomiędzy wadami i zaletami mieszkania na wsi i w mieście, a esejem o wymarzonej pracy. Poza tym na egzaminie ustnym tylko na jeden temat zdający wypowiada się samodzielnie. Na dwa pozostałe należy przeprowadzić rozmowę z innym zdającym. Niestety Bob miał wczoraj trochę pecha, bo rozmowa odbywała się w trzy osoby, wśród których znalazła się głęboko wierząca Brazylijka (chrześcijanka) i... dosyć radykalny w swoich poglądach Pakistańczyk (muzułmanin). Jakby tego było mało, dostali temat do rozmowy – "równouprawnienie kobiet" - temat idealny, żeby tamtych dwoje się pozabijało i nie dopuściło Boba do głosu...

W każdym razie oboje jesteśmy zadowoleni z egzaminów i oceniamy, że powinniśmy je zdać. Ostateczne wyniki poznamy w… Mikołaja! :] Jak zdamy, kupimy sobie jako prezent mikołajkowo-egzaminowy maszynę do robienia popcornu :D mniaaaam!

niedziela, 31 października 2010

Gość w dom, Bóg w dom

Do napisania tego postu zainspirowała mnie wczorajsza wizyta. Dość niespodziewana wizyta.
Sobota, około południa. Słyszę dzwonek do drzwi więc idę zmierzyć się z jak sądzę norweskimi gośćmi. Otwieram. Dwie osoby. Chłopak i dziewczyna. Na oko moi rówieśnicy. Po norwesku pytają, czy mieszkają tu Polacy. Ja po norwesku, że i owszem. I już wiem, że to nie z Norwegami przyjdzie mi się zmierzyć.

Słyszę polskie „Dzień dobry” i chłopak sięga do czarnego neseserka. Co wyciąga? „Strażnica”, numer październikowy. No i zaczyna się słowotok; czytają psalmy, Biblię i tą swoją gazetkę, na koniec przytaczają mi jakieś wersety pokrzepienia, czy pocieszenia. W końcu udało mi się przerwać ten nie kończący się wywód i podziękować za wizytę.

Zamknęłam drzwi i byłam w szoku. Owszem w Polsce zdarzały mi się wizyty Świadków Jehowy. Ba, zdarzało mi się, że dwóm panom miesiąc w miesiąc (zawsze w soboty przed południem) trzaskałam drzwiami przed nosem jak słyszałam „Dziecko, czy ty wierzysz w Boga?”; dwa razy nawet na ulicy zaczepiły mnie jakieś moje równolatki i podobnie jak ci dwoje wczoraj czytały mi psalmy i podstawiały pod nos „Strażnicę”. Ale to było w Polsce! Nie w Norwegii, w małej mieścince w zasadzie na końcu świata! Skąd oni się tu wzięli? Niby wiem, że w Norwegii mieszka mnóstwo Polaków i że tacy Świadkowie Jehowy mogą trafić tu na podatny grunt, zwłaszcza że w małych miejscowościach, gdzie o kościół katolicki trudno… i wtedy przyszło mi do głowy skąd oni się tu wzięli.

Norwegia od 1537 roku jest państwem protestanckim (religia ta została narzucona przez panującego w tym czasie w Norwegii w ramach unii norwesko-duńskiej, króla duńskiego). Większość katolickich kościołów przekształcono w protestanckie. Obecnie do wyznania luterańskiego w Norwegii przyznaje się ok. 83% ludności. Kościół jest państwowy. Biskupów powołuje parlament norweski, a kościoły i grupy wyznaniowe dotuje państwo. Wysokość dotacji zależy od liczby wiernych.

W Norwegii, w której szeroko kultywuje się równouprawnienie i wolność wyboru, istnieje również wolność religii. Każdy może zarejestrować własny kościół i jeśli pozyska wielu „wiernych”, będzie otrzymywał państwową dotację. Lokalne gazety pełne są ogłoszeń o spotkaniach grup wyznaniowych i wspólnot modlitewnych. Co dwa miesiące otrzymujemy też pocztą całkiem grubą gazetkę parafialną jednego ze zgromadzeń.

Być może więc polscy Świadkowie Jehowy wiedzą o profitach z prowadzenia kościoła w Norwegii i zarejestrowali się także tutaj, a teraz w swoim stylu - czyli odwiedzając Polaków - próbują ich namówić na „swoją wiarę”?

wtorek, 26 października 2010

Poczuj magię „tych” świąt! Jul i Norge

Październik w Polsce kojarzy mi się zawsze ze… zniczami. Wielka akcja w marketach „kup znicz, chryzantemy gratis” doprowadzała mnie co roku do smutnej refleksji nad konsumenckością Wszystkich Świętych.

W Norwegii Wszystkich Świętych ani Zaduszki nie są obchodzone, ale to nie znaczy, że wystawy sklepowe i asortyment w marketach mimo października są „szare” i nijakie. Wszyscy w Polsce wiedzą, że drugiego, najpóźniej trzeciego listopada w sklepach pojawia się wielki czerwony mikołaj, renifery, kalendarze adwentowe, bombki, choineczki, gwiazdki i śnieg w sprayu. Cóż, w Norwegii jak wspomniałam nie ma sezonu na znicze, więc od mniej więcej połowy października w sklepach panuje już klimat… bożonarodzeniowy:].

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy jakiś czas temu wybraliśmy się z Bobem na zakupy. Wchodzimy do sklepu i na „dzień dobry” wita nas „julebrus” – butelka ze świąteczną oranżadą (jul – nor. święta Bożego Narodzenia); idziemy kawałek dalej, a tam wielka wystawka z… pierniczkami (pepperkaker). Gwiazdeczki, kwiatuszki, serduszka – wybór należy do ciebie.
W innym sklepie (mającym w swojej ofercie wszystko od wkrętarki poprzez widelczyki deserowe, zasłony do sypialni, sztalugi do malowania, na krewetkach, owocach i ptasim mleczku z Polski kończąc), zapoznaliśmy się z ofertą świeczek, aniołków, bombek, łańcuchów, skarpet na prezenty i świątecznych papierów ozdobnych. Był także spory wybór foremek do wycinania pierniczków.
Po powrocie do domu, dzięki reklamom w lokalnej gazecie, zapoznaliśmy się z szeroką ofertą ribbe (żeberek, w niektórych regionach Norwegii tradycyjnej potrawy świątecznej), które zastąpiły do niedawna królującą we wszystkich promocjach baraninę.


Jakby tego było mało, w pierwszym tygodniu listopada (!) Bob będzie uczestniczył w czymś co się nazywa julebord, czyli coś na kształt firmowego spotkania opłatkowego (tyle że bez opłatka, ale z tańcami i muzyką Abby). Nie ważne, że do świąt, ba, do grudnia jeszcze prawie miesiąc;]

Abstrahując jednak od konsumpcyjnego wymiaru Świąt i tego całego mikołajkowo-choinkowego szaleństwa, cieszę się na grudzień. Od dzisiaj jestem szczęśliwą posiadaczką foremki do wycinania pierniczków w kształcie reniferka, aniołka i gwiazdki. Nie ważne, że do Świąt jeszcze dwa miesiące, ja już planuję stworzenie piernikowego zaprzęgu Świętego Mikołaja – jak mi wyjdzie, pochwalę się na blogu ;]

I jeszcze a propos Świąt. W Bergen, na słynnym Bryggen, w jednym z chronionych przez UNESCO budynków znajduje się sklep oferujący akcesoria świąteczne przez okrągły rok! Salonik nosi wdzięczną i mocno sugerującą nazwę Julehuset (Dom Świąt) :]

poniedziałek, 18 października 2010

Jak Norwegowie odkrywali świat


Nazwiska: Fridtjof Nansen, Roald Amundsen czy Thor Heyerdahl wielu Polakom mówią niewiele. Tymczasem w Norwegii, skąd wszyscy trzej panowie pochodzą, są oni zaliczani do grona bohaterów narodowych, a w Oslo są nawet muzea im poświęcone.

Wszyscy trzej byli naukowcami i podróżnikami. Pierwszy z tego grona - Nansen (1861-1930) – początkowo zasłynął jako popularator narciarstwa w swoim kraju. Wszystko za sprawą pewnej wyprawy, na którą wybrał na nartach roku pańskiego 1888. Wyprawa trwała ponad miesiąc i polegała na przejściu Grenlandii. Całej Grenlandii. Na nartach! Ze wschodu na zachód. Nansen chciał w ten sposób udowodnić, że wyspa jest w całości pokryta lodem. Kiedy podróżnicy dotarli do Godthåb okazało się, że na Grenlandii przyjdzie im spędzić jeszcze kilka miesięcy. Ostatni statek płynący do Europy opuścił wyspę dwa miesiące wcześniej. Nansen zimę spędził w igloo z Eskimosami, poznając ich metody przetrwania. Nauka ta – jak się później okazało - była niezwykle przydatna.

Raz zasmakowana przygoda spodobała się Nansenowi tak bardzo, że postanowił spróbować jej ponownie. Tym razem zafascynował go artykuł o statku, który zatonął u brzegów Wysp Nowosyberyjskich, a odkryty został na południowym krańcu Grenlandii. Jak to możliwe? Nansen stwierdził, że istnieją prądy morskie. Postanowił je wykorzystać aby dostać się na Biegun Północny. Był rok 1893, kiedy zaprojektowany przy współudziale Nansena statek Fram (nor. Naprzód) opuścił Oslo. Dziób statku został dodatkowo wzmocniony, tak aby mógł taranować dryfujący lód. W 1895 roku Nansen zorientował się, że statek za bardzo zboczył na wschód i nie dotrze do Bieguna Północnego. Zdecydował się wraz z Hjalmarem Johansenem opuścić Fram i udać się na nartach (a jakże!) na podbój Bieguna Północnego. Osiągnąć celu im się nie udało. Z powodu bardzo trudnych warunków musieli zawrócić. Wracając spędzili zimę na Ziemi Franciszka Józefa, gdzie Nansen mógł wykorzystać w praktyce nabytą od Eskimosów wiedzę.

Po powrocie do kraju, Nansena przyjęto jak bohatera narodowego, a zainspirowany przez niego rejs statku Fram przyczynił się do rozwoju nowej dziedziny wiedzy, a mianowicie oceanografii.

Statek Fram po nieudanej wyprawie na północ nie przeszedł jednak na emeryturę. W roku 1910 postanowił skorzystać z niego drugi z bohaterów tego tekstu, Roald Amundsen (1872-1928). Bycie pierwszym, który zdobędzie Biegun Północny było jego największym marzeniem. Niestety miał pecha, bo ubiegł go Amerykanin Robert Peary. Ale skoro jeden biegun został zdobyty - jest jeszcze drugi do osiągnięcia. Na jego podbój wyruszyła już co prawda wcześniej ekspedycja z Wielkiej Brytanii, ale Amundsen postanowił stanąć do wyścigu o miano zdobywcy Bieguna Południowego. Miał pod tym względem więcej szczęścia niż Nansen, bo udało mu się osiągnąć zamierzony cel (dokładnie 14 grudnia 1911 roku), wyprzedzając swojego angielskiego rywala Roberta Scotta. Sam Scott przypłacił wyprawę na Biegun Południowy życiem. Amundsen zapisał się także w historii wraz z Oscarem Wistingiem, jako dwaj pierwsi, którym udało się osiągnąć oba bieguny (Amundsen osiągnął Biegun Północny na sterowcu „Norge”).

Zarówno Nansena jak i Amundsena oraz ich przygody można bliżej poznać wybierając się do Muzeum statku Fram w Oslo (Frammuseet), z którą to łodzią obaj byli związani. Budynek muzeum ma charakterystyczny trójkątny kształt. Musi mieć, bo inaczej nie zmieściłby się w nim oryginalny statek Fram, na który można wejść i zwiedzić zaglądając do kajut wszystkich uczestników wyprawy Amundsena.

Ostatni z podróżników, Thor Heyerdahl (1914-2002) w przeciwieństwie do swoich poprzedników nie wyprawiał się na odległe zimne krańce ziemi. Postanowił natomiast udowodnić, że Wyspy Polinezji mogły zostać skolonizowane przez mieszkańców Peru. Aby udowodnić swoją teorię zbudował tratwę z drzewa balsy, nazwaną Kon-Tiki. Łódź w 1947 roku wyruszyła z Callao w Peru, a po czterech miesiącach dotarła do archipelagu Tuamotu (bagatela 8 tys. km do Ameryki Południowej). Tym samym Heyerdahl udowadnił, że Peruwiańczycy mogli skolonizować Polinezję. Nie był to jednak koniec wypraw na „starożytnych” łodziach. W 1969 roku Heyerdahl postanowił udowodnić, że mieszkańcy starożytnego Egiptu mogli dotrzeć do Ameryki. W tym celu wybudował papirusową łódź Ra. Pierwsza z prób zakończyła się jednak niepowodzeniem, załoga musiała opuścić Ra 500 km od Barbadosu. Druga z wypraw, z roku 1970, zakończyła się jednak sukcesem.

Łódź Kon-tiki również doczekała się swojego muzeum – Kon-Tiki Museet, także w Oslo. Można tam zobaczyć drewnianą tratwę, która przepłynęła z Ameryki Południowej do Polinezji, ale także papirusową łódź. Można również dowiedzieć się wiele o zmarłym całkiem niedawno Heyerdahlu.
Obie jednostki (Fram i Kon-Tiki) „mieszkają po sąsiedzku”. Muzea im poświęcone znajdują się w Oslo na Półwyspie Bygdøy, na który można się dostać tramwajem wodnym spod Ratusza.

Warto na koniec przypomnieć, że odkrywanie i zamorskie podróże Norwegowie mają we krwi. Wikingowie na przełomie X i XI wieku kolonizowali szereg wysp między Norwegią a Ameryką Północną (m.in. Islandię, Grenlandię, a także założyli irlandzką stolicę – Dublin). Również oni - na długo przed Krzysztofem Kolumbem i jako pierwsi - dotarli do wybrzeży Ameryki Północnej (prawdopodobnie do Półwyspu Labrador).

sobota, 16 października 2010

Leki w Norwegii - dostęp, przywóz lub przesyłka

W Norwegii obowiązują dość restrykcyjne (na tle innych krajów Europy i Stanów) przepisy dotyczące leków. Wiele produktów i substancji powszechnie dostępnych i stosowanych gdzie indziej, tutaj nie jest dopuszczonych do obrotu lub są one obłożone obowiązkiem posiadania recepty lekarskiej. Istnieją również ograniczenia przy wwozie leków lub ich przesyłaniu do Norwegii. Co ciekawe - problemy na granicy można mieć nawet przez posiadanie Red Bulla!

Leki przez granicę
Zasadniczo do Norwegii nie wolno wwozić ani przesyłać leków. Przepisy pozwalają jednak na przewóz przez granicę "rozsądnych, małych" ilości leków na użytek własny. Co to oznacza? Rozsądne i małe ilości leków określone są jako wystarczające na maksimum 1 rok leczenia, pod warunkiem, że przyjeżdżamy (i leki pochodzą) z kraju Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Unia Europejska wraz z Lichtensteinem, Islandią i Norwegią). Jeśli podróżujemy lub sprowadzamy leku z kraju spoza EOG, dozwolony jest wwóz ilości odpowiadającej tylko 3-miesięcznemu leczeniu.

Oprócz ilości wwożonych leków, służby graniczne i celne mają prawo skontrolować czy spełniony jest warunek, że leki są tylko na użytek własny osoby wjeżdżającej. Przepisy określają, że dowodem może być przykładowo: etykieta na opakowaniu zaw. nazwisko pacjenta, recepta lekarska lub inne oświadczenie lekarskie, że podróżujący używa danego leku. W rzeczywistości tak drobiazgowej kontroli spodziewać się można tylko, gdy "mała, rozsądna ilość" bardziej wygląda celnikom na przewóz w celach komercyjnych.
Sytuacja komplikuje się, gdy preparaty, które chcemy wwieźć do Norwegii, znajdują się na krajowej liście substancji narkotycznych. Wówczas nie obejdzie się bez certyfikatu lub dowodu wystawionego przez personel medyczny (lekarz, farmaceuta), że narkotyki są z medycznych przyczyn używane przez podróżującego jako leki. Na terenie państw strefy Schengen stosuje się wystawiony przez lekarza lub aptekę atest - międzynarodowe zaświadczenie, że pacjent używa danej substancji narkotycznej jako leku, z podanym dawkowaniem i kontaktem do lekarza nadzorującego terapię.
Ilość wwożonych leków - narkotyków nie może przekroczyć zapotrzebowania na 1 tydzień do 1 miesiąc leczenia, w zależności od klasyfikacji substancji w norweskim prawie.

Suplementy diety, środki energetyzujące i inne
Atesty wymagane są również przy przywozie innych substancji, które w Norwegii (w odróżnieniu od niektórych innych krajów Europy), mogą być uznawane za środki dopingowe, nielegalne lub po prostu za leki.

Najbardziej znamienitym przykładem jest Red Bull (i inne napoje energetyzujące). Zawierają one oprócz witamin z grupy B znaczne ilości kofeiny i tauryny - które w Norwegii są prawnie lekami, a więc ich wwóz podlega tym samym ograniczeniom, co przywóz leków. Mattilsynet (urząd nadzorujący produkty żywnościowe) dopuszcza co prawda używanie kofeiny jako dodatku do środków spożywczych, ale w stężeniu do 150 mg/l. Red Bull zawiera zaś 320 mg/l - traktowany jest zatem jak lek :).

Odpowiedź na pytanie, ile można wwieźć Red Bulla do Norwegii nie jest taka prosta. Z założenia - jak każdego innego leku z obszaru EOG - na 1 rok "leczenia". Problem w tym, że lekarze nie praktykują zapisywania kofeiny na długie leczenie, a i zwyczajowe dawki przy leczeniu krótkotrwałym znajdują się w dość szerokich widełkach (50-100 mg 1-4 razy dziennie). Przyjęło się, że dopuszczony jest wwóz 1 puszki/butelki na każdy dzień pobytu, z zastrzeżeniem, żeby całkowita ilość nie przekroczyła "rozsądnej" granicy.

Dostępność leków w Norwegii
W Norwegii zarejestrowanych na rynku i dopuszczonych do handlu jest znacznie mniej preparatów niż w Polsce. Nie znajdziesz tu np. ponad 90 produktów zawierających ten sam paracetamol, z których każdy nosi inną nazwę. Nie kupisz też w aptece większości środków "naturalnych", zawierających ekstrakty ziołowe i wielu innych suplementów diety pomagających na piękne włosy, piękne paznokcie albo piękny sen. W Norwegii wycofano z rynku wszystkie pastylki do ssania przy bólu gardła, które zawierały jakąkolwiek substancję czynną. Nie ma tu również niezwykle popularnych w Polsce środków na przeziębienie - żadnych Coldrexów, Fervexów i innych wieloskładnikowych mieszanek. Odpowiednik sprzedawanych w Polsce bez recepty leków na ból głowy czy zęba, zaw. kodeinę i paracetamol (Solpadeine), w norweskich aptekach leży w sejfach i wydawany jest na receptę na tych samych zasadach, co środki psychotropowe! Substancja czynna popularnej w Polsce i dostępnej bez recepty "NO-SPY", w Norwegii w ogóle nie jest zarejestrowana do leczenia, a jej konkurent z polskiego rynku - "Buscopan", tutaj zarezerwowany jest dla leczenia szpitalnego (i tylko w postaci iniekcji).
Bez recepty dostępne są małe opakowania nielicznych leków, ale i te często objęte są limitami - np. apteka nie wyda więcej niż 2 opakowania zwykłego paracetamolu czy ibuprofenu! Poza aptekami, leki oferują supermarkety i stacje benzynowe, ale w zakresie bardzo ograniczonym - podstawowe środki przeciwbólowe czy aerozole do stosowania przy katarze. Leki te nigdy nie są jednak dostępne na "samoobsłudze" - należy zapytać o nie przy kasie.

Trudniejszy dostęp do leków to raczej polityka państwa zmierzająca do rozsądniejszego ich używania, niż efekt tego, że społeczeństwo nie choruje. Norwegowie chorują bowiem jak każdy inny naród. Tyle że wówczas stosują raczej "naturalniejsze" metody niż koktajle lekowe. Pobyt w łóżku czy odrobina alkoholu, zamiast siedzenia w pracy na bombie lekowej, jeszcze przecież nikomu nie zaszkodził :).

Od tych restrykcyjnych przepisów są jednak zaskakujące wyjątki. Ciekawostką jest, że "antykoncepcja po" - a więc Escapelle czy Postinor Duo, na które w Polsce trudno uzyskać receptę, bo lekarze z powodów etycznych często odmawiają jej wypisania, w Norwegii dostępna jest - po pierwsze, bez recepty, a po drugie nawet w supermarkecie! Cóż... co kraj to obyczaj:)!

Przesyłka leków do Norwegii
Skoro wiele środków jest nieosiągalnych lub obłożonych obowiązkiem recepty, wielu obcokrajowców żyjących w Norwegii myśli o wysyłaniu leków z zagranicy. Dopuszczone jest przesyłanie tylko i wyłącznie leków, które w sposób legalny można nabyć w krajach EOG, z zastrzeżeniem, że ilość przesyłana odpowiada maksimum 3-miesięcznej kuracji, że lek jest na prywatny użytek adresata i że adresat jest w stanie to udowodnić (recepta, dokumentacja medyczna, paragon lub dowód zakupu potwierdzający nabycie w legalnym źródle).
Nie wolno przesyłać środków z listy narkotyków albo substancji dopingowych oraz żadnych leków zakupionych w krajach spoza EOG.
W każdym przypadku trzeba liczyć się z tym, że przesyłka zostanie otworzona na granicy tak, aby celnicy mogli się zapoznać ze składem przesyłanych preparatów i ewentualnie załączoną dokumentacją. W razie jej braku, urząd celny (Tollvesenet) zwróci się do adresata o jej dostarczenie. Toll może poinformować także o tym, że produktu nie wolno przesłać do Norwegii i zapytać czy w związku z tym mają go zniszczyć czy odesłać z powrotem.

Opracowanie jest uproszczeniem przepisów prawnych i omawia jedynie wybrane przypadki i przykłady. Szczegółowe przepisy znajdziecie na stronach urzędu celnego - Tollvesenet (www.toll.no) oraz Norweskiej Agencji Leków (www.legemiddelverket.no).

Zobacz również na jakich zasadach i ile alkoholu możesz wwieźć do Norwegii.

piątek, 8 października 2010

Najbardziej prestiżowa „norweska” nagroda na świecie

Chodzi oczywiście o Pokojową Nagrodę Nobla, która na całym świecie, ciągle, uznawana jest za najbardziej prestiżową nagrodę pokojową. Na długiej, bo sięgającej roku 1901 liście laureatów, jest jedno polskie nazwisko (1983 r.). Należy do byłego prezydenta Polski, działacza opozycji w okresie PRLu i jednego z twórców Solidarności, Lecha Wałęsy. A skoro dzisiaj przyznano ją po raz kolejny, to nadarza się doskonała okazja, aby poszerzyć swoją wiedzę z zakresu Pokojowej Nagrody Nobla.

Zacznijmy od samego Alfreda Bernharda Nobla. Ten żyjący w latach 1833-1896 Szwed w historii zapisał się nie tylko jako twórca dynamitu, ale także jako przemysłowiec. Otwierał wielkie firmy, przedsiębiorstwa i laboratoria na całym świecie, co przyniosło mu olbrzymią fortunę. Potomków nie posiadał. Najważniejszą datą dla Nagród Nobla jest rok 1895, a dokładnie 27 listopada. Wtedy to Alfred spisał swój testament. Nieco ponad rok później, po jego śmierci w grudniu 1986 roku odczytano jego testament i… bardzo się zdziwiono. Był krótki i zwięzły - ostatnią wolą ojca dynamitu było utworzenie funduszu, z którego co roku będą wypłacane nagrody dla tych, którzy w poprzednim roku przyczynili się do poprawy życia ludzkości. Nagrody miały być przyznawane w pięciu dziedzinach: fizyce, chemii, fizjologii i medycynie, literaturze i za działalność pokojową. Za przyznawanie czterech pierwszych odpowiedzialna miała być Szwedzka Akademia Nauk. Ostatnią, pokojową, przyznawać mieli Norwegowie.

Nobel zmarł w 1896, a pierwsze nagrody jego imienia przyznano w 1901; skąd taki poślizg? Otóż wielu ludzi podważało testament Nobla, uważając, że spisany został pod wpływem chwili. Fundusz, który był ostatnią wolą zmarłego, udało się utworzyć dopiero w roku 1900. Dlatego też pierwsze Nagrody Nobla rozdano rok później, w 1901.

Skupmy się jednak, na Pokojowej Nagrodzie Nobla. Norwedzy sami do końca nie wiedzą, dlaczego to właśnie im przypadło w udziale jej przyznawanie. Być może dlatego, że Norwegię i Szwecję łączyła w tym czasie unia i w ten sposób Nobel chciał dać do zrozumienia Norwegom, że nie są gorzej traktowani, czy pomijani? Trudno powiedzieć.

Za przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla odpowiada Norweski Komitet Noblowski, który swoją siedzibę ma w Oslo. Nie jest to komitet Stortingu (parlamentu), jak sugeruje polska Wikipedia, ale komitet wybierany przez Storting spośród osób pełniących ważną rolę w życiu społecznym. W jego skład mogą wchodzić politycy, ale tylko tacy, którzy nie uczestniczą czynnie w życiu politycznym. Komitet Noblowski (oficjalna nazwa od 1977 roku) jest dziś – przynajmniej oficjalnie - organem niezależnym od norweskiego parlamentu.

W skład komitetu wchodzi pięciu członków oraz trzech zastępców i sekretarz. Członkowie komitetu wybierani są na kadencję trwającą 6 lat. Po trzech latach następuje zmiana dwóch członków – wybór spośród zastępców, a następnie co trzy lata zamienia się na przemian dwóch lub trzech członków. Zastępcy wybierani są co trzy lata.

Co roku, na jesień Komitet wysyła listy z prośbą o nominacje do Pokojowej Nagrody Nobla. Listy wysyłane są do tych, którzy są laureatami tej nagrody, a także do przywódców ważnych organizacji ogólnoświatowych, głów państw, przewodniczących stowarzyszeń i znanych ludzi. List zwrotny z nominacją należy odesłać do lutego. Wtedy to ustalana jest lista nominowanych, a Komitet zapoznaje się z sylwetkami nominowanych. Ogłoszenie nagrodzonego następuje w październiku. Od 1990 roku nagroda odbierana jest podczas specjalnej gali 10 grudnia, w dniu śmierci Alberta Nobla, w Ratuszu w Oslo.

Zgodnie z wolą Alfreda Nobla, Pokojowa Nagroda miała być przyznawana za „ograniczenie działań militarnych” i „działalność na rzecz ogólnoświatowego pokoju”. Z czasem do tych dwóch przesłanek dodano „szerzenie braterstwa między narodami”. To ostatnie stało się powodem szerokiej krytyki ze względu na bardzo ogólne znaczenie. Ostatnie lata pokazały, że narody przyznawane są także za działalność ekologiczną, za poprawę życia mieszkańców najbiedniejszych rejonów świata i nie tylko.

Nagroda może trafić w ręce prywatnej osoby, a także organizacji.

Laureat Pokojowej Nagrody Nobla otrzymuje medal, dyplom i nagrodę pieniężną. Medal zaprojektowany został przez wybitnego rzeźbiarza norweskiego Gustava Vigelanda, którego projekt wygrał konkurs w latach 1901-02. Medal wykonany jest ze złota. Awers przedstawia lewy profil fundatora Nagrody wraz z datami jego życia. Rewers przedstawia trzech mężczyzn trzymających się za ramiona oraz napis „Pro Pace Et Fraternitate Gentium” (Za pokój i braterstwo między narodami). Na brzegu medalu wygrawerowany jest napis „Prix Nobel De La Paix” (Nagroda Nobla dla…) rok i nazwisko laureata.

Projektantem dyplomu do roku 1969 był Gerhard Munthe, w latach 1970-90 Ørnulf Ranheimsæter. Od 1991 roku dyplom składa się z dwóch stron, jedna zawiera szczegółowe informacje na temat samej narody, druga jest co roku projektowana przez innego norweskiego artystę.

Trzy lata temu laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Al Gore, otrzymał nagrodę pieniężną w wysokości 10 milionów koron szwedzkich.

W tym roku Pokojowa Nagroda Nobla została przyznana Chińczykowi, Liu Xiaobo, który z wykształcenia jest profesorem literatury chińskiej, a obecnie odsiaduje 11-letni wyrok za „wywrotowe działania”.

Coraz częściej można spotkać się z opinią, że idea Pokojowej Nagrody Nobla jest coraz bardziej odległa od tej, którą w swym testamencie zawarł jej fundator. Z olbrzymią falą krytyki spotkał się zeszłoroczny wybór Komitetu – Barack Obama (trudno powiedzieć czym był podyktowany jego wybór, bo chyba nie tym, że jest pierwszym ciemnoskórym prezydentem Stanów Zjednoczonych?). Wcześniej kontrowersje budziła nagroda dla wspomnianego tutaj Ala Gore’a za jego działalność na rzecz ochrony środowiska.

Podobnie jak wszystkie nagrody im. Alfreda Nobla, także ta w dziedzinie działalności na rzecz pokoju nie może być przyznawana po śmierci. Prawdopodobnie dlatego nikt nie traktował poważnie głośnej w Internecie kandydatury Michaela Jacksona ;]

Lista wszystkich laureatów Pokojowej Nagrody Nobla

Jeszcze w ramach ciekawostek… Pierwszą kobietą uhonorowaną Pokojową Nagrodą Nobla, była przyjaciółka Alfreda Nobla, która ma na swoim koncie tygodniowy epizod pracy u Nobla, jako… gosposia i sekretarka! Chodzi o Berthe Sophie Felicitas Freifrau von Sutener. Jej rezygnacja z pracy nie zakończyła jednak znajomości z Noblem. Oboje korespondowali ze sobą aż do jego śmierci.

poniedziałek, 4 października 2010

Monarchia norweska, czyli po co Norwegom król, który nie ma władzy?

Myślę, że to pytanie równie dobrze można zadać Anglikom, Szwedom, Duńczykom, Hiszpanom i jeszcze kilku monarchiom współczesnego świata. Rola władców w tych krajach, podobnie jak i w Norwegii, jest symboliczna. Są nimi, bo tak było zawsze, taka jest tradycja i tak jest dobrze. A skoro jest dobrze, to po co to zmieniać? O ile w przypadku wymienionych przeze mnie państw można mówić o jako takiej ciągłości dynastycznej, o tyle w Norwegii sprawa się miała trochę inaczej. Cofnijmy się nieco w czasie.

Jest rok 1905. Na ziemiach polskich wybuchają powstania antyrosyjskie, Rosja toczy wojnę z Japonią, a Norwegia po 369 latach odzyskuje suwerenność. Przez wszystkie te lata oficjalnymi władcami kraju fiordów byli potomkowie duńskiej (przez pierwsze 278 lat), a potem szwedzkiej dynastii (od roku 1814 do 1905). Tak więc po odzyskaniu niepodległości nie było komu zasiąść na tronie odrodzonego państwa (potomkowie norweskiej dynastii królewskiej nie dożyli niepodległości swojej ojczyzny). Ówczesny rząd pod przywództwem Christiana Michelsena zwrócił się więc do duńskiego księcia Carla z prośbą o objęcie tronu Norwegii. Ten zgodził się pod warunkiem, że taka też będzie wola ludu. Rozpisano referendum, w którym zapytano norweskich mężczyzn (kobiety uzyskały prawo głosu 8 lat później), czy chcieliby aby królem Norwegii został książę duński Carl. Społeczeństwo norweskie podeszło do kandydatury niezwykle entuzjastycznie i 25 listopada tegoż samego roku przybył Carl do Oslo wraz ze swoim małym synem Alexandrem.

Po przybyciu do swojego nowego królestwa Carl przyjął imię Haakon VII, a swojemu potomkowi zmienił imię na Olav. Oba imiona są zaliczane do tradycyjnie królewskich imion norweskich. Wybór przez rząd norweski księcia Carla nie był przypadkowy. Jego małżonką była angielska księżniczka Maud, a rząd norweski proponując objęcie tronu jej mężowi liczył, że w ten sposób zapewni sobie pomyślne stosunki z Anglią. Dodatkowo Carl był potomkiem późniejszego króla duńskiego i jednocześnie wnukiem króla szwedzkiego.

Król Haakon (ex Carl) dał się poznać jako oszczędny monarcha, który swoim postępowaniem zaskarbił sobie przychylność ludu. Wywiązywał się ze swoich konstytucyjnych obowiązków, nie nadużywając przy tym władzy. W 1940 roku, po kapitulacji Norwegii, wraz z następcą tronu i całą rodzinną udał się na emigrację do Anglii. Po wojnie powrócił do kraju, gdzie witany był przez naród z największą radością. Zmarł w 1957 roku.

Koronę objął Olav V. Jeszcze jako następca tronu zyskał on sobie przychylność narodu, zdobywając nagrody w konkursach skoków narciarskich na królewskiej skoczni Holmenkollen, a także reprezentując Norwegię w żeglarstwie na igrzyskach olimpijskich.
Sympatia do króla wzrosła jeszcze bardziej w 1973 roku. Wówczas w związku z kryzysem paliwowym wprowadzono restrykcje w używaniu samochodów i w niedziele wolno było korzystać tylko z publicznych środków transportu. Król Olav zrezygnował z przywilejów monarchy i stosując się do przepisu, wybrał się na narty tramwajem! Cały kraj obiegło zdjęcie, na którym ubrany „po cywilnemu” król pokazuje konduktorowi bilet do kontroli.

Olav V, podobnie jak jego ojciec, wybrał sobie na żonę osobę z kręgu europejskich monarchów – szwedzką księżniczkę Märthe. Był to jednak ostatni związek tego typu w norweskiej rodzinie królewskiej. Potomkowie Olava przestali bowiem przywiązywać wagę do „królewskiej” krwi swoich partnerów życiowych.


Kiedy syn Olava i następca tronu – Harald V - po dziewięciu latach utrzymywanego w tajemnicy związku z dziewczyną z ludu, Sonją Haraldsen, otrzymał zgodę ojca na ślub, prasa ogłosiła szybki koniec monarchii. Decyzja spotkała się również z falą krytyki ze strony narodu. Po fakcie okazało się jednak, że przyszła królowa Sonja nie tylko zyskała przychylność poddanych, ale stała się swoistym symbolem łączącym naród z rodziną królewską.

Harald V objął tron w 1991 roku - po śmierci swojego ojca. Również on zapisał się w sportowej historii Norwegii, wygrywając w 1987 roku mistrzostwa świata w żeglarstwie. Jego dzieci - księżniczka Märtha Luise i następca tronu Haakon Magnus chodzili do zwyczajnych szkół, a na swoich partnerów życiowych wybrali sobie osoby spoza kręgu królewskiego.

Szczególnie kontrowersyjna była decyzja następcy tronu. Haakon na żonę wybrał sobie Mette-Marit Tjessem Høiby. O ile to, że była dziewczyną „z ludu”, naród mógł wybaczyć, to już to, że miała dziecko z innym mężczyzną z wcześniejszego związku, a Haakon zamieszkał z nią jeszcze zanim się zaręczyli, powodowało, że cała sprawa była szeroko dyskutowana. Oczywiście teraz cały naród uwielbia Mette-Marit, a kolorowa prasa docenia jej dobry gust i urodę. Rok po ślubie Haakona jego siostra wyszła za mąż za popularnego pisarza norweskiego Ariego Behna.

Równouprawnienie w Norwegii nie mogło ominąć także dworu królewskiego. W 1991 roku, na wzór angielski, szwedzki i duński, uchwalono prawo pozwalające dziedziczyć koronę królewską także kobiecym potomkom. Dotyczy to oczywiście kobiet urodzonych po 1991 roku. Dlatego pierwszą, która skorzysta na nowym prawie jest kilkuletnia obecnie córeczka Haakona Magnusa i Mette-Marit, księżniczka Ingrid Alexandra. Obecnie jest druga (po swoim ojcu) w kolejce do objęcia norweskiego tronu. Ingrid Alexandra w tym roku rozpoczęła naukę w zwyczajnej szkole podstawowej i jak wszystkie dziewczynki w jej wieku, peszy ją obecność dziennikarzy i telewizji. Z kolei jej mama – Mette Marit – rozpoczęła właśnie trzeci rok studiów na jednej z najbardziej prestiżowych norweskich uczelni.

Tak w skrócie wygląda historia obecnie panującej dynastii królewskiej w Norwegii. Podobnie jak w Anglii, król pełni funkcję reprezentacyjną na arenie międzynarodowej, a także oficjalnie (podobnie jak to czyni angielska królowa) powołuje rząd. Król jest też jedyną osobą w państwie, z której nie żartuje się i o której nie mówi się źle. Zasady tej nie łamie nawet prasa!

czwartek, 30 września 2010

Jak obchodzony jest Dzień Chłopaka w Norwegii?

Rano wyjęłam z zamrażalnika zakupione na fali promocji mięso baranie w celu przygotowania z niego Får-i-kål - potrawy, o której pisałam już na blogu,. Jakież było moje zdziwienie, kiedy chwilę potem włączyłam radio, a tam prowadząca poranny program poinformowała mnie i całą Norwegię przy okazji, że dziś jest 30 września, czyli Fårikåldagen!

Zupełnie przez przypadek, bo skąd mogłam wiedzieć, że 30 września w Norwegii to święto potrawy z kapusty, ja też przygotowałam dzisiaj to danie. Zaplanowałam to dobry tydzień temu. Chciałam w końcu spróbować baraniny, której nigdy nie jadłam. Pomyślałam sobie, że Får-i-kål to dobre danie na początek. Przepis jest prosty, a poza tym - było nie było, to jedno z narodowych dań kraju, do którego wyemigrowałam. Wypadająca na dzień tej potrawy pierwsza degustacja to czysty zbieg okoliczności.

Przepis jest banalnie prosty. Kawałki baraniny i kapusty wrzuca się do garnka zalewa wodą i gotuje ok. 2 godzin. Doprawia solą i pieprzem. Podaje z ugotowanymi ziemniakami.

Potrawa jest smaczna, choć wyglądem może nie powala. Na pewno też będę robiła jeszcze jakieś potrawy z mięsa baraniego, bo jest bardzo dobre. Nie zdążyłam zrobić zdjęć, więc niestety nie zobaczycie jak wygląda :).

W tym całym kapuściano-baranim szaleństwie oczywiście nie zapomniałam o Dniu Chłopaka! Wszystkiego najlepszego chłopaki! Swoją drogą przyznacie, że to trochę dziwne. W Polsce panowie domagają się „prezentu” z racji ich święta, gdy tymczasem na Półwyspie Skandynawskim tego samego dnia obchodzone jest Święto Norweskiego Bigosu;] Ot, co kraj to obyczaj.

niedziela, 26 września 2010

Pogoda i klimat w Norwegii

Nie jest ona może tak popularna jak angielska, ale nie umniejsza to faktu, że zaprzątają sobie nią głowę zarówno mieszkańcy Norwegii, turyści oraz ci, którzy planują się tutaj osiedlić. Norweska pogoda – jaka właściwie jest i co powoduje, że tutejsze komunikaty pogodowe i prognozy w mediach należą do najbardziej rozbudowanych na świecie?

Na początek przypomnijmy sobie lekcje geografii z podstawówki, a dokładniej strefy klimatyczne. W Norwegii obecne są trzy: klimat umiarkowany panuje wzdłuż całego wybrzeża południowego i zachodniego aż po Trømso na północy, obejmuje także obszary wzdłuż fiordów; klimat polarny obejmuje obszar ciągnący się w od granicy ze Szwecją na południu poprzez Oslo i dalej środkiem Płw. Skandynawskiego w kierunku północnym; z kolei górzysta część kraju położona pomiędzy wybrzeżem a pasem lądu sąsiadującym ze Szwecją objęta jest klimatem arktycznym.
Co to wszystko oznacza? W uproszczeniu tyle, że tym którzy mieszkają nad morzem nie doskwierają srogie zimy, muszą się przyzwyczaić do kapryśnego deszczowego lata, ale przynajmniej nie gotują się z gorąca. Z kolei, mieszkańcy stolicy doświadczają 30-stopniowych upałów latem oraz mroźnych zim z dużą ilością śniegu i temperaturami około minus 20. W górach natomiast śnieg leży przez większą część roku (nawet 10 miesięcy lub cały rok) i tam też często notuje się rekordy zimna.


Klimat Norwegii kształtuje ciepły prąd zatokowy Golfsztrom, który przynosi ze sobą ciepłe i wilgotne masy powietrza z Zatoki Meksykańskiej. To dzięki niemu klimat wybrzeża południowej i zachodniej Norwegii jest taki przyjazny, a temperatury wzdłuż całego wybrzeża dużo wyższe niż na podobnych szerokościach geograficznych w innych regionach świata. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie Golfsztrom umożliwił osadnictwo w tej części Europy.
Wzdłuż wybrzeża powstało wiele dużych miast, tam znajdują się największe obszary rolnicze i tam przyjeżdża najwięcej turystów. Im dalej od „strefy wpływów” Golfsztromu, tym klimat gorszy. Najgorzej jest w górach, ponieważ ciepłe masy powietrza wędrując w głąb kraju ochładzają się wysoko w górach przez co temperatury tam są zwykle bardzo niskie i niewielu ludzi tam mieszka.

Z rozkładem stref klimatycznych pozostają w zgodzie średnie roczne temperatury w Norwegii (mapa powyżej). Dla południa kraju i zachodniego wybrzeża to około 8 stopni, a w Oslo i okolicach 5-6 stopni. Im dalej w głąb kraju, tym średnie roczne temperatury są niższe, a wysoko w górach nie przekraczają minus 8 (na podstawie danych pomiarowych z 30 lat).

Pogoda w norweskich miastach
W Oslo w styczniu termometry pokazują średnio ok. – 4,5 stopnia, a w lipcu ok. 16,5. W drugim co do wielkości mieście kraju – niezwykle popularnym wśród turystów Bergen, zwanym także bramą do fiordów, latem jest ok. 14 stopni, za to zimą średnia temperatur w styczniu utrzymuje się na poziomie powyżej jednego stopnia na plusie. Podobnie jest w przypadku błyskawicznie się rozwijającego Stavanger (w styczniu średnio ok. 0,8 stopnia na plusie, w lipcu 14 stopni) oraz piątego co do wielkości miasta Norwegii - Kristiansandu (styczeń - minus 1 stopień, lipiec 15,7). Wszystkie te trzy miasta leżą na wybrzeżu i odczuwają wpływy ciepłego prądu zatokowego. W byłej stolicy kraju, Trondheim, które leży znacznie dalej na północ, średnia temperatur styczniowych wynosi – 3,4 stopnia, w lipcu średnie temperatury nie przekraczają 14 stopni.

Warto jeszcze wspomnieć o opadach. W konkursie na najbardziej deszczowe miasto Norwegii w przedbiegach wygrywa Bergen. Miasto położone jest na siedmiu wzgórzach (prawie jak Rzym;]) przez co chmury długo „wiszą” nad miastem. Dzięki temu Bergen wygrywa z ponad 2250 mm średnią roczną sumą opadów (jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Europie i na świecie). Dla porównania w Oslo średnia suma opadów to ok. 760 mm, w Stavanger 1200 mm, w Kristiansand 1400 mm, a w Trondheim 900 mm.
Co do śniegu, bo przecież z nim kojarzy się większości klimat Norwegii, to dni kiedy utrzymuje się 25 cm (i więcej) pokrywy śniegowej, w przypadku miejscowości położonych nad morzem jest niewiele. W Stavanger i Bergen praktycznie nigdy nie zalega tyle śniegu. Trochę więcej szczęścia będą mieli mieszkańcy Trondheim (ok. 14 dni w ciągu roku na ulicach miasta leży ponad 25 cm białego puchu) i Kristiansandu (gdzie śnieg utrzymuje się do trzech tygodni). Spośród dużych miast, najbardziej biało jest zimą w Oslo – gdzie przez miesiąc utrzymuje się min. 25 cm śniegu.


Na koniec kilka ciekawostek i rekordów. Najwyższą temperaturę w miesiącach zimowych zarejestrowano kilkakrotnie w województwie Møre og Romsdal (środkowa Norwegia). 23. lutego 1990 roku w miejscowości Sunndalsøra zanotowano prawie 19 stopni na plusie! Osiem lat później, 28 stycznia, również w tym samym województwie, a dokładniej w Tafjord koło Molde temperatura wynosiła prawie 18 stopni na plusie!
Z kolei najwyższe temperatury w miesiącach letnich zanotowano w województwie Buskerud (na zachód od Oslo); 20 czerwca 1970 w miejscowości Nesbyen było ponad 35 stopni! Najzimniejszym województwem jest Finnmark, a dokładniej miejscowość Karasjok, która ma na swoim koncie wiele niechlubnych rekordów zimna. Tam zanotowano najniższe temperatury w historii zarówno dla miesiąca stycznia, lutego, marca, kwietnia, jak i listopada i grudnia (oscylujące wokół minus 50!).

* * *
Mieszkańcy Norwegii zwykli mówić, że nie ma czegoś takiego, jak zła pogoda; są tylko źle dobrane do niej ubrania. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jest to absolutna prawda. Zaopatrzona w kurtkę przeciwdeszczową i kalosze nie boję się żadnej pogody. W razie potrzeby po prostu naciągam czapkę na uszy lub zawiązuję szalki pod szyją. Nie można przecież się dać pokonać pogodzie!


Polecamy:
Yr.no – portal instytutu meteorologii ze szczegółowymi prognozami dla każdego miejsca w kraju, aktualizowanymi na bieżąco

piątek, 24 września 2010

Jak było na warsztatach pisarskich?

We wtorek, zaraz po tym, jak ukazał się nasz wywiad na Bankierze zadzwoniła kierowniczka miejscowej biblioteki. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak zwolniło się dla mnie miejsce na praktyki, ale niestety nie. Dzwoniła, aby zaprosić mnie na warsztaty z pisania i czytania dla osób poszukujących pracy. Skoro pofatygowała się tak bardzo, głupio było powiedzieć nie, więc się zgodziłam.

O wspomnianych zajęciach czytałam tydzień wcześniej w gazecie, ale jakoś specjalnie mnie nie zainteresowały. Przez pięć lat na studiach czytałam i pisałam, więc wystarczy mi już tego. No ale słowo się rzekło - znów miałam wejść do tej samej wody. Tak przynajmniej mi się wydawało.

Poszłam. Przywitała mnie uśmiechnięta kobieta; wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to prowadząca kurs. Jest pisarką i ma na koncie w sumie 18 książek dla dorosłych i dzieci. Pomyślałam sobie - wow, 4 miesiące w Norwegii, a już jestem „na ty” z norweską pisarką (tutaj wszyscy ze wszystkimi są na ty; forma grzecznościowa "pan" jest używana tylko w stosunku do bardzo zaawansowanych wiekiem osób).

Na dzień dobry dowiedziałam się, że kurs ma się nijak do szukania pracy, a będzie raczej warsztatami kreatywnego pisania. Tak, tak, dobrze widzicie. Po niespełna roku nauki norweskiego poszłam na warsztaty, na których oprócz tego, że będę musiała pisać w obcym języku, to jeszcze robić to kreatywnie.

Zaczęło się od tego, że musiałam opowiedzieć w trzech zdaniach historię swojego imienia. To było proste. Potem dostaliśmy po jednym suszonym goździku i mieliśmy wymienić wszystkie skojarzenia, jakie nam przynosi na myśl – zapach, kształt, kolor itd. To też było dość łatwe. Potem prowadząca zadawała pytania w stylu „Jakim zwierzęciem/ptakiem/drzewem itd. Jesteś?”. Potem kazała wybrać jedną odpowiedź i wyjaśnić dlaczego akurat tym jesteśmy. Wybrałam lody waniliowe (to była moja odpowiedź na pytanie, jakim deserem jesteś… nie moja wina, że mam ograniczone słownictwo jeśli chodzi o desery). Potem w sześciu słowach miałam napisać coś o sobie – napisałam „Właśnie zaczynam nowe życie w Norwegii”. I się spodobało! Potem były już bardziej kreatywne zadania: opisać strach bez użycia słów typu: strach, przerażony, wystraszony itd., czyli opisać, co się dzieje z człowiekiem, gdy się boi. Też się spodobało. Następnie napisałam swoje pierwsze w życiu haiku. I to po norwesku! Podobno ładne mi wyszło. W kolejnym ćwiczeniu trzeba było opisać uczucia towarzyszące jakiemuś traumatycznemu przeżyciu bez pisania co to za przeżycie. Pisarka mnie znów pochwaliła. Przedostatnie ćwiczenie to praca z tekstem. Najpierw mieliśmy pomyśleć o pierwszym roku w szkole i opisać to krótko, potem do każdego zdania zadać pytanie, następnie napisać ten sam tekst używając maks. 3 słów w zdaniu. Na koniec napisać wszystko w jednym zdaniu. Wszyscy na kursie bili mi brawo jak skończyłam czytać najdłuższe zdanie w języku norweskim jakie kiedykolwiek napisałam. Ostatnie ćwiczenie polegało na tym, że mieliśmy nakreślić tło do jakiegoś zdarzenia, a następnie opisać jak wpłynęło ono na bohaterów. Nie było to jakieś bardzo trudne.

Generalnie ukradłam show pisarce, bo byłam największą atrakcją warsztatów i wszyscy chcieli za mną rozmawiać, opowiadać mi o Polsce (a przynajmniej o tym, co o niej wiedzieli). Chwalili też mój norweski (byli naprawdę wyrozumiali) i opowiadali o sobie. W ten sposób poznałam kobietę, która trzy lata mieszkała na Svalbardzie, była na biegunie północnym, a mimo to nigdy nie widziała niedźwiedzia polarnego! Opowiadała też o innych swoich podróżach i miejscach gdzie mieszkała. Najbardziej polecała Singapur…

Tak więc czas spędziłam naprawdę sympatycznie i chyba muszę poszukać ofert innych kursów w okolicy :).

wtorek, 21 września 2010

Jak mieszka się w Norwegii

"Tam mieszkam: Norwegia" to tytuł wywiadu udzielonego przez nas czołowemu polskiemu portalowi finansowemu - Bankier.pl. O norweskiej architekturze i budownictwie, drewnianych domkach, brzydkich ratuszach i charakterystycznej zabudowie tarasowej przeczytać możecie na stronach Bankiera.

Wywiad polecamy również wszystkim tym, którzy zastanawiają się nad tym, jak to jest w Norwegii z "własnym M" i pożyczkami w banku. Opowiadamy dlaczego w Norwegii łatwiej jest o kredyt na dom niż na samochód i wyjaśniamy zasady działania kont typu BSU.

niedziela, 19 września 2010

Norweski sezon na owce

Ci, którzy interesowali się kiedyś polowaniami lub - tak jak ja - jako dziecko oglądali „Przygody Misia Yogi” wiedzą, że każdy myśliwy zna na wyrywki kalendarz polowań. W tym czasie, określanym tajemniczo: „sezon na” uzbrojeni w strzelby panowie (i/lub panie), z psem u boku ruszają bladym świtem lub późną nocą, aby upolować biedną zwierzynę. W Norwegii chyba niedługo się zacznie, a może już trwa sezon na łosie. Ale nie o tym chciałam...

Owce. Jak owce wyglądają każdy mniej więcej kojarzy. Jak powszechnie wiadomo owieczki to bardzo pożyteczne zwierzątka – „dają” wełnę, mleko (z którego można zrobić serek owczy) i mięsko. Podróżując po Norwegii spotkaliśmy tysiące owiec, które wiosną wypuszczane są na pastwiska, na których spędzają dość monotonne wakacje w oczekiwaniu na jesień, kiedy to znów wrócą do domu.

W związku z ilością owiec, nie była dla mnie zaskoczeniem, ilość baraniny i jagnięciny w norweskich marketach. Również norweskie książki kucharskie poświęcają sporo miejsca mięsu owiec. Powiedzmy sobie jednak szczerze - do ostatniego tygodnia mięso baranie było w sklepach traktowane na równi z innymi dostępnymi na rynku rodzajami mięsa.

Jednak w zeszłym tygodniu sklepy zaczęły prześcigać się w promowaniu szerokiej oferty mięsa baraniego (włącznie z wędzonymi parówkami z baraniny). Do tego w pobliskim Kvinesdal odbywał się festiwal owiec i jedzenia. Nie wiem jak Wam, ale mi to wygląda na prawdziwy, norweski sezon na owce.

I tak właśnie jest. Norweg średnio w ciągu roku zjada ok. 6 kg baraniny, a wraz z nadejściem jesieni do sklepów trafia mięso owiec. To właśnie wrzesień jest miesiącem popularnej norweskiej potrawy får-i-kål, czyli z norweskiego na nasze owca w kapuście. Danie jest dziecinnie proste – pokrojoną na kawałki kapustę gotuje się razem z pokrojonym na kawałki mięsem owcy. Zalewa się to wodą, dodaje sól i pieprz i gotuje ok. 2 godzin. Do tego podaje się ziemniaczki.
Sklepy oferują przygotowane już mięso na tę potrawę. My również się w nie zaopatrzyliśmy. Danie czeka na przygotowanie, a znając mnie - na pewno pochwalę się jak wyszło. Osobiście strasznie się cieszę na taki urodzaj baraniny w sklepach, bo zawsze chciałam spróbować tego mięsa, a jakość nigdy nie miałam okazji.

Na potwierdzenie ważności owcy w norweskiej kulturze, w weekend zorganizowany został w położonym na południu Kvinesdal festiwal owiec. Hodowcy przywieźli na niego swoje najładniejsze owieczki. Specjalna komisja badała ich wełnę i wybierała hodowlę, w której owce mają najładniejszą i najlepszą wełnę. Na festiwalu można było oczywiście spróbować tradycyjnie norweskich dań z mięsem owczym, było får-i-kål, baranie burgery, pyzy z mięsem baranim, baranie gulasze, kotlety baranie, mięso baranie z grilla… co prawda była też budka z Azjatami sprzedającymi sajgonki, ale i tak namiot z baranina cieszył się większą popularnością.

Spodobała mi się ta sezonowość mięsa z owcy w Norwegii. Do tej pory przyzwyczaiłam się, że sezon, jeśli chodzi o jedzenie, to może być na truskawki, jagody lub grzyby. A tu okazuje się, że również mięso może mieć okres swojej prosperity na norweskim rynku!

czwartek, 16 września 2010

Samochodem po Norwegii - AutoPass, opłaty i mandaty

Wybierając się do Norwegii samochodem warto wziąć pod uwagę nie tylko wydatki na paliwo (najdroższe w Europie), ale również opłaty drogowe. Wiele odcinków dróg, tuneli, mostów oraz wszystkie przeprawy promowe są bowiem płatne. System opłat dla zagranicznego turysty może wydawać się czeskim filmem, ponieważ w przeciwieństwie do innych krajów naszego kontynentu, Norwegia nie ma tradycyjnych winietek przyklejanych na szybę i obowiązujących przez określony czas. Tu wiele dróg ma różnych właścicieli, bramki na drogach należą do różnych firm, a promy obsługuje wielu armatorów. Ponadto większość punktów opłaty jest w pełni zautomatyzowana, bezzałogowa (nie spotkamy na nich kasjera i szlabanów). Jak zatem poradzić sobie w norweskiej rzeczywistości drogowej i po wakacjach nie dostać mandatu do domu?

Zacznijmy od tego, że w Norwegii nie dostaje się mandatów za brak winietek czy innego dowodu uiszczonej opłaty drogowej, bo drogi z definicji są bezpłatne. Płaci się jedynie za przejazd ich odcinkami (opłata za przejazd ma zwrócić koszt budowy nowej drogi, tunelu czy mostu i po kilkunastu latach zostaje zwykle zniesiona). Płatny jest również wjazd do wszystkich dużych miast - a więc Oslo, Bergen, Trondheim, Stavanger i Kristiansand. Ta opłata ma zniechęcić kierowców do używania aut w mieście i promować korzystanie z transportu publicznego.

Są różne rodzaje punktów opłaty drogowej.
Na nielicznych ciągle zapłacić można gotówką lub kartą płatniczą u kasjera (w tym celu na bramce wjechać należy na pas oznaczony "manual" i zatrzymać się przy okienku). Niektóre punkty oferują możliwość zapłaty kartą płatniczą lub monetami w automacie (w tym celu wjeżdżamy na pas oznaczony "mynt / coin" albo "kort / card"). Prawie na wszystkich bramkach jest natomiast wydzielony pas dla użytkowników systemu "Auto Pass" (wyjątkiem są drogi zupełnie prywatne (nie będące w zarządzie państwa i Statens Vegvesen - urzędu ds. dróg), gdzie płaci się gotówką lub kartą w automacie bądź u kasjera).

Większość bramek w kraju jest zupełnie bezzałogowych i opierają się na systemie Auto Pass. W tych miejscach ważne jest, aby w ogóle się nie zatrzymywać (właśnie do tego nawołują umieszczone przy nich tablice - po norwesku "Ikke stopp" i angielsku "Do not stop"); należy po prostu jechać dalej. Bramki automatycznie fotografują pojazdy, a numer rejestracyjny wozu trafia do bazy danych. Po przejechaniu automatycznego punktu opłaty należy wypatrywać znaku drogowego z napisem "Kr - service" - który wskazuje lokalizację miejsca, gdzie możemy uiścić należność za właśnie wykonany przejazd. Takie miejsca to najczęściej najbliższa stacja benzynowa za automatyczną bramką drogową. Tam możemy wypełnić krótki druk, podając swój numer rejestracyjny i zapłacić za dokonany przejazd. Na dłuższą metę jest to jednak uciążliwe i pociąga za sobą niepotrzebnie stratę znacznej ilości czasu.
Lepszym wyjściem z sytuacji jest rozwiązanie działające jak "pre-paid" w sieciach komórkowych. Na stronie internetowej systemu Auto Pass (dostępnej w różnych językach) - http://www.autopass.no/ - można założyć sobie konto i zarejestrować dane samochodu, którym zamierzamy wyjechać do Norwegii (kliknij "Visitors' Payment" w lewej kolumnie strony). Następnie (również przez sieć) "ładuje się" konto kwotą 300 koron norweskich (płatne kartą kredytową lub płatniczą, jeśli bank zezwala na takie płatności). Od tej pory możemy swobodnie przekraczać każdą bramkę drogową korzystając z pasa jezdni oznaczonego "Auto Pass". Kamery sfotografują nasze tablice rej. i przekażą do systemu komputerowego, a ten odszuka w bazie założone przez nas konto i odejmie od wpłaconych 300 koron kwotę odpowiadającą cenie przejazdu. Unikamy stresu, szukania stacji paliw i każdorazowego wypełniania druków po przekroczeniu bramki! A jeśli w ciągu trzech miesięcy nie wykorzystaliśmy całości z wpłaconych 300 koron, dostaniemy zwrot środków na swoje konto bankowe.

Zaletą systemu Auto Pass jest również to, że internetowe konto założyć możemy do dwóch tygodni po przejechaniu pierwszej bramki bez uiszczenia opłaty. Czyli - lepiej późno niż wcale :). System komputerowy zapamiętuje nasze wszystkie przejazdy i jeśli w ciągu 14 dni od pierwszego z nich zarejestrujemy auto i wpłacimy 300 koron - nie otrzymamy mandatu.
Gdy natomiast przekraczamy bramki, nie płacąc za to ani na stacjach paliw ani przez internet, norweskie władze przekazują sprawę międzynarodowej firmie windykacyjnej (z siedzibą w Londynie), a ta odszukuje właściciela pojazdu w jego kraju i egzekwuje należności powiększone o kwotę karną.

Norwegowie i osoby mieszkające tutaj na dłużej oczywiście korzystają z innego sposobu płatności za AutoPass, jeszcze wygodniejszego i tańszego (rabaty, abonamenty), ale o tym będzie w innym artykule!

Opłaty za promy
Było już sporo o drogach; teraz czas na wyjaśnienie kwestii promów. Przeprawy promowe istnieją ciągle w wielu miejscach kraju, głównie na zachodnim wybrzeżu Norwegii, gdzie fiordy wrzynają się głęboko w ląd (najdłuższy z nich na ponad 200 km) i przecinają wiele szlaków komunikacyjnych. Promy są też często jedynym sposobem, aby dostać się na liczne wyspy wzdłuż norweskiego wybrzeża.
Wysokość opłaty za przeprawę zależy od odległości pokonywanej przez prom oraz rodzaju pojazdu. W każdej taryfie najwięcej płaci się za samochód z kierowcą, a znacznie mniej za każdego pasażera. Płatności dokonujemy zwykle nie wysiadając z samochodu - bądź jeszcze na nabrzeżu czekając w kolejce aut, bądź już na promie. Używać możemy gotówki lub kart płatniczych, ale nie obowiązuje tu system AutoPass (z wyjątkiem jednej linii w południowym Trondelag)!

Wysokość opłat
Przejazd płatnym odcinkiem drogi to zwykle 20-30 koron norweskich od samochodu do 3,5 tony (choć zdarza się, że opłata ta wynosi nawet ok.170 koron - na prywatnej drodze krajowej nr 5). Promy są kilkakrotnie droższe (samochód z 4 osobami w środku to średnio koszt 200 koron).

Zobacz także: 
Jak najlepiej dojechać autem do Norwegii 
Mandaty w Norwegii, czyli czemu nie opłaca się spieszyć
Mapa z płatnymi odcinkami dróg - Autopass.no